Przez tysiąclecia oceany wydawały się nam nieskończone: niewyobrażalnie wielkie i kipiące życiem. Uważaliśmy, że z oceanów można czerpać dowolną ilość ryb i wrzucić do nich dowolną ilość przeszkadzających nam odpadów. Kiedyś może rzeczywiście tak było. Wzrost wykładniczy trwający od czasów rewolucji przemysłowej udowodnił jednak, że w starciu z naszymi obecnymi możliwościami oceany stały się zbyt małe.
Wyobraź sobie dwa pojazdy wysokości kilku pięter, które ustawiono na sawannie w odległości kilometra od siebie, a pomiędzy nimi rozpięto wielką sieć. Sieć ma na spodzie wielkie walcowate koła, dzięki którym może toczyć się po terenie, pokonując przeszkody. Pojazdy ruszają – a sieć zaczyna zagarniać wszystko co znajduje się na jej drodze. Łamie drzewa, rozgniata kołami krzewy, w sieci lądują kłębiące się antylopy i żyrafy, lwy i szakale, strusie i kameleony, często już nieżywe i wymieszane z resztkami roślin. Teren po przejściu tej machiny wygląda jakby przeszło po nim tornado.
Widząc taki widok każdy zamarłby z przerażenia i żalu nad zniszczeniami i hekatombą mieszkańców sawanny. Dobrze, że tak nie postępujemy, prawda?
Niestety, nieprawda. Nie robimy tego na sawannach, ale robimy to na dnie oceanów. Proces ten nazywa się trałowaniem dennym – i zamiast pojazdów mamy tam dwa statki ciągnące sieć tak wielką, że można by w nią łapać jumbo jety. Wlokący się po dnie trał denny, niczym gigantyczny pług niszczy wszystko na swojej drodze. Dół sieci stanowi gruba stalowa lina obciążona ważącymi dziesiątki lub nawet setki kilogramów stalowymi ciężarkami, przytrzymującymi trał przy dnie. Do liny dowieszone bywają łańcuchy mające płoszyć przyczajone na dnie ryby i wpędzać je w ten sposób do sieci. Przyczepiane do niej bywają stalowe kratownice z siatką, które orząc dno zbierają kraby, małże i ostrygi. Z każdym przeciągnięciem po dnie trały denne nie tylko wyłapują masowo ryby, żółwie i innych mieszkańców morza, lecz zgarniają też kamienie, rozdzierają rośliny denne i koralowce, zabijają kraby, robaki i żyjące w osadach dennych zwierzęta. Las koralowców, gąbek, i jeżowców zamienia się w błotniste rumowisko pokryte resztkami żywych przed chwilą istot. Nie ma w nim skałek i koralowców dających miejsce do życia, nie ma miejsc, w których młode ryby mogą ukryć się przed drapieżnikami, nie ma skorupiaków będących ich pożywieniem. Dno oceaniczne staje się pustynią.
Tak wygląda zestawienie dna morskiego PRZED trałowaniem dennym i PO nim.

Dno morskie przed trałowaniem dennym i po nim.
Wiele gatunków potrzebuje lat na ponowne zasiedlenie tak zdewastowanego dna, niektóre nawet dziesięcioleci lub całych wieków. Nie dajemy im tak wiele czasu – w niektórych rejonach szelfu kontynentalnego – ekologicznie najbardziej bogatych, a więc i najintensywniej przez nas eksploatowanych – trałujemy dno kilka razy do roku.
Rzuciliśmy przeciwko rybom naszą zaawansowaną technologię . Używamy sieci długich na 30 kilometrów, zarzucamy liny z milionem haczyków. Kapitan trawlera na trójwymiarowych symulacjach widzi precyzyjnie z dokładnością do kilku metrów położenie dna morskiego, swoich sieci i ławic ryb. Namierzamy je za pomocą technik satelitarnych, zwiadu lotniczego i sonarów . Nic więc dziwnego, że w odławianiu ryb odnotowujemy spektakularne sukcesy.
Gdy 500 lat temu John Cabot opowiadał o łowiskach Nowej Funlandii, mówił, że ryby były na nich upakowane tak gęsto, że do ich łapania wystarczało wyrzucić kosz za burtę. Gigantyczne ławice przypływających na tarło dorszy, śledzi, kałamarnic i gromadników przez stulecia zadziwiały ludzi. Jak mawiali rybacy – można było chodzić po ich grzbietach. Założone na Nowej Funlandii wioski rybackie przez całe stulecia zawsze miały dobre połowy dorszy, które jak się wydawało, nigdy się nie skończą. I rybacy mieli powody, by tak sądzić – te wielkie, odporne, łatwo adaptujące się do różnych warunków wszystkożerne i niewiarygodnie płodne ryby żyły w Atlantyku w obecnej postaci przez dobre 10 milionów lat. Dorsze żyją 20 i więcej lat, co gwarantuje różnorodność gatunku – szczególnie zimne lata powodowały dobór jednostek odpornych na chłód, lata ciepłe przeciwnie, a przy tak wielu generacjach żyjących równocześnie, dorsz był dostosowany do każdej zmiany warunków i gotów stawić czoło dowolnym zagrożeniom. Za wyjątkiem przemysłowych połowów ryb przez człowieka, oczywiście.
Rybacy korzystali z nawyku gromadzenia się podczas tarła w wielkie ławice, liczące nawet setki milionów sztuk, łowiąc je w coraz większe sieci. Korzystali też z żarłoczności tych ryb, które rzucały się na cokolwiek przypominającego jedzenie – dzięki temu jako przynęty używano kawałków hot dogów, kubków styropianowych, a nawet pustych haczyków.
To jednak była tylko przygrywka. W latach 50-tych pojawiła się nowa kategoria statków – trawlery przetwórnie. Te liczące sobie sto kilkadziesiąt metrów olbrzymy były wyposażone w pokładową fabrykę filetów, pakowalnię i wielkie zamrażarki, co pozwalało im pozostawać na morzu tygodniami. Dysponowały urządzeniami do lokalizacji ławic, co pozwalało im z morderczą skutecznością wyłapywać wszystkie ryby na przeczesywanym obszarze. Ich sieci miały ponad kilometr w obwodzie i mogły w ciągu godziny wyłowić 200 i więcej ton ryb – dwa razy więcej niż XVI-wieczny statek rybacki z opowieści Johna Cabota przez cały rok. Zaopatrywane przez inne statki, trawlery przetwórnie mogły odławiać ryby na całym świecie miesiącami nie zawijając do portów. Przeczesując wody międzynarodowe, były poza wszelką jurysdykcją państw nadbrzeżnych. Do lat 70-tych Związek Radziecki wysłał na ocean 400 trawlerów przetwórni, Japonia 125, Hiszpania 75, Niemcy 50, Francja i Wielka Brytania po 40, inne kraje dołożyły do tego kolejne setki. Nagle ławice ryb na całym świecie stały się celem połowów, a może raczej wydobycia, bo skala połowów zaczęła wielokrotnie przekraczać możliwości odradzania się ekosystemów. Dziesiątkowane były nie tylko dorsze, ale i wiele innych ryb.

Władcy oceanów. Trawler Atlantic Dawn o wyporności ponad 14 000 ton i jego mniejszy kolega krążownik rakietowy USS Virginia o wyporności 11 000 ton.
W 1968 roku połowy dorsza u brzegów Nowej Funlandii osiągnęły szczyt na poziomie 810 tysięcy ton – blisko trzykrotnie więcej niż kiedykolwiek przed drugą połową XX wieku. Następnie, mimo wzmożonych wysiłków rybaków, większych sieci, mocniejszych sonarów i dokładniejszego sprzętu do namierzania ryb, połowy zaczęły spadać. Połowy zagranicznych trawlerów postawiły łowiska północnozachodniego Atlantyku na skraju załamania. W roku 1977 Kanada, idąc w ślady Islandii, jednostronnie rozszerzyła swoje wody terytorialne z 12 do 200 mil od brzegu, przez co zagraniczne trawlery opuściły łowiska. Decyzja wywołała euforię wśród kanadyjskich rybaków, którzy poczuli, że teraz dorsz należy do nich i tylko do nich.
Jednak zamiast chronić łowiska, Kanada podjęła krótkowzroczną decyzję o rozbudowie własnej potężnej floty trawlerów dalekomorskich. Jednak na to potrzeba było kilku lat, a rozbudowa lokalnego przemysłu przetwórczego wytworzyła presję na odławianie ryb. W przeciwnym razie moce przetwórcze byłyby niewykorzystane, ludzie nie mieliby pracy, a rząd podatków. Zanim więc Kanada zwodowała własne statki, na wody terytorialne wpuszczono zagraniczne trawlery, które wyładowywały zdobycz w miejscowych portach, zasilając linie produkcyjne zakładów przetwórczych. Załamanie łowisk było tuż–tuż.
Szok nastąpił w 1988 roku. Naukowcy monitorujący i modelujący łowiska podnieśli alarm, że grozi im zagłada, a zapobieżenie jej oznacza konieczność zmniejszenia połowów co najmniej o połowę. Jak myślisz, co było dalej?
Mieszkańcy i politycy byli oburzeni takimi sugestiami, uznając, że to niemożliwe, bo doprowadziłoby do chaosu gospodarczego w całym przemyśle i regionie. Nawet stojąc w obliczu bliskich i poważnych problemów opóźniamy podjęcie działań tak bardzo, jak to tylko możliwe. Zapadła więc decyzja o ograniczeniu połowów – o 10 procent.
Oczywiście tak symboliczne redukcje niewiele dały, a kolejne lata potwierdziły zbliżającą się katastrofę. Pomimo wysiłków rybaków, połowy spadały poniżej ustalonych limitów. Zakłady przetwórstwa zaczęły upadać, a tysiące rybaków tracić pracę. W 1992 roku wyniki badań pokazały, że populacja dorsza spada na łeb na szyję i wynosi już tylko smętny 1 procent swojej liczebności z lat 60-tych, a składa się głównie z małych i niedojrzałych ryb. Okazało się, że niezależnie od przyjęcia takich czy innych dopuszczalnych kwot połowów, ryb dla przetwórni ani pracy dla rybaków już nie będzie.
Wielkie ławice zniknęły, a tętniące niegdyś życiem miejscowości wyludniły się. To co zdawało się niemożliwe, stało się faktem. Ostatnie wielkie ławice dorszy zostały schwytane w olbrzymie sieci trawlerów, a rząd Kanady, który długo ulegał lobby rybackiemu sprzeciwiającemu się ograniczaniu połowów, w ostatnim desperackim akcie zamknął łowiska z powodu braku ryb, posługując się rzucającą na kolana logiką zamykania drzwi od stajni po tym, gdy koń już z niej uciekł
Być może kiedyś, jeśli zostawimy go w spokoju, dorsz będzie miał szansę się odrodzić. Ale nawet jeśli to nastąpi, to za wiele, wiele lat. Cały ekosystem uległ tak poważnym zmianom, że nie ma w nim już miejsca dla dorszy. Znaczny jest w tym udział trałowania dennego. Wskutek prowadzenia tego typu połowów, ekosystem dna morskiego u brzegów Nowej Funlandii został zdegradowany do tego stopnia, że przestał już być środowiskiem odpowiednim dla młodych dorszy.
Czy rządy i rybacy wyciągnęli jakieś wnioski z tragedii dorsza? Owszem, tyle że dość prymitywne. Skoro skończyły się dorsze, to trzeba sięgnąć po inne gatunki, leżące niżej w łańcuchu pokarmowym i dotychczas uważane za mniej atrakcyjne. Po kilku latach sięgania po „niedostatecznie wykorzystywane gatunki” takie jak śledź, węgorz czy płaszczki ich populacje w wodach Kanady również znacząco spadły. I pewnie nie będzie dla Ciebie zaskoczeniem, że nie dotyczy to wyłącznie wód Kanady. Na całym północnym Atlantyku populacje poławianych ryb drapieżnych takich jak dorsz, czarniak i plamiak, spadły w ciągu stulecia o 89 procent

Ławica tuńczyków błękitnopłetwych.
W ciągu kilkudziesięciu lat populacja atlantyckiego tuńczyka błękitnopłetwego spadła o 97 procent, i chociaż gatunki te uważane są za krytycznie zagrożone, to wciąż trwają ich połowy. W miarę jak liczba tych ryb malała i coraz trudniej było je złapać, rynki coraz wyżej je wyceniały. Ostatnio cena ważącego 220 kilogramów tuńczyka na aukcji w Japonii, będącej głównym konsumentem tych ryb, sięgnęła 160 tysięcy dolarów. Tak wysokie ceny stanowią silną zachętę dla rybaków, żeby wyłapywać wciąż pozostające w oceanie ryby. Według naukowców, limity połowowe na poziomie kilku tysięcy ton rocznie to maksimum dające szansę gatunkowi na przetrwanie. W 2008 roku limit wynosił 28 tysięcy ton, a w 2009 roku 22 tysiące ton. Jednak rybacy masowo łamią prawo i nawet te limity nie są przestrzegane – w 2007 roku połowy wyniosły 60 tysięcy ton. Właściwie jedyne co może powstrzymać eksterminację gatunku, to całkowity zakaz połowów i handlu.Jednak nie wydaje się to politycznie akceptowalne – lobby rybackie i przetwórcze sprzeciwia się takiemu ograniczaniu swojej działalności. Rządy i przemysł rybacki uparcie stawiają na krótkoterminowe zyski, nawet w obliczu zagłady gatunku. W końcu, kto jest ważniejszy – ludzie czy ryby?
W rejonach takich jak Morze Północne, Zatok Biskajska i Nowa Funlandia na kilometr kwadratowy oceanu jeszcze sto lat temu przypadało kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt ton dużych ryb. Mapa pokazuje, ile ton dużych ryb ze szczytu łańcucha pokarmowego przypadało na kilometr kwadratowy oceanu w 1900 roku i ile zostało ich obecnie.

Mapa pokazująca ilość ton dużych ryb ze szczytu łańcucha pokarmowego przypadających na kilometr kwadratowy oceanu w roku 1900 i 2000. Źródło: Sea Around Us North Atlantic Biomass Trends.
Populacja wielkich ryb drapieżnych takich jak tuńczyki, łososie, dorsze, włóczniki, turboty czy flądry od 1950 roku spadła o 90%. Populacja rekinów kurczy się jeszcze szybciej. Badania na Północnym Atlantyku pokazują, że liczba rekinów jedynie w ciągu ostatnich 15 lat spadła o 40-89 procent! Rekiny są łapane nie tylko ze względu na płetwy, z których robi się zupę, lecz także przypadkowo przy okazji połowów innych ryb.
Masowe dziesiątkowanie populacji morskich drapieżników doprowadziło do zjawiska określanego mianem kaskady troficznej, w którym zniknięcie drapieżników na szczycie piramidy wywołuje kaskadowe zmiany wzdłuż łańcucha pokarmowego. Przykładem może być eliminacja rekinów i dorszy z Północnego Atlantyku. Prowadzi to do gwałtownego wzrostu populacji płaszczek, których liczba wynosi obecnie już około 40 milionów. Płaszczki żywią się ostrygami i małżami.W rezultacie eksplozja populacji płaszczek wywołała załamanie populacji (i połowów) małży. Kaskada troficzna może przebiegać całą drogę wzdłuż łańcucha pokarmowego, prowadząc do spadku populacji zooplanktonu (plankton zwierzęcy) i wzrostu fitoplanktonu (plankton roślinny), całkowicie zmieniając ekosystem.
Problem ten nie dotyczy jedynie Północnego Atlantyku. Mimo pustoszenia oceanów, światowe zapotrzebowanie na ryby rośnie, a floty rybackie intensyfikują połowy. Trawlery przemierzają cały świat, docierając nawet w najdalsze regiony globu – na wody Arktyki, Antarktydy i na środek Pacyfiku. W ciągu 30 lat liczba ryb w Zatoce Tajlandzkiej spadła o 90 procent, u brzegów Malezji spadek wyniósł 80-90 procent, a na Filipinach 50-80 procent. Nawet państwa wyspiarskie położone na środku Pacyfiku przewidują, że w ciągu 25 lat dojdzie do załamania się łowisk
Niezależnie od naszych wysiłków podejmowanych w celu zwiększenia połowów, ilość odławianych na świecie ryb przestała rosnąć już kilkanaście lat temu.W świetle pogarszającej się sytuacji żywnościowej świata to bardzo niepokojący sygnał, szczególnie, że ryby są bardzo ważnym źródłem pożywienia, dając nam 20% białka zwierzęcego.

Światowe połowy ryb. Podobny wykres pokazujący połowy na osobę wygląda znacznie gorzej. Źródło
Od 20 lat ilość odławianych ryb nie zmienia się, pomimo rosnącego tonażu flot i coraz nowocześniejszych technologii. Może się wydawać, że połowy ustabilizowały się, jednak za tym uspokajającym obrazem stoi sięganie po coraz nowe łowiska i gatunki ryb. Po przetrzebieniu populacji dużych ryb żyjących blisko powierzchni sięgnęliśmy po ryby głębinowe.Ponieważ wiele z nich żyje długo i rozmnaża się powoli, ich odławianie przebiega znacznie szybciej niż ich populacje są w stanie się regenerować – połowy ryb głębinowych to kolejna odmiana praktykowanego przez nas „wydobycia” zasobów. Wielu naukowców uważa, że populacje ryb głębinowych w ogóle nie powinny być odławiane.
Jeśli „wyścig do łowisk” będzie przebiegać tak jak dotychczas, a krótkoterminowe zyski będą nadal stać przed długoterminową zrównoważoną gospodarką morską, wkrótce wykres połowów ryb zacznie pikować – w przeliczeniu na osobę ma to już miejsce. Możemy mówić o „Fish Peak” – szczycie wydobycia ryb (słowo „wydobycie”, kojarzące się z pozyskiwaniem zasobów nieodnawialnych, jest tu jak najbardziej na miejscu).

Odsetek wyczerpanych i nadmiernie eksploatowanych łowisk, http://www.cbd.int/gbo/gbo3/images/GBO3-Figure17-SummaryBiodiversityIndicators.pdf
Zwierzęta, które są pobocznymi ofiarami połowów ryb, cierpią tak samo – a w niektórych przypadkach nawet bardziej – od ryb będących celem połowów. Delfiny, morświny, wieloryby i foki często zaplątują się w sieci i liny, łapią się też na haczyki z przynętą lub sieci trawlerów. Ponieważ zwierzęta te są ssakami, muszą wynurzyć się, by złapać powietrze. Gdy nie mogą tego zrobić, topią się.

Morświn kalifornijski, najmniejszy z delfinów, endemicznie występujący w Zatoce Kalifornijskiej. Jeszcze kilka lat temu żyło ich ponad pół tysiąca. Dziś pozostało 150, a co roku 30 z nich zaplątuje się w sieci rybaków i ginie.
Spośród siedmiu gatunków żółwi morskich, wszystkie są uważane za zagrożone. Masowo giną w sieciach do połowu krewetek. Trzy spośród siedmiu gatunków są krytycznie zagrożone. Populacja żółwia skórzastego spadła od roku 1980 o 2/3 – według najbardziej optymistycznych badań. Populacja żółwi zielonych spadła z 90 milionów do 300 tysięcy – czyli o 99,7 procent.

Żółw zielony. Ich populacja spadła o 99,7%
Na środku Północnego Pacyfiku znajdują się małe wysepki atolu Midway. Gniazdują na nich albatrosy, ponad 3000 kilometrów od najbliższego kontynentu. Gdy z jajka wykluwają się młode, ich rodzice wyruszają nad ocean, wyławiając wszystko, co przypomina jedzenie i przynoszą to do swoich gniazd karmiąc swoje dzieci. Malutkie, przebywające w gniazdach pisklęta szeroko otwierają dziobki, łapczywie zjadając przyniesiony przez rodziców pokarm.Niestety, w oceanie dryfuje mnóstwo naszych plastikowych odpadów, a złożona z nich dieta nie służy pisklętom, które dławią się plastikowymi nakrętkami od butelek, umierają zatrute rozkładającymi się w ich żołądkach toksycznymi chemikaliami lub padają z głodu wywołanego niemożnością zmieszczenia w brzuszku czegoś poza wypełniającym go plastikiem. Co roku na samych wyspach Midway giną dziesiątki tysięcy małych albatrosów.
Ich los udokumentował Chris Jordan, wykonując serię fotografii, trzymając się przy tym zasad wiernego oddania rzeczywistości. Podczas sesji zdjęciowej ani jeden kawałek plastiku nie został przesunięty, umieszczony, przekręcony ani zmieniony w jakikolwiek inny sposób.

Zwłoki młodego albatrosa z wysp Midway. Źródło:Chris Jordan, Message from the Gyre
W wyniku naszych połowów populacja płetwali błękitnych spadła z poziomu 300 tysięcy, do tysiąca w latach 60-tych. Na szczęście dla wielorybów te masowe połowy wstrzymaliśmy, a ich populacja powoli się odbudowuje, licząc obecnie 10-25 tysięcy. Czyhają jednak na nie inne zagrożenia. Zwierzęta za szczytu łańcucha pokarmowego są szczególnie narażone na wpływ biologicznie czynnych związków chemicznych. Gromadzenie polichlorowanych bifenyli (PCB) przez wieloryby uważa się za jedno z poważniejszych zagrożeń dla tego gatunku. Związki PCB akumulują się w tkankach tłuszczowych i wątrobie, gdzie ulegają powolnemu rozkładowi z wydzieleniem substancji o własnościach zbliżonych do dioksyn, wywołując nowotwory, choroby układów immunologicznego i nerwowego, uszkodzenia wątroby, bezpłodność i uszkodzenia płodów. Nie jest to jedyne zagrożenie dla wielorybów. Rozpowszechnienie się sonarów i hałas śrub okrętowych utrudniają wielorybom komunikację i nawigację.Ponieważ populacje dużych gatunków wielorybów spadły do poziomu poniżej 5 procent ich naturalnej liczebności, coraz trudniej jest im znaleźć partnerów, bo nasze dźwięki zagłuszają nawoływania się wielorybów. W intensywnie wykorzystywanych wodach przybrzeżnych poziom hałasu wzrósł tak bardzo, że badający naukowcy wieloryby stwierdzili, że próbując przebić się przez nasz hałas wydają one dziś 10-krotnie głośniejsze dźwięki niż pół wieku temu.
Wieloryby spędzają lato w zimnych wodach okołobiegunowych, żywiąc się krylem. Ten stanowiący ważne ogniwo łańcucha pokarmowego skorupiak preferuje zimne wody, a wzrost ich temperatury może powodować jego zanik, skutkujący brakiem pożywienia dla wielorybów, a także wielu innych gatunków ryb, ptaków, fok i uchatek.

Poważne zagrożenie, szczególnie dla gatunków przybrzeżnych, stanowią spłukiwane do oceanów nawozy azotowe i fosforowe, których używamy coraz więcej. Nawozy stanowią pożywkę dla przybrzeżnego fitoplanktonu, powodując jego zakwity. Ponieważ jednak eksterminowaliśmy 90% żywiących się planktonem ryb i ostryg, nie ma kto tego całego planktonu zjeść. Woda staje się mętna, nie dopuszcza światła w głąb, przez co ustaje fotosynteza, a plankton umiera. Śmierć organizmów fotosyntetyzujących prowadzi do zaprzestania produkcji tlenu i odtleniania środowiska. Dodatkowo martwe resztki opadają na dno zbiornika i tam gniją rozkładane przez bakterie, które zużywają w tym procesie cały pozostający w otoczeniu tlen.
Pozbawiając wody tlenu, bakterie tworzą środowisko beztlenowych stref śmierci, w których nie przetrwa żadna ryba, żółw czy jakakolwiek istota potrzebująca tlenu do życia. W ten sposób powstaje środowisko zamieszkałe przez bakterie i zdolne do życia w takim środowisku meduzy. Populacja meduz jest normalnie kontrolowana przez ryby, które zjadają małe meduzy i konkurują z meduzami o będący ich pokarmem zooplankton. Jednak rosnąc w liczbę, meduzy mogą niszczyć lokalne łowiska, żywiąc się rybią ikrą i narybkiem, a przez to przejmują kontrolę nad akwenem i eliminują z niego inne zwierzęta.

Największa na świecie meduza Nomura, może ważyć 200 kilogramów, a jej średnica może sięgać 2 metrów.
Po raz pierwszy w historii wywołane przez nas zmiany w oceanach mogą doprowadzić do „stabilnego stanu z meduzami”, w którym to one, wraz z mikrobami, staną się dominującą formą życia w oceanach. Zjawisko wzrostu populacji meduz obserwuje się m.in. w Azji Południowo-Wschodniej, w Morzu Czarnym, Zatoce Meksykańskiej i Morzu Północnym. Nawet u brzegów Nowej Funlandii, gdzie niegdyś poławiano dorsze, łowi się teraz meduzy.

Liczba stref beztlenowych w oceanach w kolejnych dekadach. Źródło:Global Biodiversity Outlook 3
Ocieplanie się klimatu wynikające ze wzrostu koncentracji gazów cieplarnianych oznacza, że rośnie nie tylko temperatura powietrza, ale i wód oceanicznych. Ponieważ woda ciepła jest lekka, a zimna gęsta, więc wzrost temperatury powierzchniowych warstw wody prowadzi do jej odseparowania od warstwy głębinowej. Im większa jest różnica temperatur , tym słabsze jest mieszanie. Zimne wody oceaniczne są najlepiej natlenione, a także niosą ze sobą składniki odżywcze potrzebne planktonowi żyjącemu w nasłonecznionych wodach powierzchniowych – najbogatsze w życie są chłodne rejony oceanów. Wzrost temperatury wód powierzchniowych oznacza słabsze mieszanie się warstwy powierzchniowej z chłodną i bogatą w składniki odżywcze wodą głębinową.

Odchylenie od średniej temperatury oceanów w okresie 1999-2004 zestawione ze zmianą produktywności biologicznej. Kolor czerwony oznacza wzrost wartości, niebieski jej spadek. Źródło:Nasa
Tam gdzie temperatura oceanów wzrosła, było mniej życia, a tam gdzie temperatura była niższa, produktywność biologiczna wzrastała.
Zmiany klimatu kojarzymy głównie ze wzrostem temperatury, jednak równie ważnym czynnikiem jest pochłanianie przez oceany znacznej części naszych emisji dwutlenku węgla. To właśnie oceany są głównym miejscem absorpcji i usuwania CO2 z powietrza. W ciągu godziny pochłaniają ponad milion ton tego gazu. W rezultacie pochłaniania dwutlenku węgla przez ocean następuje wzrost kwasowości (obniżenie pH) wody – tak, jakby oceany stawały się wodą gazowaną.
Już teraz nasza emisja dwutlenku węgla do atmosfery spowodowała wzrost kwasowości oceanów o około 30% (co odpowiada obniżeniu pH o 0,1), a przy przewidywanym wzroście emisji CO2 do atmosfery zmiany będą znacznie większe. Jeśli spalimy wszystkie paliwa kopalne, to przenosząc uwięziony w nich węgiel do atmosfery i dalej do oceanów, spowodujemy pięciokrotny wzrost ich kwasowości – do poziomu nienotowanego przez ostatnie 250 milionów lat. Taki wzrost kwasowości (odpowiadający spadkowi pH o 0,7) będzie miał poważne konsekwencje dla szeregu organizmów budujących zewnętrzne wapienne szkieleciki i muszle. W normalnych warunkach kalcyt i aragonit (odmiany węglanu wapnia) są stabilne w wodach powierzchniowych, gdyż jony węglanowe stanowią w wodzie morskiej roztwór przesycony – jest ich więcej niż może się rozpuścić – z czego korzystają organizmy morskie, wbudowując je w swoje ciała. Gdy wskaźnik pH otoczenia spada, obniża się również koncentracja tych jonów, a kiedy stężenie jonów węglanowych spada poniżej stężenia roztworu nasyconego, struktury zbudowane z węglanu wapnia zamiast wzrastać, stają się podatne na rozpuszczenie w wodzie. Wzrost kwasowości oceanów i spadek możliwości budowania szkieletów dotknie szeregu zwierząt stanowiących podstawę ekosystemu raf koralowych i łańcucha pokarmowego w oceanach, w tym koralowców, skorupiaków, mięczaków, kokolitoforów, otwornic i szkarłupni. Znajdą się oczywiście organizmy, które poradzą sobie w tych warunkach, jednak wiele gatunków nie przetrwa zmian, lub zostanie mocno osłabionych w tych i tak trudnych dla życia morskiego czasach.

Po lewej okrzemki. Po prawej zooplankton.
Jak stwierdził prof. Jean-Pierre Gattuso z francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych w 2009 roku, „już w przeciągu kilkunastu lat woda w Arktyce może stać się tak kwasowa, że będzie rozpuszczać muszle żywych zwierząt”.
Zwierzęcy, roślinny i mineralny świat raf koralowych jest jednym z naturalnych cudów świata i domem dla 1-3 mln gatunków, w tym ponad ¼ wszystkich gatunków ryb. Od zasobów raf koralowych jest w pełni uzależnione 30 milionów mieszkańców wyspach i wybrzeży. Wiele gatunków jest optymalnie dostosowanych do warunków, w jakich żyją i wszelkie większe zmiany w środowisku stanowią dla nich poważne zagrożenie – dotyczy to także raf koralowych, które są szczególnie wrażliwe na drobne zmiany temperatury wody i wzrost zakwaszania wód. Glony dostarczają koralom tlen i pożywienie, a te w zamian dają im składniki odżywcze i ochronę. Jeśli jednak robi się zbyt ciepło, glony nie mogą wyprodukować cukru. Gdy temperatury wzrosną już o 1°C polipy koralowca pozbywają się glonów „nierobów” i następuje „wybielanie” koralowców. Przy wzroście temperatury o 2°C wymieranie koralowców staje się powszechne. W wyjątkowo ciepłym 1998 roku wymarło kilkanaście procent koralowców na świecie.

Rafa koralowa – dom wielu gatunków morskich zwierząt
Jak na razie średnia temperatura Ziemi wzrosła o skromne 0,7°C. Do końca stulecia temperatura może jednak wzrosnąć o kilka stopni. Wielu ekspertów zajmujących się rafami koralowymi uważa, że sytuacja jest praktycznie beznadziejna i są one skazane na zagładę – przejdą do annałów historii, jako pierwszy wielki ekosystem zmieciony przez naszą miłość do taniej energii z paliw kopalnych.
Jak stwierdza raport australijskiej agencji rządowej opiekującej się narodowym emblematem – Wielką Rafą Koralową: „całościowe prognozy dla rafy są niedobre, a katastrofalnych zniszczeń ekosystemu nie da się już uniknąć”. Wielka Rafa Koralowa jest zagrożona, i nie tylko ona.
„Przyszłość jest przerażająca”, mówi Charlie Veron, australijski biolog morski, powszechnie uważany za najwybitniejszego na świecie eksperta od raf koralowych. „Nie ma nadziei, aby rafy dotrwały nawet do połowy stulecia w jakiejkolwiek formie przypominającej to, co dziś uważamy za rafy koralowe. Jeśli – a właściwie, kiedy – odejdą, zabiorą ze sobą około jednej trzeciej światowej bioróżnorodności morskiej. Zadziała efekt domina – kiedy przestaną działać rafy, padną też inne ekosystemy. To droga do scenariusza masowego wymierania, kiedy większość życia, szczególnie morskiego życia tropikalnego, ulegnie zagładzie”.
Alex Rogers, ekspert od koralowców z Londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego, mówi o „absolutnej gwarancji ich unicestwienia”. A David Obura, inny wybitny ekspert w tym obszarze i szef wschodnioafrykańskiego CORDIO, grupy badawczej z Kenii, jest równie pesymistyczny: „Myślę, że rafy mają mizerne szanse. A to, co dzieje się z rafami to zwiastun tego, co stanie się z całą resztą [ekosystemów oceanicznych”.
Jeśli będziemy nadal robić to co teraz, to oceany zostaną praktycznie opróżnione z ryb w ciągu 25-40 lat.
Nadmierne połowy doprowadzą w końcu do stworzenia środowisk prawie całkowicie pozbawionych gatunków odławianych komercyjnie i drapieżników, pozostawiając jedynie małe gatunki oportunistyczne. Tak zdegradowany ekosystem nie będzie już wiarygodnym i stabilnym źródłem żywności, co zagrozi całym społecznościom, szczególnie w biednych krajach. Martwe strefy będą coraz liczniejsze, będą także coraz większe – co będzie wynikać ze wzrostu ilości spływających rzekami nawozów i odpadów przemysłowych. Ocieplający się ocean i wzrastające emisje gazów cieplarnianych zakwaszające jego wody nasilą presję na pozostałe rafy. Na koniec światowe ekosystemy oceaniczne mogą doświadczyć masowego wymierania gatunków, prowadzącego do poważnej utraty bioróżnorodności. To przyszłość, w której oceanami będą rządzić mikroby i meduzy.
Te przewidywania mogą wydawać się ekstremalne, jednak trudno wyobrazić sobie, jak bez fundamentalnych zmian w naszym zachowaniu mogłoby do tego nie dojść.
Konwencjonalne sposoby ochrony zasobów przez ustalanie kwot połowowych nie działają lub działają słabo, są też zwykle obchodzone bądź ignorowane.
Powstrzymanie obecnych trendów będzie wymagać wyjścia poza obecne schematy i interesy lobby rybackiego.
Co więc może zadziałać? Utworzenia dużych obszarów wyłączonych z rybołówstwa. Jak dużych? Według dra Billa Ballantine, uważanego za ojca chrzestnego światowych rezerwatów morskich „dla celów edukacyjnych i naukowych powinno to być 10% powierzchni oceanów. Dla zapewnienia ochrony gatunków 20%. Aby zapewnić trwałe możliwości połowów 30%. Jeśli zaś planujemy intensywnie wykorzystywać zasoby oceanów, to rezerwaty powinny obejmować 50% ich powierzchni”.
W 2002 roku, na Światowym Szczycie Zrównoważonego Rozwoju w Johannesburgu, kraje nadbrzeżne zobowiązały się do utworzenia do 2012 roku międzynarodowej sieci rezerwatów morskich, pokrywających 10 procent powierzchni oceanów. Postępy są niewielkie, w 2006 roku obszary chronione obejmowały tylko niecały 1 procent oceanów, z czego jedynie 1/100 stanowiły obszary, na których rybołówstwo było zabronione. Przegląd 255 rezerwatów wykazał przy tym, że jedynie 12 z nich było rutynowo patrolowanych pod kątem przestrzegania zakazu. Jeśli chcemy, żeby nasze działania zrobiły różnicę, ich skala powinna być znacznie większa.
A skąd weźmiemy ryby na nasz stół, jeśli tak radykalnie ograniczymy eksploatację oceanów? Cóż, jeśli tego nie zrobimy, ryb po prostu nie będzie i powtórzymy los rybaków z Nowej Funlandii, tylko na skalę planetarną.
Niektórzy uważają, że skoro łowienie dziko żyjących ryb nie będzie w stanie zaspokoić naszego zapotrzebowania na mięso ryb, to rozwiązaniem mogą być przemysłowe hodowle ryb, które mogłyby stać się zarówno tanią, jak i zrównoważoną alternatywą dla konsumpcji gatunków łapanych na wolności. Zwiększająca się w szybkim tempie hodowla ryb zaspokaja obecnie ponad 30% rocznej konsumpcji na całym świecie. Jednak sposób, w jaki dziś do tego podchodzimy jest typowy dla pazernego podejścia gospodarki rabunkowej nieliczącej się z ubocznymi kosztami swojej działalności. Przemysłowa hodowla ryb wiąże się z ich chowem i karmieniem w małych zamkniętych zagrodach. Typowa farma łososi – jednej z najpopularniejszych ryb hodowlanych – składa się z tuzina takich zagród, mieszczących po kilkanaście tysięcy ryb. Co jedzą te ryby? Inne ryby, oczywiście. Aby wyhodować kilogram łososia, potrzeba kilku kilogramów ryb, takich jak śledzie, sardynki, czy makrele, aby przetworzyć je na pokarm. Ryby te są dosłownie zagrabiane z oceanu, przez co orki, delfiny, foki i lwy morskie żyjące w wodach terytorialnych Kanady, Kolumbii i Chile, niegdyś często spotykane przy ujściach rzek, są teraz pozbawiane pokarmu. Duże nagromadzenie ryb sprzyja szerzeniu się chorób, więc aby chronić hodowle ryb przed chorobami robimy dokładnie to samo, co w przemysłowych tuczarniach bydła – masowo podajemy antybiotyki w pokarmie. W rezultacie może to prowadzić do pojawienia się odpornych na antybiotyki bakterii, które mogą stanowić ryzyko zarówno dla konsumentów, jak i całego ekosystemu, gdzie znajdują się hodowle. Stawy często znajdują się w szybko płynących wodach ujść rzecznych, co powoduje, że toksyczne odchody, niedojedzone grudki pokarmu, pasożyty, martwe ryby, odpady chemiczne i pozostałości antybiotyków roznoszą się po całym ekosystemie u ujścia rzek. Podobne problemy mamy z hodowlami krewetek powodującymi zniszczenia lasów namorzynowych.
Być może rozwiązaniem są akwakultury hodujące gatunki znajdujące się nisko w łańcuchu pokarmowym, a więc niepotrzebujące dużo jedzenia, jednak wielu ludzi uzna, że to nieapetyczny substytut, a utworzenie i utrzymanie hodowli na skalę przemysłową będzie wymagać przestrzegania bardzo surowych reguł.
Może więc lepiej zapewnić dzikim rybom dobre warunki do życia?
Wydaje się to paradoksalne, ale jeśli chcemy zapewnić sobie trwałe dostawy ryb, musimy zostawić je w spokoju w stopniu wystarczającym do odradzania się ich populacji. Musimy pozwolić odrodzić się ekosystemom, w których żyją. Musimy pozwolić dorastać im do wieku, w którym składają dużo zdrowej ikry. A w tym celu musimy powściągnąć wrodzoną krótkoterminową zachłanność.
Nie wszystkie obszary muszą być rezerwatami ścisłymi – ma znacznej ich części możliwe jest dopuszczenie połowów metodami tradycyjnymi, z użyciem łodzi wiosłowych i żaglowych oraz prostego sprzętu rybackiego. Umożliwi to kontynuację połowów przez tradycyjne społeczności rybackie, szczególnie w krajach rozwijających się, a także prowadzenie wędkarstwa rekreacyjnego. W miejscach, w których wprowadzono takie zasady, zwykle już po kilku latach połowy są znacznie lepsze niż wcześniej – jest nie tylko znacznie więcej ryb, ale też ku zadowoleniu wędkarzy i rybaków są one wielokrotnie większe.
Jest na to mnóstwo przykładów. Nowa Zelandia w wyniku działań dra Ballantine’a utworzyła sieć rezerwatów morskich. Efekty utworzenia pierwszego rezerwatu Goat Island były zaskoczeniem nawet dla samych pomysłodawców. Kiedy zakładano rezerwat, dno morskie było praktycznie martwe, chodziły po nim tylko jeżowce żywiące się brunatnicami. Lasy brunatnic znikły z wód Nowej Zelandii w latach 60-tych, a przyczyną były nadmierne połowy – co stało się oczywiste w kilka lat po utworzeniu pierwszego rezerwatu, gdy ryby i raki dorosły do rozmiarów pozwalających im na zjadanie jeżowców, które do tego czasu mogły bezkarnie wyjadać brunatnice. Ograniczenie populacji jeżowców pozwoliło rozkwitnąć brunatnicom, które znów stworzyły podwodne lasy. Dało to żywność i schronienie niezliczonym gatunkom ryb i skorupiaków, rezerwaty zaś stały się miejscem rodzinnych pielgrzymek – jak wielkie piękne akwaria, w których można się kąpać.
Rezerwaty Soufrière w Indiach Zachodnich już po pięciu latach pozwoliły na zwiększenie połowów wokół nich o 90 procent. Wprowadzenie rejonu ochronnego wokół kosmodromu na przylądku Canaveral na Florydzie spowodowało, że po kilku latach w okolicznych wodach pojawiły się rekordowo wielkie ryby, które rozsławiły na cały świat okoliczne tereny wędkarskie. Od czasu gdy u brzegów Nowej Anglii utworzono rezerwat morski w Zatoce Maine, trzy czwarte amerykańskich połowów plamiaka pochodzi z wód odległych do 5 kilometrów od niego.
Na Bahamach utworzono szereg dużych rezerwatów. Już pierwsze z nich okazały się wielkim sukcesem, przyciągając mnóstwo turystów i wędkarzy, oraz dając mieszkańcom duże wpływy z turystyki. Prądy morskie wynosiły narybek poza rezerwaty, zwiększając połowy wokół nich. Wszyscy na tym korzystali. Eksperyment okazał się tak wielkim sukcesem, że mieszkańcy największej wyspy archipelagu Andros sami zaczęli domagać się utworzenia rezerwatu.
Statki rybackie powinny być wyposażone w urządzenia do monitoringu satelitarnego, gwarantujące ich pozostawanie poza chronionymi strefami pod groźbą utraty licencji, konfiskaty statku i więzienia dla kapitana jednostki prowadzącej połowy na takim obszarze. Równolegle, na obszarach dopuszczonych do połowów przemysłowych, obowiązywałoby wykorzystanie licencjonowanego sprzętu połowowego, zapewniającego minimalizację szkód dla środowiska oraz zapobiegające łapaniu małych ryb i gatunków niebędących celem połowu.
Wszystko to jest doskonałą inwestycją. Koszt stworzenia i utrzymania rezerwatów, obejmujących 30% powierzchni oceanów, został oszacowany na zaledwie 13 mld dolarów rocznie. Stopa zwrotu z tej inwestycji to co najmniej 100:1.
Konieczne będzie też ograniczenie ilości spłukiwanych do rzek i oceanów subsydiowanych obecnie nawozów i innych związków chemicznych oraz głęboka redukcja emisji gazów cieplarnianych. Wtedy mamy szansę ocalić życie w oceanach.
Czy jednak brak politycznej woli i pazerność koncernów i grup interesów nie przeszkodzą tym działaniom? W chwili obecnej rybacy protestują przeciw tworzeniu rezerwatów z zaciekłością godną drwali z Wyspy Wielkanocnej, a redukcja emisji dwutlenku węgla wydaje się możliwa tylko przez wyczerpanie się opłacalnych zasobów ropy, węgla i gazu…









