Poprzednia część: Naomi Klein: Kapitalizm vs Klimat – część pierwsza
Oto dlaczego Heartland ma dobre powody do obaw: żeby wdrożyć te rozwiązania, trzeba będzie podrzeć na strzępy wolnorynkową ideologię, która panuje w globalnej gospodarce od ponad 30 lat. Poniżej znajduje się skrótowy przegląd tego, co powinien oznaczać poważny program klimatyczny w sześciu dziedzinach: infrastruktura publiczna, planowanie gospodarcze, prawo korporacyjne, handel międzynarodowy, konsumpcja i podatki. Dla nieugiętych prawicowców, takich jak zgromadzeni na konferencji Heartland Institute, będzie to prawdziwy intelektualny kataklizm.
1. Odkryć na nowo Sektor Publiczny
Po latach recyklingu, redukowania emisji i wymiany żarówek stało się oczywiste, że indywidualne działania nigdy nie będą odpowiednią reakcją na kryzys klimatyczny. Zmiana klimatu jest problemem społecznym i wymaga zbiorowego działania. Jednym z kluczowych obszarów, gdzie taka akcja jest konieczna, są wielkie inwestycje pomyślane dla zmniejszenia naszych emisji na masową skalę. Chodzi o metro i tramwaje, które nie tylko są wszędzie, ale przystępne dla każdego; energooszczędne mieszkania wzdłuż takich linii; inteligentne sieci z energią ze źródeł odnawialnych; szeroko zakrojone programy badawcze, żeby zapewnić stosowanie najlepszych możliwych metod.
Sektor prywatny słabo nadaje się do dostarczania większości z tych usług, ponieważ mogą wymagać ogromnych inwestycji z wyprzedzeniem, a jeśli w ogóle mają być naprawdę dostępne dla wszystkich, pewnie nie zawsze będą przynosić zyski. Jednak zdecydowanie są one w interesie publicznym, i dlatego powinny pochodzić ze sfery publicznej.
Bitwy w obronie sfery publicznej zwykle maluje się jako stracie między nieodpowiedzialną lewicą, która chce wydatków bez ograniczeń, i pragmatykami, którzy rozumieją, że żyjemy ponad stan. Jednak ciężar problemów z klimatem domaga się całkiem nowej koncepcji realizmu, oraz całkiem innego rozumienia ograniczeń. Deficyt budżetowy jest niczym wobec deficytów stworzonych w kluczowych i złożonych systemach naturalnych. Zmiana naszej kultury tak, aby szanować te granice, będzie wymagać naszego wspólnego wysiłku, pozwalającego nam odejść od paliw kopalnych i przygotować naszą infrastrukturę na zbliżającą się burzę.
2. Pamiętać jak planować
Poza odwróceniem 30-letniego trendu prywatyzacji, poważna odpowiedź na zagrożenia klimatyczne wiąże się z powrotem sztuki krytykowanej przez całe dekady rynkowego fundamentalizmu: planowania. Bardzo dużego planowania. Nie tylko na szczeblu krajowym i międzynarodowym. Każda miejscowość na świecie potrzebuje planu odejścia od paliw kopalnych, co ruch Transition Town określa jako „Energy descent action plan”. W miastach, które biorą na poważnie tę odpowiedzialność, otworzyły się niezwykłe obszary dla demokracji bezpośredniej, gdzie sąsiedzi zapełniają spotkania w ratuszach, dzieląc się pomysłami na reorganizację miejscowości w celu ograniczenia emisji i przygotowania na nadchodzące ciężkie czasy.
Zmiana klimatu wymusza też inne rodzaje planowania – przede wszystkim dla pracowników, których zawody staną się przestarzałe, gdy odstawimy paliwa kopalne. „Zielone miejsca pracy” to za mało. Ci ludzie muszą wiedzieć, że czeka na nich porządna praca. To oznacza przywrócenie idei planowania gospodarczego na podstawie zbiorowych priorytetów, a nie zysku przedsiębiorstwa – dając zwolnionym pracownikom fabryk samochodów i kopalni węgla narzędzia i zasoby, żeby tworzyć miejsca pracy, na przykład wzorując się na pracowniczych zielonych spółdzielniach z Cleveland.
Również rolnictwo musi przeżyć renesans planowania, jeśli mamy zażegnać potrójny kryzys erozji gleby, katastrof pogodowych i zależności od paliw kopalnych. Wes Jackson, natchniony założyciel Land Institute w Salina (Kansas), apeluje o 50-letnią ustawę rolną. Jak oceniają jego współpracownicy Wendell Berry i Fred Kirschenmann, tyle czasu potrzeba na przeprowadzenie badań i budowę miejscowej infrastruktury, żeby zastąpić wiele zubażających glebę i rosnących w monokulturach upraw zbóż jednorocznych, roślinami wieloletnimi w uprawach mieszanych. Ponieważ nie muszą one być co roku zasiewane, ich dłuższe korzenie znacznie lepiej radzą sobie z zatrzymywaniem cennej wody, trzymaniem gleby w miejscu i wiązaniem węgla. Uprawy mieszane są też mniej podatne na szkodniki i zniszczenie przez ekstremalne zjawiska pogodowe. Następny bonus: ten rodzaj rolnictwa wymaga znacznie więcej pracy niż rolnictwo przemysłowe, co oznacza, że może ono znowu być ważnym źródłem zatrudnienia.
Pomijając konferencję Heartland Institute i tym podobne zgromadzenia, powrót planowania nie jest powodem do obaw. W końcu nie chodzi o powrót socjalistycznego autorytaryzmu, ale o zwrot ku prawdziwej demokracji. Eksperyment trzydziestu kilku lat wolnej amerykanki w gospodarce dla przeważającej części ludzi na świecie bynajmniej nie zdał egzaminu. Takie systemowe porażki to właśnie powód, dla którego tak wielu otwarcie burzy się przeciw elitom, żądając godnych płac i skończenia z korupcją. Zmiana klimatu nie kłóci się z żądaniem gospodarki nowego rodzaju. Raczej czyni ją egzystencjalną koniecznością.
3. Poskromić korporacje
Kluczowy element planowania, które musimy przedsięwziąć, dotyczy szybkiej ponownej regulacji sektora korporacyjnego. Można wiele osiągnąć poprzez zachęty: na przykład dotowanie energii odnawialnej i odpowiedzialnego gospodarowania gruntami. Ale trzeba będzie też znowu przyzwyczaić się do zakazywania jawnie niebezpiecznych i niszczycielskich działań. To oznacza powstrzymywanie koncernów na wielu frontach, od nakładania surowych ograniczeń na ilość emitowanego CO2, do zakazywania budowy elektrowni węglowych, przykręcania śruby tuczarniom i likwidacji brudnych przedsięwzięć energetycznych takich jak kanadyjskie piaski roponośne (zaczynając od takich rurociągów jak Keystone XL, które zafiksowują swoją przyszłość planami rozbudowy).
Jedynie niewielka część populacji postrzega wszelkie ograniczenia wyboru korporacji albo konsumentów, jako hayekowską drogę do zniewolenia – i nieprzypadkowo to właśnie ta część, która przoduje w zaprzeczaniu zmianie klimatu.
4. Re-lokalizacja produkcji
Jeśli ścisła kontrola korporacji w celu reagowania na zmianę klimatu brzmi cokolwiek radykalnie, to dlatego, że od początku lat 80. jest prawdą wiary, że rolą państwa jest zejście z drogi sektora prywatnego – a najbardziej w świecie handlu zagranicznego. Niszczący wpływ wolnego handlu na produkcję, lokalne przedsiębiorstwa i rolnictwo jest dobrze znany. Ale być może atmosferze dostało się najmocniej. Statki towarowe, odrzutowce i wielkie ciężarówki wożące surowce i gotowe wyroby dookoła świata pożerają paliwa kopalne i wypluwają gazy cieplarniane. A wytwarzane tanie produkty – stworzone do zastąpienia nowymi, a nie do naprawy – pochłaniają ogromną ilość innych zasobów nieodnawialnych, pozostawiając o wiele więcej odpadów niż można bezpiecznie zutylizować.
Ten model jest tak rozrzutny, że znosi wszystkie osiągnięcia w redukcji emisji. Na przykład w Proceedings of the National Academy of Sciences niedawno opublikowano badanie na temat emisji krajów uprzemysłowionych, które podpisały protokół z Kioto. Stwierdzono, że chociaż się ustabilizowały, to częściowo dlatego, że handel międzynarodowy pozwolił im przenieść brudny przemysł do takich miejsc jak Chiny. Badacze doszli do wniosku, że wzrost emisji za sprawą dóbr wytwarzanych w krajach rozwijających się, a konsumowanych w krajach uprzemysłowionych, był sześć razy większy, niż spadek w tych ostatnich.
W gospodarce nastawionej na respektowanie naturalnych ograniczeń energochłonny transport długodystansowy musiałby zostać zracjonowany – dostępny w tych przypadkach, gdy nie da się wytwarzać towaru na miejscu, albo kiedy produkacja lokalna ma większy ślad węglowy. (Przykładowo, uprawa żywności w zimnych obszarach Stanów Zjednoczonych często jest bardziej energochłonna, niż uprawa na południu i przewóz koleją).
Zmiana klimatu nie oznacza końca handlu. Jednak oznacza, że musi się skończyć lekkomyślny rodzaj „wolnego handlu”, który rządzi w każdym obustronnym porozumieniu handlowym i w WTO. To następna dobra wiadomość – dla bezrobotnych, dla rolników niezdolnych do konkurencji z tanim importem, dla miejscowości, w których producenci przenieśli się za morze, a miejscowe firmy zostały zastąpione przez wielkie sieci. Ale wyzwania, przed którym stanie kapitalizm, nie należy umniejszać: to by było odwrócenie trzydziestoletnich trendów usuwania wszelkich możliwych barier dla władzy koncernów.
5. Skończyć z kultem zakupów
Ostatnie 3 dekady wolnego handlu, deregulacji i prywatyzacji nie były tylko wynikiem pragnienia większych zysków korporacji przez korzystających z nich chciwych ludzi. Były też odpowiedzią na stagflację lat 70, która dała mocny impuls do znalezienia nowych ścieżek szybkiego wzrostu gospodarczego. Zagrożenie było prawdziwe: w naszym obecnym modelu gospodarki spadek produkcji z definicji jest kryzysem – recesją, a gdy dość głęboki, to depresją, razem z całą rozpaczą i nędzą, którą niosą ze sobą te słowa.
Właśnie przez ten przymus wzrostu ekonomiści głównego nurtu w obliczu kryzysu klimatycznego uporczywie zadają pytanie „Jak można zmniejszyć emisje utrzymując szybki wzrost PKB?”. Typowa odpowiedź to „odsprzężenie” – pomysł, że energia odnawialna i lepsza wydajność pozwolą oderwać rozwój ekonomiczny od jego wpływu na środowisko. A proponenci „zielonego wzrostu”, jak Thomas Friedman, mówią nam, że proces opracowania nowych ekologicznych technologii i instalacji zielonej infrastruktury może stać się platformą do mocnego ekonomicznego skoku naprzód, podbijając w górę PKB i tworząc bogactwo potrzebne, „żeby Ameryka była zdrowsza, bogatsza, bardziej innowacyjna, wydajniejsza i bezpieczniejsza”.
Jednak w tym miejscu sprawa się komplikuje. Rośnie ilość badań pokazujących konflikt między wzrostem gospodarczym a rozsądną polityką klimatyczną. Wiodące badania w tym obszarze prowadzą ekonomista środowiskowy Herman Daly z Uniwersytetu Maryland, Peter Victor z Uniwersytetu w York, Tim Jackson z Uniwersytetu Surrey i ekspert w dziedzinie prawa i polityki środowiskowej Gus Speth. Wszyscy stawiają poważne pytania względem możliwości osiagnięcia przez kraje rozwinięte radykalnych redukcji emisji zgodnie z tym, czego wymaga nauka (do 2050 co najmiej 80% poniżej poziomu z roku 1990) przy utrzymaniu wzrostu gospodarczego nawet w obecnym ślimaczym tempie. Jak uważają Victor i Jackson, większa efektywność po prostu nie może nadążyć za tempem wzrostu, częściowo dlatego, że większa sprawność prawie zawsze wiąże się ze zwiększonym zużyciem zasobów, które pomniejsza, a nawet kasuje zyski (często nazywa się to „paradoksem Jevonsa”). Dopóki oszczędność wynikająca z większej efektywności energetycznej i surowcowej zasila dalszy wzrost wykładniczy gospodarki, będzie to blokować wypadkową redukcję emisji. W swojej znakomitej książce „Dobrobyt bez wzrostu” (Prosperity without growth) Jackson przekonuje: „Ci którzy promują uniezależnienie [wzrostu od emisji] jako ucieczkę przez dylematem wzrostu, powinni uważniej popatrzeć na dowody historyczne – i podstawową arytmetykę wzrostu”.
Morał jest taki, że kryzysowi ekologicznemu mającemu źródło w nadmiernym zużyciu naturalnych zasobów trzeba stawić czoło nie tylko przez poprawianie efektywności gospodarki, ale również przez zmniejszenie ilości rzeczy, które się wytwarza i konsumuje. Jednak ten pomysł jest wyklęty przez wielkie koncerny, które rządzą w globalnej gospodarce, a które są kontrolowane przez inwestorów, którzy z każdym rokiem domagają się coraz większych zysków. Dlatego, jak ujmuje to Jackson, jesteśmy więźniami trudnej alternatywy: „zeszrederować system albo planetę” (trash the system or crash the planet).
Wyjściem jest kontrolowane przejście do innego paradygmatu ekonomicznego, przy użyciu wszystkich opisanych wyżej narzędzi planowania. Wzrost byłby zastrzeżony dla tych części świata, które dopiero wyciągają się z biedy. Równolegle, w świecie rozwiniętym, te sektory, którymi nie rządzi pęd do stałego zwiększania zysków (publiczny, spółdzielnie, lokalne przedsiębiorstwa, organizacje non-profit) będzie mieć rosnący udział w całkowitym obiegu gospodarczym, podobnie jak gałęzie o niewielkim wpływie na środowisko (takie jak zawody związane z opieką). W ten sposób można by stworzyć bardzo dużo miejsc pracy. Ale rola sektora korporacyjnego, z jego nieograniczonym apetytem na coraz większą sprzedaż i zyski, musiałaby zmaleć.
Tak więc, kiedy Heartland reaguje na dowody antropogenicznej zmiany klimatu, jakby sam kapitalizm był zagrożony, to nie dlatego że mają paranoję, To dlatego, że zwracają uwagę na ich następstwa.
6. Opodatkować obrzydliwie bogatych
W tym momencie uważny czytelnik zapyta: jak w ogóle za to wszystko zapłacimy? Tradycyjna odpowiedź jest prosta: urośnie nam. Rzeczywiście, jedną z głównych korzyści dla elit z gospodarki opartej na wzroście jest to, że mogą ciągle zbywać żądania sprawiedliwości społecznej, twierdząc, że jeśli tort będzie dalej rosnąć, to w końcu dla wszystkich wystarczy. To – jak ujawnia dzisiejszy kryzys – zawsze było kłamstwo, ale w świecie zderzającym się z licznymi ograniczeniami ekologicznymi nie będzie nawet o tym mowy. A więc jedynym sposobem sfinansowania rzeczywistych działań mogących zapobiec kryzysowi środowiskowemu to iść za pieniędzmi.
To oznacza opodatkowanie emisji dwutlenku węgla, podobnie jak spekulacji finansowych. Oznacza podnoszenie podatków dla korporacji i bogatych, obcinanie rozdętych wydatków na wojsko i likwidację absurdalnych subsydiów dla przemysłu paliwowego. A rządy będą musiały działać wspólnie, żeby korporacje nie miały dokąd uciec (taki efektywny międzynarodowy plan regulacji jest tym, co Heartland ma na myśli, kiedy straszy, że zmiana klimatu przyniesie złowrogi „rząd światowy”).
Jednak przede wszystkim potrzebujemy upomnieć się o zyski firm najbardziej odpowiedzialnych za wpakowanie nas w te tarapaty. Największa piątka firm naftowych w ostatniej dekadzie osiągnęła zyski rzędu 900 mld dolarów. Sam Exxon Mobil w jeden kwartał może zarobić 10 miliardów. Prze długie lata spółki te wymawiały się inwestowaniem zysków w przejście na energię odnawialną – zmiana znaczenia BP na „Beyond Petroleum” (więcej niż ropa) to najbardziej wyrazisty przykład. Ale zgodnie z badaniami Center for American Progress, tylko 4% stumiliadowych zysków wielkiej piątki w 2008 roku poszło na „przedsięwzięcia w dziedzinie energii odnawialnej i alternatywnej”. Tak naprawdę koncerny te wciąż więc kierują zyski do kieszeni akcjonariuszy, na oszałamiające płace dyrektorów i nowe technologie przeznaczone do wydobycia jeszcze brudniejszych i bardziej szkodliwych paliw. Mnóstwo pieniędzy też szło na opłacanie lobbystów, żeby walczyć z każdą ustawą o ochronie klimatu i finansowanie ruchu denialistów zebranych w hotelu Marriott.
Podobnie jak firmy tytoniowe zobowiązano do płacenia za pomaganie ludziom w rzucaniu palenia, a BP musiało zapłacić za oczyszczanie Zatoki Meksykańskiej, najwyższy czas żeby wprowadzić zasadę „kto szkodzi ten płaci” w kwestii zmiany klimatu. Poza wyższymi podatkami za zanieczyszczanie rządy będą musiały negocjować dużo wyższe stawki za zezwolenia, żeby mniejsze wydobycie paliw kopalnych przyniosło większe dochody budżetowe do zapłacenia za przestawienie się na przyszłość po epoce paliw kopalnych (podobnie jak za słone koszty zmiany klimatu, które już ponosimy). Ponieważ można zakładać, że korporacje z zasady będą się sprzeciwiać wszystkim tym zmianom, które podcinają ich zyski, nacjonalizacja – największe wolnorynkowe tabu – nie może być wykluczona.
Gdy Heartland twierdzi, co zdarza się często, ze zmiana klimatu jest spiskiem dla „redystrybucji bogactwa” i walki klasowej o płace, takich właśnie rodzajów polityki boją się najbardziej. Rozumieją też, że kiedy przyjmie się fakt zmiany klimatu do wiadomości, trzeba będzie transferować bogactwo nie tylko wewnątrz zamożnych krajów, ale też z krajów bogatych, których emisje doprowadziły do kryzysu, do tych biedniejszych, których najsilniej dotykają jego skutki. Czynnikiem, który w konserwatystach (a także u wielu liberałów) wywołuje silne pragnienie pogrzebania negocjacji klimatycznych ONZ jest też to, że w wielu rozwijających się krajach wskrzesiły one postkolonialną odwagę. Uzbrojeni w niepodważalne fakty naukowe, kto odpowiada za globalne ocieplenie oraz kto ponosi jej konsekwencje, kraje takie jak Boliwia i Ekwador odrzucają z siebie szatę „dłużnika”, nałożoną na nie przez dekady pożyczek z MFW i Banku Światowego i mianują się „kredytodawcami” – którym należą się nie tylko pieniądze i technologie potrzebne do poradzenia sobie z następstwami zmiany klimatu, ale też „miejsce na emisje do atmosfery”, pozwalające na wzrost gospodarczy oparty o paliwa kopalne.
Podsumujmy więc. Odpowiedź na zmianę klimatu wymaga, żebyśmy złamali każdą zasadę kodeksu wolnorynkowego i żeby zrobić to bardzo pilnie. Będziemy musieli odbudować sferę publiczną, cofnąć prywatyzacje, zlokalizować (cofając znaczną część globalizacji) wielkie obszary gospodarki, zmniejszyć nadmierną konsumpcję, wrócić do planowania długoterminowego, mocno uregulować i opodatkować korporacje (może nawet niektóre upaństwowić), ściąć wydatki wojskowe i uznać swoje długi wobec globalnego Południa.
Oczywiście nie ma szans na żadną z tych rzeczy. W każdym razie, jeśli nie będzie temu towarzyszyć potężny, szeroko zakrojony wysiłek na rzecz radykalnego zmniejszenia wpływu korporacji na procesy polityczne. Oznacza to co najmniej publiczne finansowanie wyborów i odebranie firmom statusu „osób” wobec prawa. Krótko mówiąc, zmiana klimatu nadaje wielkiej wagi praktycznie wszystkim zwyczajowym postulatom sił postępowych, wiążąc je w spójny program oparty na jasnym imperatywie naukowym.
Co więcej, zmiana klimatu stanowi największe polityczne „a nie mówiłem”, od kiedy Keynes przewidział odwet Niemiec za Traktat Wersalski. Marx napisał o „sprzeczności nie do pokonania” kapitalizmu z „naturalnymi prawami samego życia”, a wielu na lewicy przewidywało, że system gospodarczy zbudowany na uwolnieniu żarłoczności kapitału pochłonie systemy naturalne, od których zależy życie. Także (nawet na długo wcześniej) ludy tubylcze ogłaszały ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem braku poszanowania „Matki Ziemi”. Fakt, że lotne odpady kapitalizmu przemysłowego powodują ocieplanie planety, z potencjalnie katastrofalnymi skutkami, oznacza, że na dobrą sprawę malkontenci mieli rację. A ludze, którzy mówili: „Hej, zapomnijmy o wszystkich regułach i patrzmy jak działa magia rynku” byli w katastrofalnym błędzie.
To żadna radość mieć rację w kwestii tak przerażającej. Ale dla postępowców jest to odpowiedzialność, bo to znaczy, że nasze idee – z wiedzą o naukach ludów tubylczych i porażek przemysłu w socjalizmie państwowym – są ważniejsze niż kiedykolwiek. To znaczy, że zielono-lewicowy światopogląd, który odrzuca zwykłe reformy i kwestionuje dyktat zysku w naszej gospodarce, oferuje ludzkości największą szansę na przezwyciężenie tych powiązanych kryzysów.
Ale wyobraźmy sobie na chwilę, jak wszystko to wygląda dla gościa takiego jak prezes Heartland, Bast, który studiował ekonomię na Uniwersytecie Chicagowskim i opisał mi swoją osobistą misję jako „wyzwolenie ludzi od tyranii innych ludzi”. To wygląda na koniec świata. Oczywiście nim nie jest. Ale jest końcem jego świata. Zmiana klimatu burzy rusztowanie, na którym opiera się współczesny konserwatyzm. Nie ma po prostu sposobu na pogodzenie systemu wierzeń, który demonizuje wspólne działanie i czci całkowitą wolność rynku z problemem, który wymaga zbiorowego działania na bezprecedensową skalę i drastycznego powściągnięcia żywiołów rynku, które spowodowały i pogłębiają kryzys.
Na konferencji Heartland, gdzie wszyscy od Instytutu Ayn Rand do Heritage Foundation mają stolik i książkami i ulotkami, obawy te wypływają na powierzchnię. Bast spieszy z wyjaśnieniem na temat faktu, że kampania Heartland przeciw klimatologii wyrosła ze strachu o politykę, która jest potrzebna zgodnie z nauką: „Kiedy spojrzymy na tę sprawę, powiemy, że to przepis na wielki rozrost państwa… Zanim podejmiemy ten krok, popatrzmy jeszcze raz na naukę. Tak więc grupy konserwatywne i libertariańskie zatrzymały się i powiedziały: Nie przyjmujmy tego za prawdę wiary; zróbmy swoje badania”. To jest kluczowa sprawa do zrozumienia: to nie sprzeciw wobec faktów naukowych dotyczących zmiany klimatu napędza denialistów, lecz sprzeciw wobec praktycznych konsekwencji tych faktów.
To, co opisuje Bast, chociaż nieumyślnie, to zjawisko przyciągające teraz znaczną uwagę coraz większej grupy socjologów, próbujących wyjaśnić dramatyczne zmiany przekonań o zmianie klimatu. Badacze Cultural Cognition Project w Yale stwierdzili, że światopogląd polityczno-kulturowy wyjaśnia „przekonania jednostek na temat globalnego ocieplenia lepiej niż wszystkie inne charakterystyki”.
Osoby z mocnym światopoglądem „egalitarnym” i „wspólnotowym” (zaznaczonym w skłonności do działań zbiorowych i sprawiedliwości społecznej, trosce o równość i podejrzliwości wobec władzy koncernów) w przeważającej części przyjmują ustalenia naukowe o zmianie klimatu. Natomiast ci o wyraźnych poglądach „hierarchicznych” i „indywidualistycznych” (przejawiających się w oporze wobec państwowej pomocy dla ubogich i mniejszości, silnym poparciu przemysłu i wierze, że wszyscy dostają to, na co zasługują), przeważająco odrzucają konsensus naukowy.
Przykładowo, wśród części populacji USA, która wykazuje najsilniejsze przekonania „hierarchiczne”, tylko 11% ocenia zmianę klimatu jako „poważne zagrożenie”, w porównaniu z 69% wśród osób wykazujących najbardziej „egalitarne” poglądy. Profesor prawa z Yale Dan Kahan, główny autor badania, łączy tę mocną korelację „światopoglądu” i akceptacji nauki o klimacie z „postrzeganiem kulturowym”. Chodzi o proces, w którym my wszyscy – niezależnie od orientacji politycznej – filtrujemy informacje w sposób chroniący naszą „preferowaną wizję dobrego społeczeństwa”. Jak wyjaśnia Kahan w Nature, „Ludzi frustruje wiedza, że postępowanie uważane przez nich za szlachetne jest jednak szkodliwe dla społeczeństwa, a postępowanie, które uważają za podłe jest dla niego korzystne. Ponieważ przyjęcie takiego poglądu może wprowadzić rozłam między nimi a otoczeniem, mają silne nastawienie emocjonalne na jego odrzucenie”. Inaczej, zawsze łatwiej wypierać rzeczywistość, niż patrzeć jak światopogląd obraca się w pył, co było równie prawdziwe dla fanatycznych stalinistów w czasie największego terroru, jak obecnie dla libertarian zaprzeczających zmianie klimatu.
Na podstawie: The Nation
Następna część: Naomi Klein: Kapitalizm vs Klimat – część trzecia








