W nawiązaniu do artykułu: „Sejm RP i spisek klimatyczny – odsłona druga„:
Konsultacje polskich polityków u naszych samozwańczych ekspertów od klimatu przypomniały mi, że w szufladzie mam naskrobanych kilka akapitów o roli nauki w podejmowaniu decyzji polityczno-gospodarczych. A skoro mamy sezon ogórkowy…
Tematy polityczne pojawiały się u mnie od czasu do czasu, zwykle w postaci Ostatniego Argumentu Denialisty „nawet jeśli macie rację z tym globalnym ociepleniem, to przecież Chiny i tak…”. Pojawiały się także przy okazji oskarżeń o upolitycznienie problemu globalnego ocieplenia i instytucji naukowych zajmujących się badaniem klimatu (w szczególności IPCC), a także upolitycznienia samych badań naukowych.
Ta ostatnia kwestia wymaga rozwinięcia. Oczywistym jest, że globalne ocieplenie jest problemem politycznym w takim sensie, że — jako zagadnienie naukowe — ma określone implikacje polityczne, dotyczące skutków globalnego ocieplenia i odpowiedzialności (również finansowej) poszczególnych państw za zmiany klimatyczne. Niektórzy idą jednak dalej, insynuując iż tak naprawdę porządek polityczny jest tutaj na pierwszym planie, któremu dopiero podporządkowane zostały kwestie naukowe. Denialistyczno-spiskowa narracja, spopularyzowana m. in. przez prof. Jaworowskiego, głosi że ktoś, kiedyś uznał, iż ochrona środowiska jest świetną metodą utrzymania kontroli rządu nad społeczeństwem, a nawet kontroli tej poszerzenia, i wprowadzenia nowego, globalnego, komunistycznego Rządu Światowego. Rola nauki, w tej spiskowej wizji rzeczywistości, polega na dostarczaniu politykom kolejnych wyimaginowanych problemów, takich jak zanieczyszczenie powietrza, rakotwórcze działanie dymu papierosowego, dziura ozonowa czy w końcu globalne ocieplenie, a wszystko to w celu ograniczenia wolności osobistej i wzrostu podatków.
Oczywiście, wiele osób nie ma aż tak starannie przemyślanych poglądów na ten temat, i wystarcza im przekonanie, że za wszystko odpowiadają „ekolodzy”: ekolodzy przeprowadzają badania, ekolodzy siedzą w redakcjach czasopism naukowych, ekolodzy podejmują decyzje polityczne, ekolodzy zarządzają rynkiem offsetów węglowych, ekolodzy zarabiają na energii odnawialnej. „Ekolodzy” pełnią więc rolę wszechobecnego Układu, który od 50 lat, w celach zarobkowych, oszukują ludzi w sprawie zmian klimatu. Popularność takich poglądów jest zatrważająca, choć nie ma wiele wspólnego z faktycznymi realiami pracy naukowców (o czym pisał już u siebie pcirrus).
Z drugiej strony, ze strony środowisk sceptyczno-denialistycznych pojawiają się czasami postulty, by zmienić status klimatologii, i traktować ją po części tak jak nauki „stosowane”, takie jak np. medycyna. Zgodnie z tą argumentacją, ponieważ problem zmian klimatu nie jest tylko problemem akademickim, i ponieważ proponowane rozwiązania zaradcze będą kosztować, naukowcy w swojej pracy powinni kierować się innymi standardami zarówno przy przeprowadzaniu badań, jak i rozpowszechnianiu ich wyników. Co bardziej radykalni głoszą też, że powinno się ich też rozliczać według innych kryteriów, włączając w to odpowiedzialność karną za nietrafione przewidywania.
Jestem w stanie zrozumieć ten punkt widzenia, podobnie jak wynikającą z identycznych motywacji koncepcję nauki post-normalnej Funtowicza i Ravetza. Jestem też w stanie zrozumieć, dlaczego naukowcy z nieufnością podchodzą do pomysłów, by ich dziedzinę traktować inaczej, ze względu na potencjalne polityczno-ekonomiczno-społeczne konsekwencje formułowanych i badanych hipotez, i zamiast tego wolą rozwiązania bardziej tradycyjne. Dobrym przykładem może być tutaj IPCC, dzielący swoje kompetencje pomiędzy różne grupy robocze zajmujące się (mniej więcej) fizycznymi przyczynami, skutkami i sposobami przeciwdziałania obserwowanej zmianie klimatu, dzięki czemu „polityka” jest odseparowana od „nauki”, choć opiera się bezpośrednio o jej ustalenia. Nie rozumieją tego dziennikarze, zapraszający naukowców w roli „gadających głów”, od których wymaga się by po nudnym dla słuchaczy wykładzie na temat naukowych podstaw teorii antropogenicznego globalnego ocieplenia przedstawili swoje opinie dotyczące konkretnych rozwiązań mitygacyjnych, np. handlu emisjami. A gdy słyszą „przepraszam, ale to nie moja działka” czują się oszukani, bo przecież naukowcy powinni mieć gotową odpowiedź na wszystko. (Być może dlatego, że naukowcy, którzy w Polsce najczęściej występują w roli ekspertów od globalnego ocieplenia, faktycznie chętnie dzielą się swoimi opiniami na każdy temat.)
Zgodnie z założeniami IPCC, publikowane przez Panel raporty powinny zawierać konkluzje policy relevant but not policy prescriptive. Jeśli jednak akceptujemy kilka fundamentalnych założeń — że chcemy, jako społeczność międzynarodowa, ograniczyć wzrost średniej temperatury globalnej o X stopni, co oznacza że musimy ustabilizować poziom CO2 na poziomie Y ppm, co oznacza że emisje tego gazu powinny zacząć spadać w roku Z — to nie mamy wielkiego wyboru, jeśli chodzi o narzędzia polityczne i ekonomiczne. Cytowany tu już kiedyś raport The Economist z zeszłego roku charakteryzował problem globalnego ocieplenia jako „dylemat więźnia, problem gapowicza i tragedię wspólnego pastwiska w jednym”, które to cechy decydują o tym, że najłatwiej go rozwiązać w sposób, który tak bardzo nie podoba się osobom o określonych poglądach politycznych. I stąd właśnie, jak mówi popularna hipoteza, bierze się wysoki odsetek denialistów wśród osób o takich właśnie poglądach.
Wracając do IPCC, można oczywiście zadać pytanie, czy nie ma lepszego sposobu na dostarczenie decydentom możliwie najbardziej rzetelnych i obiektywnych informacji na temat stanu badań nad jakimś zagadnieniem niż zebranie ekspertów z danej dziedziny i poproszenie ich o zrobienie przeglądu literatury przedmiotu, który następnie zostanie poddany wieloetapowej recenzji. Jeśli ktoś ma tutaj jakieś propozycje — inne niż zaproszenie prof. Jaworowskiego i prof. Marksa na posiedzenie komisji sejmowej — to bardzo chętnie je poznam.
Źródło: DoskonaleSzare










