ArtykulyPowiązania

Nierówności niszczą świat

Lepiej dziś mieć odpowiednich rodziców albo dobrze się wżenić, niż wykonywać właściwą pracę.

Paryski ekonomista Thomas Piketty opublikował godną polecenia książkę, w której podsumował swoje prowadzone od ponad dekady badania. Rzecz nosi tytuł… „Kapitał”. I oczywiście ma się odpowiednio kojarzyć. Bo dopiero w podtytule jest zdanie „W XXI wieku”.

Analiza pokazuje, że akumulacja kapitału, która dokonała się w ostatnich 30 latach we wszystkich rozwiniętych społeczeństwach, jest wręcz obezwładniająca. I tak na przykład w roku 1979 do kieszeni 1 proc. najbogatszych Amerykanów trafiało około 17 proc. zysków wpracowanych przez realną gospodarkę.

Dziś zgarnia on 43 proc. całego tortu. Oraz 75 proc. zysków kapitałowych. Wygląda też na to, że z roku na rok wielki światowy kapitał w coraz większym stopniu jest dziedziczony, a coraz rzadziej wypracowany przez genialnego przedsiębiorcę albo wynalazcę.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo choć ta koncentracja bogactwa bije po oczach, to jednak – zdaniem Piketty’ego – niech nas ręka boska broni przed nazywaniem jej bezprecedensową. Bo jest dokładnie odwrotnie.

Lata 1980–2013 (gdy dochody w zachodnim świecie tak mocno się rozjechały) nie są wyjątkiem, lecz normą. Bo tak właśnie rozwijał się zachodni świat przez kilka ostatnich stuleci. Z małym wyjątkiem trwającym od lat 40. do 70. XX wieku.

W praktyce znaczy to tyle: zachodnie gospodarki w naturalny sposób dążą do stanu, w którym kapitał odkłada się w rękach najzamożniejszych. Dzieje się tak dlatego, że zyski kapitałowe zazwyczaj przewyższają tempo wzrostu gospodarczego. A ponieważ im ktoś bogatszy, tym mniejszą część swojego dochodu wydaje na konsumpcję, ma coraz więcej kapitału do pomnożenia. I koło się zamyka. Tak było przez cały wiek XVIII, XIX i połowę XX.

Spójrzmy, jak to funkcjonowało w Europie z czasów la belle époque. Właściciele mogli wtedy oczekiwać, że uzyskają 4-5 proc. ze swoich inwestycji przy minimalnym opodatkowaniu. Tymczasem tempo wzrostu gospodarczego wynosiło zaledwie ok. 1 proc. Bogaci mogli więc łatwo reinwestować tyle ze swoich dochodów, by zagwarantować sobie, że ich majątek (a zatem dochody) będzie rósł szybciej niż gospodarka. W ten sposób wzmacniali swoją dominację ekonomiczną, mając jednocześnie dostatecznie dużo pieniędzy na życie w luksusie.

A kiedy umierali, przekazywali majątki – znowu przy minimalnym opodatkowaniu – swoim spadkobiercom. Przeważająca część majątku, około 90 proc., była dziedziczona, a nie stanowiła oszczędności z zarobków. Ten odziedziczony majątek pozostawał w rękach bardzo nielicznej mniejszości. W 1910 roku najbogatszy „1 proc.” sprawował we Francji kontrolę nad 60 proc. majątku, a w Wielkiej Brytanii – nad 70 proc.

Dziś zarówno dochody z kapitału, jak i odziedziczony majątek stają się coraz potężnymi czynnikami napędzającymi nierówność. Piketty wykazuje, że we Francji odziedziczona część całego bogactwa gwałtownie malała w okresie wojen i szybkiego wzrostu powojennego, około roku 1970 wynosząc mniej niż 50 proc. Jednak teraz wynosi już 70 proc. – i nadal rośnie!

Odpowiednio do tego nastąpił spadek, a potem wzrost znaczenia dziedzictwa w określaniu przynależności do elity. Poziom życia górnego procentu spadkobierców spadł poniżej standardu życia 1 proc. najwyżej zarabiających pracowników w latach 1910-50, ale po roku 1970 zaczął znowu wzrastać. I choć nie doszedł jeszcze do poziomu z czasów Rastignaca, lepiej dziś mieć odpowiednich rodziców albo dobrze się wżenić, niż wykonywać właściwą pracę.

A to może być dopiero początek. Szacunki Piketty’ego wskazują, że era wyrównywania jest już za nami i dojrzały warunki do przywrócenia dziedziczonego kapitalizmu.

Tak jednak nie musi być. Z „Kapitału w XXI wieku” jasno wynika, że polityka publiczna może bardzo wiele zmienić, mimo że warunki ekonomiczne sprzyjają skrajnej nierówności. To, co Piketty nazywa „dryfowaniem w stronę oligarchii”, da się zatrzymać, a nawet odwrócić – o ile zażyczy sobie tego polityczna społeczność.

Bo progresywne opodatkowanie – w tym zwłaszcza podatki majątkowe i spadkowe – może być potężną siłą ograniczającą nierówności.

Piketty dochodzi do wniosku, że powinien zostać wprowadzony skoordynowany, powszechny światowy podatek na wszystkie formy majątku (nie przychodów). Sugeruje, że mógłby on się zaczynać od jednego procenta powyżej progu 1 do 5 mln dolarów, dotyczyłby więc tylko drobnego ułamka procenta ludzi), rosnąc do 10 procent lub więcej dla fortun przekraczających miliard dolarów.

Niestety, historia omówiona w jego książce nie skłania do optymizmu.

To prawda: przez znaczną część XX wieku progresywne opodatkowanie przyczyniało się do ograniczenia koncentracji dochodów i bogactwa; można by przypuszczać, że wysokie opodatkowanie tych na górze będzie politycznym skutkiem zetknięcia się demokracji ze znaczną nierównością. Piketty twierdzi jednak, że triumf progresywnego opodatkowania w XX wieku był „przelotnym wynikiem chaosu”, albowiem gdyby nie wojny i wstrząsy współczesnej europejskiej „wojny trzydziestoletniej”, nic takiego by się nie stało.

Udowadnia to, posługując się przykładem francuskiej III Republiki. Jej oficjalna ideologia była bardzo egalitarna, jednak koncentracja bogactwa i dochodów oraz dominacja przywilejów ekonomicznych nabywanych przez dziedziczenie były równie duże jak w arystokratycznej brytyjskiej monarchii konstytucyjnej. W dziedzinie polityki publicznej nie zrobiono niemal nic, by przeciwstawić się dominacji rentierów, a podatki od nieruchomości były śmiesznie małe.

Dlaczego dysponujący prawami wyborczymi Francuzi nie wybrali polityków, którzy wystąpiliby przeciw rentierom?

No cóż, wówczas, jak i teraz, wielkie bogactwo umożliwiało kupowanie wielkich wpływów – nie tylko w polityce, ale też w debacie publicznej. Słynne jest powiedzenie Uptona Sinclaira: „Trudno spowodować, by człowiek coś zrozumiał, jeżeli jego pensja zależy od tego, żeby tego nie rozumiał”. Piketty, spoglądając na historię własnego kraju, dochodzi do podobnego wniosku: „Doświadczenia Francji z czasów la belle époque udowadniają (o ile w ogóle potrzeba na to dowodu), że żadna hipokryzja nie jest zbyt wielka, jeśli elity ekonomiczne i finansowe mają potrzebę obrony swych interesów”.

Piketty zdaje sobie sprawę z ogromu wyzwania, podkreśla jednak, że nie ma dobrej alternatywy. Powstanie nadmiernie wielkiej przepaści prowadzi do sytuacji, które kończą się masowym rozlewem krwi.

Druga połowa XX wieku była okresem szybkiego wzrostu gospodarczego, który (wraz z powojenną polityką łagodzenia nierówności) rozwiązał problem. Jednak teraz okres ten kończy się, a problem narastających nierówności staje się coraz bardziej palący.

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly