Na kilkanaście dni przed rozpoczęciem się światowej konferencji klimatycznej w Kopenhadze pojawia się coraz więcej głosów, że obrady nie odniosą sukcesu, a jedynie ukażą jak wciąż wiele różni kraje poszczególnych krajów w kwestii ograniczania emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.
Wczoraj jednak nadzieję na uratowanie konferencji odbudował prezydent USA, który oświadczył, że przybędzie w grudniu do stolicy Danii, w dodatku przywiezie ze sobą dobrą wiadomość. Jest nią spore ustępstwo w sprawie ograniczenia emisji CO2. Początkowo rząd Stanów Zjednoczonych nie chciał czynić w tej sprawie żadnych ustępstw, ale po tym jak Barack Obama otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla się to zmieniło.

Według zapowiedzi Obama na szczycie ogłosi chęć ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o 17 procent w ciągu najbliższych 10 lat i aż o 83 procenty do 2050 roku. Jednak chęć to nie obowiązek i nic nie będzie w stanie zmusić władze Stanów Zjednoczonych do spełnienia swoich słów. Nie można jednak nie podkreślić, że jakby nie było jest to pewien krok ku dołączeniu światowego mocarstwa po zobowiązań jakie wzięły na siebie nawet najmniej rozwinięte gospodarczo kraje. Dotychczas USA blokowało wszelkie akty, które jasno określałyby ich stosunek do tego palącego problemu. Dodajmy, że USA to jeden z nielicznych krajów, które nie ratyfikowały słynnego Protokołu z Kioto, który został ustanowiony w 1997 roku, zaczął obowiązywać w 2005 roku, a ostatecznie wygaśnie wraz z końcem 2012 roku.
Unia Europejska nalega, aby najwięksi emitenci CO2 podczas konferencji zadeklarowali oficjalnie, że ograniczają emisję i to znacząco. Najlepszym czasem na takie deklaracje będzie 18 grudnia, kiedy na szczycie pojawią się najwięksi światowi przywódcy.
Źródło Twoja Pogoda









