Artykuly

Neo-kolonizacja Afryki

Farmerzy z Makeni, w centralnym Sierra Leone, podpisali kontrakt swoimi kciukami. W zamian za 2000 miejsc pracy i zapewnienia, że bolis (bagna, na których uprawiany jest ryż) nie zostaną wysuszone, zaakceptowali umowę gwarantującą szwajcarskiej firmie 50-letnią dzierżawę 40 tysięcy hektarów ziemi do produkcji biopaliw dla Europy. Trzy lata później jest 50 miejsc pracy, bolis zostały zniszczone przez irygację, a „wszystkie społeczne, środowiskowe i ekonomiczne koszty poniosła lokalna społeczność” – mówi Elisa Da Via z Uniwersytetu Cornell.

Kiedy takie umowy weszły na arenę międzynarodową w roku 2009, trudno było przewidzieć, czy będą one okazją do rozwoju czy też grabieżą ziemi. Zwolennicy twierdzili, że wielu najbiedniejszym krajom przyniosą one nasiona, technologię i kapitał. Krytycy, jak na przykład dyrektor Organizacji ds. Żywności i Rolnictwa ONZ, nazwali je „neo-kolonializmem”. Wtedy jednak nikt nie miał wystarczających dowodów na podparcie swoich argumentów. Dwa lata później, konferencja w Institute of Development Studies (IDS) Uniwersytetu w Sussex, przeanalizowała ponad 100 transakcji. Większość ocen jest krytyczna.

Wstępne badania zrobione przez International Land Coalition oceniają, że prawie 80 milionów hektarów (więcej niż łączny obszar ziemi uprawnych Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Włoch), z czego ponad połowa w Afryce, było obiektem negocjacji z zagranicznymi inwestorami. Te liczby to tylko szacunki, ponieważ większość umów nie jest podawana do wiadomości publicznej. Niemniej powierzchnia ta jest olbrzymia i szybko rośnie. Na przykład ponad 10% ziemi uprawnej Południowego Sudanu zostało w tym roku wydzierżawione pomimo tego, że kraj ten nie uzyskał nawet jeszcze formalnej niepodległości. Członkowie grupy aktywistycznej GRAIN twierdzą, że widzieli propozycje, które pozwoliłyby grupom biznesowym z Arabii Saudyjskiej objąć kontrolę ponad 70% powierzchni uprawy ryżu w Senegalu.

Treść kontraktów również jest zwykle mglista, prawa i zobowiązania obu stron są niejasne, a tradycyjne prawa użytkowania ziemi są zwykle ignorowane. Samo podpisanie kontraktu też nie daje gwarancji, że projekt będzie prowadzony zgodnie z umową. Raport Banku Światowego pokazuje, że w rejonie Amhara w Etiopii, tylko 16 na 46 projektów, a w Mozambiku połowa, rozwija się według planu. Z reguły, kiedy transakcje są proponowane, oferują one dla kraju cztery główne korzyści: więcej miejsc pracy, nowe technologie, lepszą infrastrukturę i zyski z dodatkowych podatków. Żadne z tych obietnic nie zostały dotrzymane.

Zarządzający niektórymi projektami zrobili pewne postępy w budowaniu szkół i innej infrastruktury socjalnej. Madagaskar był jednym z najbardziej notorycznych przykładów grabieży ziemi: firmie południowokoreańskiej zaoferowano połowę ziemi ornej całego kraju. Ta oferta wywołała falę protestów, które doprowadziły do obalenia ekipy rządzącej. Dwa lata później francuska organizacja CIRAD stwierdziła, że liczba transakcji kupna lub dzierżawy ziemi spadła tam o dwie trzecie. A te które pozostały, zaczęły bardziej przypominać projekty pomocy, gdzie inwestorzy zobowiązali się do budowania szkół i klinik.
Niestety przykład Madagaskaru nie jest typowy. Większość projektów wnosi bardzo mało albo nic do budżetu publicznego. Ponieważ rynek ziemi w Afryce nie jest rozwinięty, a rządy bardzo słabe, opłaty za dzierżawę są śmiesznie niskie: 2 dolary za hektar na rok w Etiopii; 5 dolarów w Liberii. Ulgi podatkowe są nagminne. Zagraniczni inwestorzy często płacą mniej, niż lokalni mieszkańcy. Opłaty dla lokalnych farmerów za używanie ich ziemi są czystą kpiną: często są one równoważne wysokości kilkumiesięcznego zysku, w zamian za zgodę na 100-letnią dzierżawę!

Dlaczego takie transakcje są wciąż bardzo popularne? Odpowiedź jest prosta: duży popyt i chętni dostawcy. Wielcy inwestorzy pochodzą zwykle z krajów bogatych w kapitał, ale mającymi trudność z nakarmieniem własnej ludności. Wiara tych krajów w rynki światowe została zachwiana przez dwa okresy gwałtownego wzrostu cen w ostatnich czterech latach. Szukają więc one gwarancji zaopatrzenia w żywność poprzez kupowanie ziemi rolnej za granicą. Największym inwestorem są Chiny, które kupują i dzierżawią dwa razy więcej, niż którykolwiek z pozostałych krajów.

Typowa jest też wysoka korupcja połączona z niskim poziomem korzyści dla przeciętnych mieszkańców. Wielu „grabieżców ziemi” zachodniej Afryki to lokalni politycy, urzędnicy i inni członkowie elity, którzy przekupują lokalnych wodzów podarkami w postaci motocykli. W Mozambiku widać nawet swoisty podział udziałów w zyskach. Lokalne grube ryby używają swoich wpływów do pobierania „opłat ułatwiających”, natomiast liderzy krajowi manipulują prawo i popierają (lub blokują) projekty dla korzyści własnej i swoich popleczników.

W 2009 roku bilans kosztów i korzyści z tej nowej „gorączki ziemi uprawnych” był dla krajów Afryki niejasny. Obecnie obraz staje się coraz bardziej klarowny. Niestety jest bardzo mało przykładów napawających optymizmem.

Opracowanie: Irek Zawadzki

pl Na podstawie: The Ecomomist

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly