Naukowcy alarmują: w ciągu ostatniego stulecia drastycznie, bo aż o połowę, spadła ilość fitoplanktonu w oceanach. To bardzo zły znak dla życia na Ziemi.
Okrzemki, będące jednym z najważniejszych składników fitoplanktonu.
Dawno, dawno temu, kiedy na świecie nie było jeszcze ani ludzi, ani zwierząt, a w powietrzu nawet tlenu, w oceanie pojawiły się pierwsze glony. Były to cyjanobakterie zwane też sinicami. Według ostatnich obliczeń („Gazeta” z 06 sierpnia 1999 r.) przyszły one na świat około 2,5 mld lat temu. Na szczęście dla nas. Bo sinice do produkcji energii zaczęły wykorzystywać fotosyntezę. Dzięki ich pracy, a potem pracy innych mikroskopijnych organizmów tworzących dryfujący w oceanach fitoplankton, atmosfera została zasilona w życiodajny dla zwierząt tlen.
Co jednak raz zostało nam dane, wcale nie musi pozostać na wieczność. W dzisiejszym „Nature” trójka naukowców pod kierunkiem Daniela G. Boyce’a z Uniwersytetu Dalhousie w kanadyjskim Halifaksie publikuje alarmującą pracę na temat zmniejszającej się ilości fitoplanktonu w oceanach.
Ów morski drobiazg – tworzą go organizmy o rozmiarach od kilku do kilkuset mikrometrów – stanowi żywą ilustrację powiedzenia „w wielości siła”. Jedna komórka sinicy czy okrzemka, choć piękna, nie znaczy nic. Jednak w sumie stanowią one aż połowę ziemskiej biomasy. Są podstawą morskiego łańcucha pokarmowego, tzw. pierwotnymi producentami. To fitoplanktonem żywią się zooplankton (mikroskopijne wodne zwierzęta), skorupiaki, małe ryby i ośmiorniczki, a nawet wieloryby. A skorupiakami czy rybkami żywią się większe ryby, pingwiny i foki. A większymi rybami, pingwinami i fokami… Krótko mówiąc – bez fitoplanktonu morskie zwierzaki nie miałyby co jeść, a my nie moglibyśmy jeść morskich zwierzaków. No i… nie mielibyśmy czym oddychać.
Co więcej, to ważny gracz w obiegu węgla w przyrodzie (to na węglu oparta jest budowa wszystkich żywych organizmów na Ziemi). Naukowcy szacują, że pochłania on tyle cieplarnianego dwutlenku węgla co lasy i inne rośliny lądowe.
Mimo że tworzące fitoplankton organizmy są maleńkie, to mają swoje wymagania. Lubią np., kiedy świeci słońce, a woda dostarcza im dużo składników odżywczych. Azotany, fosforany, krzemiany, wapno i żelazo mogą pochodzić z lądu (skąd deszcz spłukuje je do rzek) albo z ciemnej morskiej głębi, z której wynoszą je w górę mieszające morzami wiatry.
Fitoplankton – zupełnie jak człowiek – nie lubi natomiast, kiedy jest za gorąco. Jeśli wody powierzchniowe są zbyt ciepłe, to poszczególne warstwy oceanu – cieplejsze, chłodniejsze czy bardziej lub mniej słone – nie chcą się ze sobą mieszać i morskie żyjątka, które, by się rozwijać, muszą pędzić do rozświetlonych słońcem wód powierzchniowych, zostają bez jedzenia. Ocean staje się wtedy jałowy, bo pozbawiony budulca fitoplankton się nie rozmnaża. Wykazały to zresztą obserwacje satelitarne prowadzone w latach 1997-2008: temperaturowe anomalie w oceanach zbiegały się z anormalnie małym bądź dużym stężeniem fitoplanktonu.
Problem w tym, że nasze morza są coraz cieplejsze. Według danych amerykańskiej Narodowej Agencji Badania Oceanu i Atmosfery od końca XIX w. ich średnia temperatura wzrosła o 0,74 st. C.
To właśnie dlatego – spekulują w „Nature” naukowcy z Kanady – ilość fitoplanktonu w oceanie w ciągu ostatnich stu lat drastycznie spadła.
Uczeni wykonali benedyktyńską wręcz pracę i przez trzy lata przekopali się przez blisko pół miliona pomiarów sięgających 1899 r. Te najstarsze wzięły się z prostego badania przejrzystości wody za pomocą tzw. dysku Secchiego (20-cm krążka opuszczanego w morską toń tak długo, aż stanie się niewidoczny), a te najnowsze i najdokładniejsze to pomiary satelitarne.
W XX w. zawartość fitoplanktonu w oceanach zmniejszała się średnio o 1 proc. rocznie – obliczyli uczeni. Od roku 1950, czyli od momentu, w którym pomiary stały się bardziej szczegółowe i lepiej udokumentowane, ilość fitoplanktonu w oceanach spadła o 40 proc.!
Szacuje się, że dalszy wzrost stężenia dwutlenku węgla w atmosferze pompowanego tam przez człowieka, który na masową skalę spala paliwa kopalne (węgiel, ropę, gaz), będzie oznaczał dalszy upadek fitoplanktonu. To prawdziwy paradoks, bo przecież fitoplankton potrzebuje CO2 do życia (węgiel sobie zabiera, a oddaje nam tlen). Nadmiar tego gazu powoduje jednak nie tylko wyższą temperaturę powietrza, ale i oceanu. A tej fitoplankton już nie lubi.
Powstaje więc kolejne sprzężenie zwrotne (innym jest np. topnienie czapy lodowej w Arktyce) napędzające zmiany klimatyczne – im cieplej, tym mniej fitoplanktonu, czyli mniej organizmów, które pobierałyby z atmosfery cieplarniany dwutlenek węgla. Im więc cieplej, tym… cieplej. I jeszcze mniej fitoplanktonu.
Warto więc zapytać – czy bez niego życie na Ziemi sobie poradzi?
To morskie raczej nie, a to na lądzie? Trudno powiedzieć, ale warto wsłuchać się w głos naukowców. Boris Worm, biolog z Uniwersytetu Dalhousie i Instytutu Badania Klimatu w Poczdamie, jeden ze współautorów publikacji w „Nature”: – Fitoplankton produkuje dziś połowę atmosferycznego tlenu, którym oddychamy.
Duszno mi, duszno
Jak pokazują obserwacje prof. Ralpha Keelinga z Instytutu Oceanograficznego Scrippsów w La Jolla w Kalifornii, spada nie tylko ilość fitoplanktonu w oceanach, ale także stężenie tlenu w powietrzu. Według jego obliczeń każdego roku poziom tego życiodajnego gazu w atmosferze zmniejsza się o 20 ppm (części na milion). Innymi słowy, gdybyśmy milion piłeczek pomalowali na biało, to co roku ubywałoby 20 z nich. Dodajmy, że w tym samym czasie rośnie stężenie dwutlenku węgla – o 2 ppm rocznie.
Spadek stężenia tlenu i wzrost poziomu dwutlenku węgla to nieuchronny proces wynikający ze spalania paliw kopalnych czy raczej zawartych w nich węglowodorów. Kiedy je spalamy, wodór i węgiel łączą się z atmosferycznym tlenem, tworząc parę wodną i dwutlenek węgla.
Tomasz Ulanowski
Źródło: Wyborcza.pl








