Polska ma dostęp do wszystkich rodzajów odnawialnych źródeł energii, co
daje gwarancję bardzo bezpiecznego i ekonomicznego miksu energetycznego.
W oparciu o zróżnicowane zasoby, rozwinięte światowe technologie OZE i
systemy magazynowania energii, w latach 2050-60 Polska powinna nie tylko
stać się samowystarczalna energetycznie, ale ma również szanse na duże
zyski z eksportu energii elektrycznej – powiedział Grzegorz Wiśniewski w
wywiadzie dla ChronmyKlimat.pl.
Wyczerpywanie się zasobów
paliw kopalnych oraz konieczność ograniczania emisji dwutlenku węgla
sprawiają, że rośnie zainteresowanie odnawialnymi źródłami energii
(OZE): energią słoneczną, wiatrową, wodną, geotermalną oraz energią
zawartą w biomasie. W tym kontekście chciałabym zapytać o możliwości
wykorzystania odnawialnych źródeł energii w Polsce.
Grzegorz Wiśniewski, Instytut Energetyki Odnawialnej: Jestem
przekonany, że za kilkadziesiąt lat OZE będą jedynym źródłem energii.
Jest to perspektywa nieodwracalnego końca ery paliw kopalnych.Alternatywą mogłaby być synteza jądrowa, jednak ta koncepcja jest
rozwijana już od 50 lat i wciąż nie istnieją żadne konkretne rozwiązania
gotowe do wdrożenia. Zdaniem specjalistów jej rozwój może zająć
następne 50 lat, a efektów nikt nie może zagwarantować.Jeśli chodzi o OZE to mamy olbrzymie zasoby i technologie, które już
teraz są gotowe do wykorzystania. Pytanie tylko, w jakim tempie
wypierały będą energię kopalną, do której, ze względu na użycie uranu,
zaliczyć też trzeba współczesną energię atomową.
Jeśli chodzi o kwestie związane z ochroną klimatu, to atom i OZE są
równorzędne. W grę natomiast wchodzą względy ekonomiczne…
Co jest korzystniejsze?
Trudno znaleźć godne zaufania prognozy na 2020 rok, w których nowo
budowane jednostki OZE nie wypadałyby korzystniej od atomowych.
Jeżeli przyjmiemy, że w 2010 energetyka jądrowa jest tańsza od
odnawialnej, to tylko jeżeli porównujemy elektrownie budowane w
przeszłości, według przestarzałych standardów bezpieczeństwa i sposobów
finansowania, z urządzeniami energetyki odnawialnej budowanymi dzisiaj.
W 2030 roku tendencja będzie jeszcze wyraźniejsza. Jeżeli wykluczymy
elektrownie jądrowe oparte na syntezie (jeśli nawet się to uda, to
koszty będą olbrzymie), to w zasadzie nie mamy alternatywy
konkurencyjnej ekonomicznie, o innych względach nie wspominając.
Paliwa kopalne, takie jak gaz, są obecnie paliwami przejściowymi –
pozwolą na swobodne przejście z epoki paliw wysokoemisyjnych do
stosunkowo tanich niskoemisyjnych i OZE.
Jak więc będzie wyglądała energetyczna mapa Polski?
Po 2030 będzie dominować OZE. Polska jest krajem dużym i rozległym; ma
dostęp do wszystkich rodzajów OZE, łącznie z zasobami na morzu i
potencjałem morskiej energetyki wiatrowej. Daje to gwarancję bardzo
bezpiecznego i ekonomicznego miksu energetycznego. W oparciu o
zróżnicowane zasoby i rozwinięte światowe technologie OZE i systemy
magazynowania, Polska powinna stać się w latach 2050-60 samowystarczalna
energetycznie w ciągu całego roku z szansą na eksport energii
elektrycznej.
Jakie OZE sprawdzają się najlepiej w naszych warunkach?
Zasoby OZE, jeżeli wykorzystujemy je racjonalnie, w pełni odnawiają się.
Jeżeli ktoś chce w oparciu o OZE tworzyć racjonalny mix energetyczny,
to nie może skupić się na jednym zasobie. To może być skuteczna
strategia, gdy rozważamy rozwój własnego przemysłu i technologii, bo tu
specjalizacja w danej branży w kraju, który nie święci triumfów w
innowacjach jest pożądana i ułatwić może uzyskanie pozycji lidera.
Powoli stajemy się np. takim liderem regionu w termicznej energetyce
słonecznej. Jednak postawienie na eksploatację jednego zasobu w
energetyce, który nigdy nie jest całkowicie dobrem wolnym, nie byłoby
zbyt dobrym rozwiązaniem, bo stałby się zbyt drogi, a powstała w związku
z tym presja gospodarcza mogłaby skutkować zaburzeniami innych
związanych rynków, a także środowiska naturalnego.
Takie symptomy będziemy wkrótce obserwować na skutek dużego
zainteresowania biomasą, ale mechanizmy rynkowe przywrócą sektorowi
biomasy odpowiednie i bezpieczne dla inwestorów proporcje.
Polska jest w pewnym sensie uprzywilejowana i, od strony fizycznej (nie
politycznej), nie ma dyktatury jednego zasobu. Od strony technicznej
wszystkie są możliwe do praktycznego wykorzystania na różnych rynkach
końcowych.
Różnią się jednak pod względem cen uzyskiwanej energii…
Rynek energetyczny jest zróżnicowany: mamy energię elektryczną i paliwa
transportowe, które są około 3 razy droższe niż ciepło. OZE możemy
wykorzystać do produkcji wszystkich trzech nośników końcowych. Dany
zasób możemy wykorzystać do produkcji tak ciepła, jak i energii.
Ważne, by zasoby były wykorzystane racjonalnie. Przykładem
nieracjonalnej gospodarki przy obecnej strukturze cen, jest zastosowanie
energii geotermalnej do produkcji energii elektrycznej lub
wykorzystanie na dużą skalę energii słonecznej do generacji energii
elektrycznej. Energie geotermalna i słoneczna są niskoentalpowe i
niskotemperaturowe. Wziąwszy pod uwagę dzisiejsze ceny energii, bardziej
nadają się do produkcji ciepła nisko- i średniotemperaturowego, a warto
pamiętać, że ok. 60% wszystkich naszych potrzeb energetycznych stanowi
ciepło.
Jeśli chodzi o energię elektryczną, to przy obecnych uwarunkowaniach,
poza energetyką wodną, która jest technologią komercyjną, a jej zasoby
są w dużym stopniu wykorzystane, pozostaje nam wiatr i biomasa.
Najtańszą technologią do wytwarzania energii elektrycznej jest technika
wiatrowa. Dysponujemy olbrzymim zasobem energii wiatrowej i rozwiniętą
technologią do wykorzystania zasobów tak morskich jak lądowych: w dużych
elektrowniach, jak i małych, przydomowych, na których bardziej masowy
rozwój w Polsce, przyjdzie pora już za kilka lat, wraz z ewaluacją rynku
energii elektrycznej. Pełną dojrzałość osiągnie też wkrótce morska
energetyka wiatrowa.
A co z biomasą?
Pełne urynkowienie cen energii powoduje uruchomienie mechanizmu
efektywności energetycznej w szczególności w ogrzewaniu budynków i to w
wyższym stopniu niż dyrektywy UE.
Jeśli chodzi o biomasę najefektywniej możemy przetworzyć na ciepło w
niewielkich i nowoczesnych urządzeniach grzewczych. Zbyt wysokie
wsparcie wykorzystania biomasy w wielkoskalowej produkcji energii i
biopaliw powoduje, że jej strumienie przepływają z efektywnego miejsca
wykorzystania do mniej efektywnego i droższego. To jest kwestia polityki
regulacyjnej i instrumentów wsparcia, które powinny brać pod uwagę
wyniki badań w całym cyklu życia technologii (LCA). Przy takim podejściu
wcale nie jest powiedziane, że wykorzystanie biomasy z upraw, świadomie
pomijam lasy, na wszystkie cele energetyczne z punktu widzenia kraju
jest rozwiązaniem najlepszym.
Do tego dochodzą odpady organiczne, głównie mokre. Tutaj pojawia się
kwestia biogazu i w grę wchodzi inny biznes. Nie uważam, że biogaz jest
konkurencyjny wobec energetycznego wykorzystania biomasy z upraw
poddanej konwersji na energię innymi technologiami (współwytwarzania
energii elektrycznej i ciepła na biopaliwach stałych czy nawet
fermentacji alkoholowej upraw rolniczych). Używanie mokrych odpadów
organicznych i fermentacji metanowej jest też technologią utylizacji, i
jeśli w efekcie uzyskujemy dodatkowo możliwość wykorzystania nawozowego
pofermentu, to wtedy biogazownie w pewnej skali stają się już techniką
bardzo atrakcyjną.
Biomasa jest chyba najtańszym i w Polsce najbardziej
akceptowalnym przez sektor energetyczny i upatrujące w niej także swój
interes rolnictwo, rodzajem OZE…
Tak. Jednak ze względu na priorytety wykorzystania ziemi rolniczej i
uprawnej z uwagi na rynki żywności i odejście UE od wsparcia dla upraw
energetycznych, w przyszłości będziemy odchodzić od technologii opartych
na spalaniu biomasy, gdyż sprawność fotosyntezy wynosi 1%, max. 3%, a
to dopiero początek łańcucha strat energii pierwotnej w procesach
konwersji biomasy na paliwa, podczas gdy technologie bezpośrednio
wykorzystujące energię słoneczną mają kilka lub kilkadziesiąt razy
wyższą sprawność. Pomimo rozwoju bioenergetyki, udział biomasy będzie
więc spadał, a wzrastał udział energii wiatrowej, słonecznej i
geotermalnej. Słoneczna i geotermalna będą najpierw służyły do
wytwarzania zielonego ciepła, ale wraz z rozwojem technologii i
nieuniknionym wzroście cen energii, staną się również źródłami generacji
energii elektrycznej.
Dobrze byłoby, gdybyśmy zaczynali proces przechodzenia na zieloną
energetykę z bardziej klarowną wizją końca i nie angażowali się
nadmiernie w technologie schyłkowe, ale abyśmy też uwzględniali bieżące
realia ekonomiczne.
W środowisku OZE często słyszy się o istnieniu tzw. lobby
wiatrowego, które niejako zabiera fundusze na rozwój innych technologii
OZE. Jakby Pan to skomentował?
O sile sektora decyduje potencjał ekonomiczny i rynkowy, nie techniczny.
Do tej pory najsilniejsze lobby energetyczne stanowił sektor węglowy.
Polska jest krajem rolniczym i stąd wywodzi się drugie największe lobby.
Obydwa sektory widzą możliwości w wykorzystaniu biomasy. Jeśli dwa
największe lobby działają w tym samym kierunku, to grozi to naruszeniem
równowagi wykorzystania zasobów – będzie się to działo kosztem
konsumentów żywności i energii, ponieważ pod lobby węglowym kryje się
również monopol.
Wśród OZE największe jest lobby wiatrowe. Generalnie każdy dąży do
monopolu i samo dążenie samo w sobie nie jest karane przez KE, która
jest strażnikiem konkurencyjności, jeżeli odbywa się w sposób
przejrzysty i jeżeli w określonych sytuacjach służy konsumentom, np. ze
względów zachowania bezpieczeństwa czy zdrowia mieszkańców. Za lobby
wiatrowym stoi duży krajowy zasób energii, rozwinięta technologia, które
budzą zaufanie świata finansów, świadczą o tych choćby roczne nakłady
inwestycyjne na ten sektor w UE rzędu 10 mld euro i brak poważnych
przeszkód w pozyskaniu środków z rynku. To przejaw siły sektora. Jeśli
świat finansów będzie decydował o tempie zajmowania rynku przez
poszczególne grupy, to energia wiatrowa wchodząc z dużym potencjałem
zasobowym i finansowym stanowi zagrożenie dla sektorów już obecnych na
rynku. Paradoksalnie, jeśli dany sektor jest zwalczany, świadczy to o
jego dużym rzeczywistym potencjale.
Moim zdaniem nielubiana energia wiatrowa jest „języczkiem u wagi”:
zmienia sposób myślenia o systemie energetycznym. Staje się źródłem
problemów, ale nie oznacza to, że dysponując już pewną siłą ekonomiczną i
osiągniętą „masą krytyczną”, musi się w pełni dostosować do
dotychczasowych rynków i systemów energetycznych, złożonych, ale
odpowiadających potrzebom innej epoki. Następuje ciągła ewolucja
systemów, a energia wiatrowa ze względu na swoją niestabilność toruje
drogę, wprowadza innowacyjne rozwiązania i zmusza do myślenia. Myślę, że
ten sposób pozyskiwania energii wygra, ale daleki jestem od tego, aby
powiedzieć, że energetyka wiatrowa nie ma wad ani, że związane z nią
środowisko nie popełnia błędów, ani tym bardziej, że może być jedynym
rozwiązaniem naszych problemów energetycznych.
Jak plasuje się siła sektora w zestawieniu z konwencjonalnymi
źródłami energii?
Siła sektora w porównaniu z węglowym, gazowym czy nawet tworzonym
atomowym jest mała, ale dzięki perspektywom i poparciu społecznemu wciąż
rośnie. Dziś mamy ponad 7% udziału w zużyciu energii. Działamy w
warunkach rynkowych. Jeśli powstało kilka tysięcy projektów, które
gwarantują stosunkowo niski koszt produkcji energii elektrycznej w
dłuższym okresie, byłoby bardzo nierozsądnie, żeby teraz rozwijane były
schyłkowe lub całkiem nowe, niesprawdzone i drogie technologie, a
pominięte te, którymi już dysponujemy i które mogłyby się przyczynić
znacząco do redukcji emisji CO2.
Faktyczna siła energetyki węglowej i gazowej jest znacznie mniejsza niż
się powszechnie sądzi. Chyba największym mankamentem i bolączką
tradycyjnych sektorów jest nieprzewidywalność przyszłych kosztów
wytwarzania energii i rosnące trudności w pozyskaniu środków na
inwestycje. Ich plany inwestycyjne topnieją w oczach, a plany biznesowe
oparte są na coraz bardziej nierealnych podstawach.
Czy z punktu widzenia społecznego korzystniejsze będzie wprowadzenie
środków na rozwój sieci i dostosowanie do kolejnych przyłączeń, czy może
rozwój technologii małoskalowych? Jak ten aspekt wpływa na popularność
OZE?
Mówiąc o energii wiatrowej musimy wiedzieć, że w momencie wyczerpania
możliwości rozwoju farm lądowych przyjdzie kolej na dwa inne kierunki –
morskie farmy wiatrowe oraz małe elektrownie, zakupywane także przez
osoby fizyczne i gospodarstwa. Taki rozwój technologii spowoduje większe
nią zainteresowanie przez podmioty i większe wsparcie społeczne, bo
większa grupa osób stanie się beneficjentem.
Już dziś dużym poparciem społecznym cieszy się termiczna energia
słoneczna, właśnie dzięki temu, że jest rozproszona i każdy z nas może
po rozsądnym koszcie produkować ciepłą wodę oraz dogrzewać lub chłodzić
pomieszczenia.
Nastąpił podział technologii OZE na tradycyjne, małoskalowe, działające
zazwyczaj po stronie popytu oraz duże, mocami i samym procesem
inwestycyjnym przypominające tradycyjne elektrownie wykorzystujące
paliwa kopalne. Przywołana wcześniej energetyka wiatrowa oparta na
budowie farm wiatrowych to duże projekty infrastrukturalne. Są to
skomplikowane i drogie projekty, ale dające bezpieczeństwo inwestowania w
długim okresie. Koszty ponoszą prywatni inwestorzy i w zasadzie jedyna,
uzasadniona pomoc to gwarancje bankowe. Inne technologie OZE wpisujące
się w model generacji rozproszonej, które wykorzystywane są przez
miliony mieszkańców, wymagają wsparcia instrumentami podatkowymi czy
mikrodotacjami, czego do tej pory w Polsce na szerszą skalę nie
robiliśmy. Takie rozwiązanie zmniejszyłoby wysokość nakładów na rozwój
infrastruktury. Obydwa podejścia są komplementarne i potrzebne.
Do niedawna właściwie jedynym argumentem za rozwojem OZE było
środowisko. Czy nie zbyt szybko nastąpiło odejście od paradygmatów
środowiskowych?
Zgadzam się z tym. Dla wielu inwestorów liczy się tylko zielony
certyfikat i nie myślą o tym, że pod certyfikatem kryje się wartość
ekologiczna. Na typowym rynku takie myślenie może być uprawnione, ale na
rynku wspieranym politycznie i niestety politycznie regulowanym, brak
jasnego i nośnego celu społecznego jest groźny. Pomijanie tego faktu i
słaba współpraca z NGOs i samorządami sprawia, że przeciwnicy OZE
trafiają na podatny grunt i nie dotyczy to tylko energetyki wiatrowej.
Chociaż wszystkie OZE są tak samo potrzebne, to w różnych okresach
będzie różne tempo ich rozwoju. Wewnątrz środowiska skupionego wokół OZE
istnieją różnice. Dla każdego z odnawialnych zasobów mamy m.in. po dwa
stowarzyszenia, a każde z nich myśli, że jest najważniejsze. Prawda jest
taka, że sektor jest regulowany w mało przejrzysty i mało racjonalny
sposób i te środowiska, chociaż są lepszą częścią gospodarki, bo wnoszą
coś nowego, są zamknięte w pewnym getcie. Przy braku koordynacji i
autorytetów następują konflikty wewnętrzne, które osłabiają siłę OZE.
Nieprawdą jest jednak, że energia wiatrów jest gorsza od innych.
W Państwa raportach trudno jest znaleźć wzmianki o negatywnych
aspektach wprowadzania OZE, chciałabym więc o nie zapytać.
Jeżeli szukalibyśmy wad OZE, to warto zauważyć, że każda z technologii
wytwarzania energii oddziałuje na środowisko. Nie możemy jednak nawet
porównywać energii z OZE z paliwami kopalnymi. Dla OZE ważne jest tylko
przestrzeganie wymaganych prawem procedur lokalizacyjnych i dobrych
praktyk, idących dalej niż prawo. Tu nie chodzi o wady, ale raczej
„chodzenie na skróty” niektórych deweloperów czy inwestorów. Jeżeli
będziemy pamiętali, że trzeba tworzyć dobre prawo i edukować, to mamy
wpływ na wielkość skutków. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jesteśmy do
końca przygotowani na zmiany w procesach inwestycyjnych w energetyce.
Nawet jeśli nienawidzimy monopoli, to jednak przyzwyczailiśmy się do
centralnej elektrowni w Bełchatowie i pod względem środowiskowym, o ile
pominiemy problem budowy nowej odkrywki, traktujemy ją jako zło
konieczne. OZE są rozproszone, więc poza rozproszonymi demokratycznie
korzyściami mamy też pewne kłopoty. Oczywiście to kwestia proporcji, bo w
obecnym systemie prawno-ekonomicznym, OZE o wiele bardziej
internalizują swoje stosunkowo niskie koszty zewnętrzne niż energetyka
konwencjonalna.
Podważany jest też potencjał i możliwości techniczne OZE…
Tak. Tradycyjna energetyka, która bazuje na wytworzonej na swoje
potrzeby infrastrukturze technicznej i organizacyjnej, chciałaby, aby
OZE w pełni się do niej przystosowały. Z pewnością infrastruktura
energetyczna będzie musiała uwzględnić naturę i specyfikę OZE, ale
kwestie techniczne są w znacznej mierze do pokonania także w aktualnych
uwarunkowaniach.
Podnoszony często problem niestabilności wytwarzania energii
elektrycznej w OZE można rozwiązywać poprzez tworzenie inteligentnych
sieci, grup bilansujących, magazynowanie energii, ale trzeba zmierzać do
nowego modelu rynku, a nie bronić tego, który już obecnie się nie
sprawdza. W procesie częściowo uzasadnionego dostosowywania się OZE do
modelu z innej epoki, pojawia się koszt magazynowania energii. Należy
jednak pamiętać, że z magazynowania korzysta też energetyka
konwencjonalna, np. z elektrowni szczytowo-pompowych. Koncepcje
magazynowania energii powinny być rozwijane i w uzasadnionej części
uwzględnione po stronie kosztów OZE, ale nieuczciwym byłoby przypisanie
im 100% kosztów magazynowania, a takie podejście próbuje się lansować.
Każde OZE przyłączane do sieci próbuje się obciążyć indywidualnie
kosztami przyłączenia, bez próby sprawiedliwego podziału kosztów także
na innych korzystających z sieci. Poważnym nadużyciem jest też
upowszechnianie informacji, że zaledwie kilkaset MW mocy obecnie
zainstalowanych w niestabilnych źródłach to źródło ujemnych cen energii
na rynku w Polsce, czy też, że jeśli moce znajdą się w rękach
niezależnych producentów energii to spowoduje to wzrost cen energii
rzędu 5-10% rocznie. W znacznej mierze to renta monopolistyczna i
przejaw nieefektywności systemu, w którym jeszcze tkwimy.
Jednak prawdą jest, że energia z OZE jest wciąż jeszcze droższa
od energii konwencjonalnej. Żeby sektor się rozwijał konieczne jest
stworzenie mu uprzywilejowanej pozycji na rynku i stosowanie specjalnych
cen. W efekcie konsumenci płacą więcej za tę energię. Co więcej,
stosowany w Polsce system wsparcia jednakowo wspiera projekty już
dojrzałe (energetyka wodna), bliskie konkurencyjności (niektóre formy
biomasy) i technologie początkujące…
Technologie OZE musimy podzielić na te, które nie zwiększają kosztów i
te, które je obecnie zwiększają. Już dzisiaj, jeżeli zainwestujemy w
kocioł nowoczesny na czystą biomasę, to bez specjalnych dotacji,
przyniesie to korzyści finansowe. Oczywiście możemy popsuć inwestycję,
jeżeli tę samą biomasę wykorzystamy do współspalania w elektrowniach.
Dziś opłacalna jest mała elektrownia wodna zbudowana na istniejącym
jazie. Ona nie spowoduje kosztów po stronie konsumentów. Pomijam tu
systemy wsparcia, które są coraz częściej skutkiem agresywnego lobbingu
niż racjonalnego ekonomicznie działania.
Gdy budujemy biogazownię bazującą na biogazie wysypiskowym czy
biogazownie będące elementem oczyszczania osadu ściekowego, to nie
zwiększają one kosztów, również jeżeli abstrahujemy od systemów
wsparcia.
Druga grupa technologii – powoduje tylko korzyści – pod warunkiem, że w
naszych biznes planach założymy, że przez kolejne 20 lat ceny paliw i
energii konwencjonalnej będą rosły, np. 10% rocznie. Jest to dla
odbiorców energii mało przyjemne, ale jest to realne założenie. Wtedy
budowa dobrze wymierzonych kolektorów słonecznych do podgrzewania wody
zamyka się finansowo. Do tej pory 40 tys. rodzin w Polsce zastosowało
kolektory, a to nie znaczy, że dostali dotacje. Oni przeprowadzili swoje
kalkulacje i oszczędzają na OZE, nie podnosząc kosztów.
Jeżeli mielibyśmy optymalną lokalizację farmy wiatrowej i możliwość
przyłączenia do sieci po niskich kosztach, zakładając przy tym wzrost
cen energii elektrycznej, to taka inwestycja również nie będzie
zwiększać kosztów. Oczywiście w innych przypadkach potrzebne będzie
wsparcie jeszcze przez kilka lat.
W Polsce mamy ok. 40-60 przedsiębiorstw ciepłowniczych, które są dobrze
zlokalizowane ze względu na dostęp do zasobów geotermalnych i które
mogłyby rozważać budowę ciepłowni geotermalnych nawet bez systemów
wsparcia, ale pod warunkiem, że jej moc nie byłaby dobierana pod kątem
mocy szczytowej zimą, ale takiej, która jest wystarczająca latem do
zaopatrzenia w ciepłą wodę oraz ewentualnie w chłodzenie. W innym
wypadku musimy sporo zainwestować, a w ciągu eksploatacji nie
wykorzystujemy tej zdolności produkcyjnej. Musielibyśmy też wliczyć w
biznes założenie, że ceny ciepła będą rosły, choć wolniej niż w
przypadku energii elektrycznej. Możemy też sobie wyobrazić rozwój
ciepłowni geotermalnych tam, gdzie nie ma sieci ciepłowniczej lub
próbować już teraz produkować energię elektryczną ze źródeł
niksoentalpowych (a takie mamy w Polsce), tak jak chcą posłowie ponownie
zgłaszający do laski marszałkowskiej projekt ustawy o wspieraniu OZE, a
w zasadzie geotermii. Wtedy, przy wdrażaniu projektów na dużą skalę,
koszty po stronie konsumentów energii i podatników będą rzeczywiście
znaczące.
Mamy wiele gmin, które zastosowały ciepłownię na biomasę. Przez
nieadekwatny system wsparcia elektrownie wyciągają ciepłowniom lokalnym
biomasę jak odkurzacze i przerzucają koszty w certyfikaty, powodując w
ten sposób zachwianie na rynku oraz bezpodstawne koszty.
Najbardziej godne polecenia to ciepłownie na słomę i odpady drzewne. One
w zasadzie się opłacają i przynoszą oszczędności, także w rachunku
ciągnionym. Kilka ciepłowni miejskich i gminnych przeszło na
elektrociepłownię na biomasę, choć to już jest droższe, ale także domyka
się finansowo. Takim przykładem jest Płońskie Przedsiębiorstwo
Energetyki Cieplnej koło Warszawy.
Jeżeli chcielibyśmy zbudować dziś elektrownię wodną od podstaw tam,
gdzie nie ma jazu i lokalizować elektrownię wiatrową tam, gdzie są
niskie prędkości wiatru i nieracjonalnie wysokie koszty przyłączenia do
sieci, biogazownię na substraty z upraw, bez odbioru ciepła i nawozowego
wykorzystania tzw. pofermentu, czy większy system fotowoltaiczny
przyłączony do sieci średniego napięcia, wymagana skala pomocy
publicznej będzie rzeczywiście znacząca i nie ma pewności czy uzyskane
korzyści środowiskowe nie kosztowałyby więcej, niż szkody wyrządzane
przez elektrownie węglowe. Jeżeli jednak w przypadku najdroższej dzisiaj
technologii fotowoltaicznej do oświetlania ulic, mielibyśmy
alternatywnie przeciągać na kilkaset metrów kable elektryczne, zrobić
wykopy, to stosując oświetlenie LED-owe z ogniwami fotowoltaicznymi i
akumulatorami też uzyskamy korzyści. To się w takich przypadkach opłaca,
choć potencjał jest niewielki i zastosowanie ma niszowy charakter.
Generalnie OZE się coraz bardziej opłacają i przybywa atrakcyjnych
ekonomicznie technologii i aplikacji. Jeżeli dochodzi do krytyki
kosztów, to może być to uzasadnione jedynie nieoptymalnym systemem
wsparcia, który generuje koszty i próbami obciążenia dużymi kosztami
transakcyjnymi pojedynczych OZE, w tym kosztami generowanymi w innych
elementach systemu.
A konkretnie?
Po pierwsze, bazuje on na wsparciu na etapie eksploatacji i inwestycji.
Na etapie eksploatacji mamy ulgi w podatku akcyzowym, które dotyczą
energii elektrycznej i biopaliw, i zielone certyfikaty, które dotyczą
energii elektrycznej.
Zrobiliśmy błędy wprowadzając system wsparcia ulg w podatku akcyzowym i
obowiązek mieszania biopaliw z paliwami mineralnymi. Do produkcji
obecnie najbardziej popularnego biodiesla wykorzystujemy surowce
żywnościowe – rzepak, wymagający pod względem uprawy i pochłaniający
wiele nawozów sztucznych, wytwarzanych głównie z importowanego gazu.
Zdecydowanie lepsza byłaby dalsza promocja bioetanolu, gdzie mamy duże
tradycje i przemysł. Zaczęliśmy jednak rozwijać biodiesla, który jest
drogi i nieefektywny, podczas gdy nowa, dyrektywa właściwie go wykluczy
po 2016 roku. Włożyliśmy pieniądze na jego dofinansowywanie i powstało
kilka wytwórni metyloesów oleju rzepakowego, które prawdopodobnie będą
bankrutować. Zmarnowaliśmy więc publiczne pieniądze, jednocześnie
blokując możliwość modernizacji bioetanolu i w dodatku zupełnie nie
rozwinęliśmy pomysłów na drugą generację biopaliw, czy napędy
elektryczne.
To nie są jednak błędy po stronie OZE.
Nie. Drugi błąd to wsparcie zielonej energii elektrycznej udzielane na
etapie eksploatacji. Jest niemoralnym i niedopuszczalnym fakt, że od 10
lat ze wsparcia korzystają duże, zamortyzowane elektrownie wodne,
należące do państwowych spółek, które do niedawna zbierały gros
korzyści. Niektóre z nich produkują energię po 50 zł za MWh, a dostają
400 zł, i nic z tego nie wynika dla społeczeństwa.
Nie jest winą OZE, że z tego wsparcia korzystają elektrownie spalające
biomasę leśną czy rolniczą, zabierając je użytkownikom małych kotłów.
Jeżeli elektrownie mają systemy, które zabezpieczają przed emisją,
chociaż są to kotły dostosowane do węgla, to drobni użytkownicy będą
wracać do węgla, a oni nie mają systemów odpylania czy odsiarczania. Nie
jest to winą OZE, a od 2004 r. coraz więcej to kosztuje społeczeństwo.
Jeżeli mamy nieprzewidywalny system zielonych certyfikatów, który
wspiera takie „kwiatki”, to jest to zły system. On kosztuje, a dodatkowo
niesie ze sobą ryzyko, bo nie wiadomo, kiedy cel będzie przekroczony i
kiedy zniknie wsparcie. W takiej sytuacji rynek finansowy powoduje duże
koszty kredytów, a także wzrost kosztów pozyskania kapitału, tym samym
fundusze ekologiczne i fundusze UE wspierające inwestorów na etapie
inwestycji, nie mogą być racjonalnie wydatkowane.
Weszliśmy w okres wydatkowania miliarda euro na energetykę z
funduszu UE. Wnioskując z tego, co Pan przed chwilą powiedział, można by
się obawiać, czy nie przyniesie to więcej szkody niż pożytku? Wiele
kontrowersji wzbudza ciągle system zielonych certyfikatów…
Jeżeli chcemy wspierać dotacjami, nie powinniśmy zgodzić się na
mechanizm certyfikatów, ponieważ potem nie wiadomo, jak policzyć poziom
dotacji: gdybyśmy mieli stałe ceny, moglibyśmy wykalkulować, jaka
wysokość dotacji jest potrzebna. W tej sytuacji niektórzy dostają bardzo
dużo, a inni, którzy mają dobre projekty, mogą nic nie dostać.
Ponadto, system zielonych certyfikatów bardzo utrudnia funkcjonowanie
małym inwestorom i operatorom małych instalacji OZE i w szczególności
tym „małym”, w mało przejrzystym systemie, trudno o wiarygodną ocenę i
analizę ekonomiczną. Nie mamy w Polsce nawyku planowania i nie mamy
publicznych organizacji typu US Energy Administration, która analizuje i
podaje koszty aktualne i prognozowane w sposób obiektywny i wiarygodny.
U nas przyjęto, że właściwie każdy oddzielnie musi sobie te koszty
policzyć, a instytucje odpowiadające za wsparcie niekoniecznie je znają,
więc stosunkowo dużo środków jest zmarnowanych.
Nie chodzi tu oczywiście o to, że wsparcie jest za duże, nie jest jednak
optymalne w stosunku do bieżących potrzeb.
Wyższym wsparciem powinniśmy obdarować technologie wchodzące, w układzie
kaskadowym (krzywej schodkowej). Łatwo wspierać tylko te opłacalne, ale
nie rozwijając czegoś na przyszłość tworzy się swoisty układ
monopolistyczny z dużą barierą wejścia na rynek. Dyrektywa 2008/29 mówi,
że rząd powinien przedstawić przejrzystą wizję wsparcia dla inwestorów.
Rządy opierają się temu pomysłowi, ponieważ bez klarownych planów można
podjąć każdą decyzję na podstawie ograniczonych przesłanek oraz wąsko
rozumianych interesów i nikt za to nie odpowiada.
Wierzę jednak, że ostatnia dyrektywa w końcu doprowadzi do optymalizacji
systemu wsparcia. Optymalizacja może oznaczać zmniejszenie środków i
tego się boi sektor OZE. Widzi błędy systemu, ale w przypadku zielonych
certyfikatów obawia się manipulacji. Nadzieję na zwiększenie dostępności
dotacji w postaci bardziej przemyślanych programów i poprawę
efektywności w systemie dotacji stwarza rosnąca pozycja NFOSiGW. Przy
nieklarownym systemie zielonych certyfikatów, dotychczas nadmierne
rozproszenie funduszy ekologicznych i unijnych uniemożliwiało bowiem
koordynację i prowadzenie bardziej przejrzystej polityki wsparcia OZE.
Inwestycje związane z OZE stanowią poważną ingerencję w otaczające
środowisko. Instalacje są małej mocy, co powoduje, że ich liczba jest
bardzo duża. W efekcie oddziaływanie na środowisko jest większe niż w
przypadku nielicznych obiektów konwencjonalnych o dużej mocy.
Poprzez odpowiedni dobór technologii i wybór rozwiązań technicznych,
możemy ten wpływ minimalizować. Technologiami, które nie oddziałują, bo
nie zabierają dodatkowej przestrzeni, nie hałasują i nie mają elementów
ruchomych są ogniwa fotowoltaiczne i kolektory słoneczne. One nie będą
stanowiły problemu, o ile nie pojawi się problem „prawa cienia” w
układzie międzysąsiedzkim. Trzeba jednak pamiętać, że nowe technologie
wymagają także materiałów do produkcji, a w szczególności przypadku
fotowoltaiki należy na to patrzeć w całym cyklu produkcji.
Do produkcji ogniw fotowoltaicznych jest przecież używany
toksyczny kadm.
Tak jak skraca się okres zwrotu nakładów energetycznych, tak również
możliwość stosowania ogniw opartych na toksycznym kadmie jest coraz
bardziej ograniczona. Zarówno z punktu widzenia rozwoju metody LCA (Life
Cycle Assessment) do oceny technologii, jak i regulacji związanych z
recyklingiem odpadów, coraz więcej uwagi poświęca się kwestiom
środowiskowym. Prawo UE niweluje ewentualne ryzyko niepożądanej
ingerencji w środowisko.
W tym zakresie rozwijane jest także prawo w odniesieniu do biogazowni,
ale najbardziej jest ono rozbudowane w przypadku lądowych farm
wiatrowych. Braki prawne w zakresie planowania przestrzennego ciągle
jednak uniemożliwiają rozwój morskich farm wiatrowych, a te najmniejsze
wiatraki, najmniej oddziałujące na środowisko natrafią na jeszcze inne
przeszkody prawne.
Skoro jesteśmy już przy energetyce wiatrowej: deweloperzy domagają się
specjalnych przywilejów związanych z lokalizowaniem inwestycji.
Tymczasem rozkład lokalizacji o wietrzności sprzyjającej produkcji
energii elektrycznej z wiatru pokrywa się w dużej mierze z obszarami
cennymi z punktu widzenia ochrony ptaków i nietoperzy. Dotyczy to
szczególnie obszarów specjalnej ochrony ptaków w ramach sieci Natura
2000.
To kwestia dostosowania technologii i spełnienia wymogów
lokalizacyjnych. Jeżeli wymogi prawne są spełnione (w tym monitoring
„ptasi”, a także te, które muszą być przestrzegane przy każdej budowie),
a ciągle są kłopoty, to w niektórych gminach przeprowadzane są
referenda. Konsultacje społeczne w pewnych sprawach powinny być brane
pod uwagę i tu więcej nic nie mogę dodać, oprócz właśnie realizowania
obowiązku wypełniania przepisów.
Kraje gęsto zaludnione, jak Holandia czy Dania, gdzie problemy
lokalizacyjne są o wiele większe, uśmierzają niedogodności poprzez
udział społeczeństwa. Mieszkańcy danego regionu mają także zapewniony
udział w zyskach farm wiatrowych.
Jeżeli chodzi o samą Naturę 2000, to przy ocenach potencjału energetyki
wiatrowej z dużym zapasem wykluczamy te tereny spod przyszłych
inwestycji, a mimo tego potencjał ekonomiczny energetyki wiatrowej w
Polsce nie spada znacząco. Wśród deweloperów kilka lat temu zdarzały się
pomysłu realizacji projektów wiatrowych na obszarach Natura 2000, ale
obecnie, nawet jeśli jest to prawnie możliwe, nie spotkałem nikogo, kto
planuje inwestycje na tych obszarach
Wielu ludzi nie chce mieć jednak wiatraków w swoim sąsiedztwie. Uważają,
że wiatraki szpecą krajobraz i wytwarzają daleko słyszalny szum. Mówi
się także o ich niebezpiecznym efekcie hipnotycznym, jaki mogą wywierać
na kierowców. Biogazownie to też przecież nie perfumerie.
Nie powinno się wspierać fobii i mitów o OZE, bo to jest granie
emocjami. Ważne jest, by promować dobre praktyki i podchodzić do
problemu w sposób racjonalny, a nie na zasadzie kupowania głosów
zwolenników czy wyborców.
Obecnie budowane, wielkie elektrownie wiatrowe emitują coraz mniej
dźwięków i coraz lepiej wpisują się w krajobraz. Kiedy przechodzimy na
mniejszą skalę, widać jaką ewolucję przechodzą elektrownie przydomowe
czy dachowe: z osi poziomej przechodzimy do pionowej (np. Darrieusa). Są
one bardzo estetyczne, nie hałasują i nie drgają.
Jeśli chodzi o biogazownie, to przy braku pełniejszego systemu prawnego i
doświadczeń w tym obszarze oraz jednocześnie przy dużym poparciu
politycznym, boję się o jakość obecnie podejmowanych decyzji i pozwoleń
budowlanych, które wydawane są bez głębszego uwzględnienia nieznanych
jeszcze szerzej władzom samorządowym czynników eksploatacyjnych. Tu na
czoło wysuwa się właśnie kwestia odorów, która związana jest z
dowożeniem substratów i ich pochodzeniem. Ocena Oddziaływania na
Środowisko i decyzja środowiskowa powinny czynnik ten uwzględnić w
sposób konkretny, wykluczając wręcz enumeratywnie te najbardziej
ryzykowne.
Prawdziwym ryzykiem jest wykorzystywanie najbardziej uciążliwych odpadów
pochodzących z przemysłu mięsnego. Może też zaistnieć tendencja do
wykorzystania ich jako nawóz i spowodować zanieczyszczenie gleby i wody.
Ważne jest, by dobrze zacząć, bo chodzenie na skróty spowoduje utratę
poparcia społecznego i co za tym idzie – utratę poparcia politycznego, a
to z kolei pociąga za sobą kłopoty na etapie wsparcia, którego
biogazownie potrzebują bardziej niż elektrownie wiatrowe.
Apelowałbym też o przygotowanie jasnych przepisów dla morskich farm
wiatrowych. Ciągle mamy tendencję niedostrzegania rzeczy poza swoim
podwórkiem – nie widzimy, że kosztem innych korzystamy z energii
wytwarzanej w sposób daleki od wymogów środowiskowych.
Jest też kwestia prawa, aby lokalna społeczność mogła z danego
przedsięwzięcia korzystać nie tylko poprzez poprawę lokalnego
bezpieczeństwa energetycznego, ale też z podatków od nieruchomości.
Jeśli gmina przeprowadza własne inwestycje OZE, wypełniając obowiązki
państwa wobec UE i całego społeczeństwa, bo przecież wszyscy chcemy mieć
czyste powietrze, ingerując w krajobraz, a jest to gmina wiejska
korzystająca z subwencji budżetowej, to subwencja jest zmniejszana o
tyle, o ile wzrosły przychody z tytułu podatku od nieruchomości. Czyli
społeczność ponosi koszty, ale gmina nie może przeznaczyć tych pieniędzy
na budowę drogi czy szkoły.
Uważam, że zbyt wąsko patrzymy na OZE – powodujemy konflikty poprzez
nieracjonalne prawo i społecznie niesprawiedliwy system.
Jeśli udział OZE w systemie jest duży, to pojawia się problem
rezerwowania mocy na wypadek, kiedy np. wiatr przestaje wiać. Oznacza to
konieczność budowy nowych elektrowni (zazwyczaj opalanych gazem). Są to
raczej drogie rozwiązania, a w dodatku nie wydają się poprawiać naszego
bezpieczeństwa energetycznego.
Otóż problem zaczyna istnieć, kiedy w systemie mocy niestabilnej
(wiatrowej, fotowoltaicznej) jej udział przekracza 20%. Są kraje, gdzie
ta niestabilna energia to ponad 20% (Dania, Hiszpania, Niemcy). Jest to
problem techniczny, z którym operatorzy doskonale sobie radzą:
instrukcja ruchu sieci przesyłowej i dystrybucyjnej jest taka, że w
pewnym momencie takiego delikwenta, który źle prognozuje lub nie
zbilansuje się z kolegą, wyłącza się. To jest najprostsze rozwiązanie.
W ogólnym bilansie energetycznym zielona energia stanowi ok. 5%,
natomiast niestabilna niecałe 1%, dwadzieścia razy mniej niż w innych
krajach. O tym trzeba mówić.
Obecną debatę odbieram jako dyskusję wokół fałszywych tez, bo my jeszcze
przez 10 lat możemy spokojnie OZE rozwijać, a system będzie się powoli
dostosowywać. Mamy 600 MW mocy w elektrowniach wiatrowych, a ten problem
(na dzisiaj już rozwiązywalny technicznie) pojawia się w sytuacji,
która normalnie ma miejsce przy 6 GW, czyli gdy produkowane jest 10 razy
więcej niestabilnej energii. Dopiero wtedy, o ile system energetyczny i
rynek nie będą do tego czasu bardziej inteligentne, trzeba będzie w
szerszym zakresie wykorzystać system magazynowania energii.
Z naszych analiz wynika, że energetyka gazowa byłaby najlepszym
rozwiązaniem uzupełniającym, gdybyśmy doszli do pułapu 20%. Warto
pamiętać, że istotna część gazu pochodzi z krajowych zasobów i że
jednocześnie rozwijamy biogaz, który jest źródłem przewidywalnym, a
gdyby inwestorzy myśleli o zarabianiu na szczytowym zaopatrzeniu w
droższą energię, biogaz mógłby stać się w pewnym zakresie także źródłem
bilansowania.
Jeśli rynek będzie regulowany tak, żeby biogazowniom nie opłacało się
budowanie większych magazynów i niemożliwe będzie zarabianie na
funkcjonowaniu jako źródło uzupełniające np. dla elektrowni wiatrowych,
to z pewnością nie dojdzie do ich realizacji.
Jeżeli nie wspieramy tworzenia grup bilansujących i nie pomyślimy o
racjonalnej strukturze podziału kosztów, to jałowe mówienie o problemie
jest wyjściem najgorszym z możliwych.
Mówiąc o 20% ze źródeł niestabilnych, musimy wiedzieć, że kiedy
dojdziemy do takiego pułapu, będziemy już mieli „smart grids”, systemy
wyspowe. Że obok dużych elektrowni będą małe, ładujące nam akumulatory
samochodów, że te samochody będą mogły stanowić awaryjne źródło energii,
kiedy system będzie proponował nam wysoką cenę lub nie będzie dostawy
energii. Wchodzimy więc w zupełnie nowy system tzw. wirtualnej
elektrowni i inteligentnych odbiorców.
Za dostosowaniem systemu powinny iść odpowiednie regulacje prawne i
zróżnicowanie taryf. Pranie będziemy robić, kiedy będzie nadwyżka
energii w systemie. Będziemy mieli inteligentne liczniki, które włączą
nam wtedy pralkę. Samochody typu „plug in” same będą się ładowały w
nocy. Rozwiniemy połączenia międzysystemowe – czasem sprzedamy energię, a
czasami kupimy.
Jeśli elektrownie wiatrowe osiągną wysoki udział, wejdzie fotowoltaika,
która podaje energię w innym momencie niż wiatr. Będą prawdopodobnie
stałoprądowe transeuropejskie sieci, dzięki którym będziemy bilansować
elektrownie wiatrowe na Bałtyku i Morzu Północnym z energią słoneczną z
Sahary i rejonów morza Śródziemnego.
Rozwiązań będzie bardzo dużo. Tam, gdzie proponujemy wyższe udziały OZE,
a mój instytut za takim rozwiązaniem się zdecydowanie opowiada i
wspiera takie inicjatywy jak ERENE postulujące 80%, a nawet 100% udziału
zielonej energii elektrycznej w 2050 roku, proponujemy również
działania dostosowujące, bez których byłoby to wszystko niemożliwe.
Dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła Katarzyna Teodorczuk.
Grzegorz Wiśniewski jest prezesem Instytutu
Energetyki Odnawialnej (od 2001), członkiem i przewodniczącym Grupy
Refleksyjnej (MERG) Komisji Europejskiej ds. Energetyki Zrównoważonej
Środowiskowo (2007/2009), członkiem Zespołu Doradców Europejskiej
Wspólnoty Odnawialnych Źródeł Energii (ERENE), byłym dyrektorem
Europejskiego Centrum Energii Odnawialnej (EC BREC, 1997-2005),
przewodniczącym zespołu doradców Ministra Środowiska ds. energetyki
(2003/2004), współautorem „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej”
(2000) i szeregu ekspertyz dotyczących OZE dla Ministerstwa Środowiska i
Ministerstwa Gospodarki. Specjalizuje się w energetyce słonecznej,
wiatrowej i biogazie oraz systemowych, prawnych i ekonomicznych
problemach wykorzystania odnawialnych zasobów energii.








