Politycy powinni zacząć postrzegać masowe migracje jako formę adaptacji do zmian klimatu, aby globalna odpowiedź na nie była świadomym ich uwzględnieniem, a nie ignorowaniem problemu.
Wkrótce na światowej scenie nauki i polityki dojdzie do wielkiego zderzenia dwóch megaproblemów – zmian klimatu i migracji. Ich kombinacja doprowadzi nas do punktu krytycznego o skali i zakresie bezprecedensowych w historii ludzkości. Oprócz monumentalnego zadania ograniczania emisji gazów cieplarnianych, musimy zmierzyć się też z zadaniem znalezienia sposobów na ograniczenie konsekwencji zmian klimatu i adaptację do nich.
O ile uda nam się przeprowadzić migracje w sposób kontrolowany i uporządkowany, to można je postrzegać jako działania adaptacyjne, jednak termin „migracje” równie dobrze może oznaczać desperacką walkę o przeżycie. To, z jaką migracją będziemy mieli do czynienia, zależy od światowej odpowiedzi na sytuację.

Rys. Migracje, środowisko i konflikty. Źródło: German Advisory Council on Global Change.
Już teraz, niektóre kraje nie mogą sobie pozwolić na czekanie na nowy lepszy traktat klimatyczny. Narody takie jak Malediwy już teraz przewidują możliwość kompletnej utraty swojego suwerennego terytorium.
W miarę, jak długoterminowe rezultaty wzrostu poziomu oceanów i pustynnienia będą stawać się coraz bardziej ewidentne, a ekstremalne zdarzenia pogodowe, takie jak powodzie czy susze będą coraz częstsze i silniejsze, obszary dziś nadające się do życia będą narażone na konieczność ich opuszczenia. Dla regionów, które już dziś doświadczają załamania ekonomicznego, wywołane względami środowiskowymi migracje mogą dotknąć miliony ludzi i dojść do punktu, za którym powrót do normalności i wznowienia funkcjonowania lokalnych ekosystemów będzie już niemożliwy.
Szacuje się, że jedna trzecia ludzi na świecie cierpi z powodu niedostatków wody pitnej. W wielu miejscach już teraz konieczne są masowa pomoc humanitarna i zewnętrzne wsparcie w zachowaniu pokoju.
Jeśli szale przechylą się w stronę pozytywnego podejścia do migracji, możemy oczekiwać kompromisów i szybkich działań. Wielkoskalowe programy przesiedleń mogą pomóc w przeniesieniu ludzi z terenów zagrożonych, jest to jednak kosztowne, wystawia też przesiedleńców na utratę korzeni, dezintegrację społeczności, popadnięcie w długi i biedę, nie wspominając nawet o presji środowiskowej. Rządy Australii i Nowej Zelandii analizują możliwość przesiedlenia mieszkańców wysp Pacyfiku z zachowaniem ich politycznej i kulturowej suwerenności. Niektóre kraje, takie jak Malediwy, Tuwalu, Kiribati, Mozambik czy Egipt już teraz planują przeniesienie ludzi z zagrożonych terenów.
Jeśli jednak szale przechylą się w stronę zaniechań i zamiatania problemu pod dywan, to opóźnienie działań praktycznie gwarantuje kryzys humanitarny.
Politycy mogą uznać migracje za zbyt skomplikowaną i niekorzystną sprawę, a w rezultacie odwrócić się plecami do wysiłków zrozumienia interakcji pomiędzy migracjami, a zmianami klimatu.
Ten scenariusz wystawiłby kulturę, strukturę społeczną, pokój, zasoby i stabilność polityczną na śmiertelne ryzyko. Wewnętrzne, międzynarodowe i inne kryzysy mogą prowadzić do defensywnego myślenia i zakwalifikowania migracji jako zagrożenia. W tym przypadku konieczne działania nie zostaną podjęte na czas, a kryzys humanitarny stanie się powszechny.

Jeśli podczas negocjacji klimatycznych nie zostanie uzgodnione skuteczne porozumienie o ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych i współpracy międzynarodowej w tym zakresie, to nasilające się zmiany klimatu spowodują, że najbardziej dotknięci nimi zostaną najbiedniejsi, a prawdopodobieństwo ich migracji bardzo wzrośnie. Z drugiej strony, sukces rozmów nie tylko skieruje politykę we właściwym kierunku, ale da też nadzieję ludziom.
Właśnie teraz decyduje się, w którą stronę przechylą się szale.
więcej w nature








