Przed rozpoczętym 23 października szczytem UE wiele wskazywało na to, że porozumienia nie uda się osiągnąć. Jego zawetowaniem straszył głównie polski rząd, który wskazywał, że przyjęcie proponowanych przez Komisję Europejską celów klimatycznych na 2030 r. doprowadzi do wzrostu cen energii i pogorszenia się konkurencyjności naszej gospodarki. Ostatecznie, w zamian za pewne ustępstwa, Polska zgodziła się jednak na dołączenie do stanowiska pozostałych krajów UE i przyjęcie nowych celów pakietu energetyczno-klimatycznego.
Głównym celem pakietu było osiągnięcie 40-procentowej redukcji emisji przez wszystkie 28 krajów członkowskich UE w stosunku do roku 1990. Podzielony on został na sektory objęte systemem handlu uprawnieniami do emisji CO2 (system ETS) i te, które z systemu ETS są wyłączone. Sektory ujęte w systemie ETS będą musiały osiągnąć redukcję CO2 na poziomie 43% w porównaniu do 2005 r., a sektory nie objęte tym systemem będą musiały zredukować emisję CO2 o 30%.
Niezmieniony został też cel w zakresie produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Porozumienie zakłada, że udział energii ze źródeł odnawialnych w całkowitym zużyciu energii elektrycznej w Unii Europejskiej wyniesie co najmniej 27% w 2030 r. Cel ten nie będzie jednak wiążący dla wszystkich krajów, a tylko na poziomie całej Wspólnoty.
Kompromis wypracowany wczoraj w Brukseli zakłada, że kraje, których PKB jest niższe niż 60% średniej unijnej, będą mogły przekazywać darmowe uprawnienia do emisji CO2 swoim elektrowniom. Ten warunek był stawiany przez Polskę, która ma otrzymać ostatecznie darmowe uprawnienia do emisji CO2 o wartości 31 mld zł.
Dodatkowo kraje, których PKB nie przekracza 90% średniej unijnej, dostaną dodatkowe pozwolenia na emisję CO2 odpowiadające 10% całkowitej sumy wszystkich uprawnień. Premier Ewa Kopacz poinformowała, że system darmowych pozwoleń na emisję miał wygasnąć w 2019 r., tymczasem Polsce udało się przedłużyć darmowe emisje do roku 2030.
„Dostaliśmy na maksa, czyli tyle, ile mieliśmy. Nikt nam niczego nie zabrał”, powiedziała Ewa Kopacz.
Dodała też, że według niej takie ustalenia są gwarantem, że ceny energii w Polsce nie wzrosną. Kolejne z ustępstw na rzecz krajów Europy Środkowo-Wschodniej zakłada utworzenie specjalnej rezerwy utworzonej z 2% pozwoleń na emisję, z której Polska dostanie połowę środków. Nasz kraj ma otrzymać na inwestycje w energetyce w sumie 7,5 mld zł do 2030 roku. Funduszami ma zarządzać Europejski Bank Inwestycyjny, który niechętnie patrzy na inwestycje w elektrownie węglowe, jednak – jak podaje PAP – dla naszego kraju EBI ma zrobić wyjątek.
W finalnej wersji porozumienia znalazł się zapis mówiący o tym, że UE powróci do dyskusji celów klimatycznych po przyszłorocznym szczycie ONZ w Paryżu, na którym mają zapaść decyzje dotyczące globalnego porozumienia klimatycznego. Oczekuje się, że na podobne zobowiązania w zakresie redukcji CO2 zgodzą się też inni najwięksi emitenci.
„Osiągnęliśmy najbardziej ambitne na świecie, efektywne kosztowo, porozumienie klimatyczne”, ogłosił szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy. Ustępujący szef Rady Europejskiej poinformował, że unijne cele klimatyczne – niezależnie od efektów porozumienia w Paryżu – mają zostać utrzymane.
Można dyskutować czy osiągnięte porozumienie jest sukcesem. Cel redukcji emisji CO2 (czyli zużycia paliw kopalnych) o 40% do 2030 roku został przyjęty – mógłby być bardziej ambitny, ale w obecnych realiach politycznych było to niestety niemożliwe.
Wynegocjowaliśmy przy tym sporo środków na modernizację energetyki. Mogłyby one posłużyć do rozwijania inwestycji w efektywność energetyczną i OZE. Jednak z uwagi na brak wiążącego celu w zakresie produkcji energii ze źródeł odnawialnych dla poszczególnych krajów oraz zafiksowania naszego rządu na energetyce węglowej może to oznaczać, że otrzymane pieniądze Polska wykorzysta do jej konserwowania energetyki. Byłyby to wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo węgiel nie jest dla nas paliwem przyszłości – zarówno z tego względu, że coraz więcej będziemy go importować, jak i z tego powodu, że kiedy po 2030 roku elektrownie węglowe będą musiały płacić za pompowanie zanieczyszczeń do atmosfery koszt ich działania stanie się astronomiczny.
Nie ziścił się natomiast najgorszy scenariusz, w którym Polska poprzez weto zablokowałaby pakiet klimatyczny, czego tak gorąco domagali się przedstawiciele klasy politycznej od lewa do prawa. Utrudniłoby to bardzo wypracowanie porozumienia w czasie szczytu klimatycznego w Paryżu w 2015, który uważany jest za ostatnią szansę na osiągnięcie globalnego konsensusu w walce ze zmianami klimatycznymi. Oczywiście Unia wyraźnie sygnalizowała, że czas na szukanie konsensusu się kończy i polskie weto (to już byłoby czwarte) zostanie tym razem zignorowane poprzez przyjęcie dyrektyw przez Komisję Europejską, których Polska nie mogłaby już zawetować (podobnie jak uchwał Parlamentu Europejskiego).
Obserwując reakcję polskich polityków i słuchając ich żenujących wypowiedzi na temat klimatu, można dojść do wniosku, że zatrzymali się oni mentalnie w XX wieku. Chcąc na siłę konserwować naszą „Węglandię” i będąc święcie przekonanym o wysokiej jakości i niskiej cenie polskiego węgla, efektywnie zatrzymując rozwój branż związanych z efektywnością energetyczną, budownictwem zeroenergetycznym, budową biogazowi i wielu innych dziedzin związanych z gospodarką niskoemisyjną, w których to polskie firmy mogłyby stać się liderami.
Klasie politycznej brakuje trzeźwej oceny współczesnej sytuacji, myślenia strategicznego, a przede wszystkim spójnej wizji przyszłości. Nie potrafi zrozumieć, że świat tanich paliw kopalnych to już przeszłość, a inwestycje w kolejne elektrownie węglowe jest wystawianiem Polski na ogromne ryzyko uzależnienia się na kolejne dekady od państw takich jak Rosja, czy niestabilnie politycznie krajów Zatoki Perskiej. Strach pomyśleć, jaką politykę energetyczną prowadzilibyśmy bez Unii Europejskiej.
Tomasz Kłoszewski








