„Być może trzeba będzie wypowiedzieć pakiet klimatyczno-energetyczny, jeśli partnerzy w UE pozostaną głusi na nasze argumenty” – uważa Jacek Sasin, wicepremier i minister aktywów państwowych. Jedyną drogą do osiągnięcia tego celu byłoby wyjście Polski z Unii Europejskiej.
W rozmowie z Polsat News wicepremier Jacek Sasin obwinił unijną politykę klimatyczną za drogi prąd, bo „ceny energii wprost z tego wynikają”. Za głównego winnego uznał system handlu uprawnieniami do emisji, czyli EU ETS. Według niego błędem było też to, że Polska odeszła od zasady jednomyślności państw przy kreowaniu polityki klimatycznej Unii Europejskiej. „Nie można już tego odkręcić w sytuacji, kiedy zrezygnowaliśmy z jedynego skutecznego narzędzia, czyli prawa weta w tej sprawie. Dzisiaj jesteśmy przegłosowywani. Jest bardzo trudno zbudować taką większość, która blokowałaby te zbyt szybkie zmiany w polityce klimatycznej” – mówił Sasin.
Sasina spytano też, czy – tak jak przekonuje Zbigniew Ziobro – Polska powinna wypowiedzieć pakiet klimatyczno-energetyczny znany jako „Fit for 55”. Odpowiedział, że „być może trzeba będzie to rzeczywiście zrobić, jeśli się okaże, że nasi partnerzy w UE pozostaną głusi na racjonalne argumenty, które z naszej strony padają i będą padać”.
Tak się nie da
Taka ścieżka jest jednak nierealna. „Nie istnieje formalna możliwość wypowiedzenia części prawa UE i pozostawania jednocześnie członkiem Unii. Jedyną możliwością jest zmiana prawa na drodze unijnej procedury ustawodawczej” – komentuje serwis Demagog.
Podobnie wyjaśniają cytowani przez portal eksperci. „Pakietu klimatycznego jednostronnie wypowiedzieć się nie da. Wyjście Polski z samego tylko systemu handlu emisjami gazów cieplarnianych wymagałoby zmian kilkudziesięciu dyrektyw, inicjatywy prawodawczej Komisji i zgody większości państw UE. Jest to więc w praktyce prawnej i politycznej niemożliwe” – wyjaśniał już w 2019 r. Marcin Stoczkiewicz, prezes fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
Podobnie uważa prawicowy publicysta zajmujący się energetyką, Jakub Wiech. „Zaznaczyć trzeba, że jednostronne wyjście z systemu ETS nie wchodzi w grę. To prawo wspólnotowe, zrzucenie jego rygorów może nastąpić jedynie w razie wyjścia z Unii Europejskiej – co i tak byłoby rozwiązaniem raczej pyrrusowym, bo unijne fiskalne obciążenia emisji dalej dotykałyby polską gospodarkę, choć w sposób pośredni. Możliwym scenariuszem są zmiany wewnątrz systemu, do których trzeba byłoby jednak pomocy innych państw członkowskich” – powiedział Wiech w niedawnej rozmowie z Wirtualną Polską.
Pieniądze zostają w polskim budżecie
Warto też zaznaczyć, że pieniądze z handlu uprawnieniami do emisji CO2 trafiają nie do Brukseli, a do polskiego budżetu. Sumy są pokaźne – łączne przychody budżetu z tego tytułu wynoszą prawie 60 miliardów złotych, z czego blisko 49 miliardów wpłynęło do niego w ostatnich trzech latach, a w roku 2021 rekordowe 25 miliardów.
Stało się tak, bo cena za tonę emisji wzrosła w ciągu kilku lat kilkunastokrotnie, sięgając w 2021 r. poziomu 90 euro. A im droższe uprawnienia, tym więcej pieniędzy w budżecie. Teoretycznie 50% pieniędzy z EU ETS powinno być przeznaczane na dekarbonizację polskiej gospodarki i systemu energetycznego, czyli np. rozwój odnawialnych źródeł energii, termomodernizację budynków, zeroemisyjny transport publiczny czy modernizację ciepłownictwa. W praktyce tylko 1 miliard złotych został bezpośrednio przypisany na tego typu działania.
„Prawo w Polsce pozwala, żeby pieniądze »z emisji« trafiały bezpośrednio do polskiego budżetu. W zamian za to, nasze państwo zobowiązało się wydawać ekwiwalent tej sumy na działania klimatyczne. Nikt jednak nie sprawdza, na co dokładnie idą pozyskane z handlu ETS środki. Państwo nie dzieli się tą informacją, mimo że powinna być publiczna” – wyjaśnia Polska Zielona Sieć, która zrzesza blisko 30 organizacji proklimatycznych w Polsce.
„Niestety polski rząd »przejadł« lub zmarnował te miliardy na projekty nie związane z dekarbonizacją. Hamował rozwój OZE, a wspierał wysokoemisyjną energetykę, np. budowę elektrowni węglowej Ostrołęka C” – dodaje Pracownia na rzecz Wszystkich Istot.
Organizacja wylicza, że ociąganie się z transformacją odbija się na sytuacji Polski w bardzo konkretny sposób:
- 70% energii czerpiemy z węgla,
- spółki płacą coraz więcej za uprawnienia a energia drożeje,
- sieci przesyłowe są przestarzałe, co powoduje m. in. problemy z przyłączeniem OZE,
• marnujemy mnóstwo energii przez brak wsparcia dla efektywności energetycznej (np. termomodernizację budynków), - polska gospodarka traci konkurencyjność,
- płacimy coraz więcej za energię, towary i usługi.
Kosztowna bezczynność
Pracownia zwraca też uwagę na inny problem. System EU ETS działa już ponad 15 lat, a opłaty za emisje CO2 to najważniejsze narzędzie do ich ograniczenia. Mimo to w latach 2013-2020 Polska, jako kraj szczególnie obciążony wysokoemisyjną energetyką, korzystała z puli bezpłatnych uprawnień do emisji. Była też największym beneficjentem unijnych programów wsparcia w ramach polityki klimatycznej
„Od 2020 r. nie dostajemy już darmowych uprawnień do emisji. Z czasem uprawnień jest też na rynku coraz mniej, a ich cena rośnie. Rządy i spółki energetyczne wiedziały o tym od samego początku istnienia tego systemu, ale zamiast transformować energetykę zmarnowały szansę jaką dawały te pieniądze. Im dłużej będziemy odkładać transformację energetyczną, tym wyższe koszty poniesiemy – dla przyrody, klimatu i naszych portfeli” – podsumowuje organizacja.
Podobnie wypowiada się Polska Zielona Sieć, która wzywa do zmiany prawa ws. rozwoju energetyki odnawialnej oraz do poprawienia efektywności energetycznej w całych sektorach gospodarki. „Fundusze, którymi Polska dysponuje dzięki systemowi ETS, w pierwszej kolejności powinny zostać przeznaczone na działania osłonowe i zabezpieczyć przed wzrostem cen energii najbardziej nań narażone grupy społeczne. Środki te powinny również finansować transformację energetyczną Polski, m.in. programy termomodernizacji i rozwiązania z zakresu oszczędności energetycznej, a także rozwój energetyki obywatelskiej i OZE. To jedyny sposób, abyśmy obniżyli emisje CO₂ i płacili mniejsze rachunki za prąd” – komentuje PZS.
Szymon Bujalski









