ArtykulyPowiązania

Kryzysowa sytuacja – Postęp i cywilizacja

Postęp i cywilizacja

Podsumowując drugą połowę XX w. znany i szacowny Worldwatch Institute w raporcie o stanie świata odnotował, że ludzkość osiągnęła ogromny sukces. Globalny wynik gospodarczy zwiększył się z 4,9 biliona dolarów w roku 1950 do ponad 29 bilionów dolarów w roku 1997, co stanowi sześciokrotny wzrost. W tym samym czasie przeciętna długość życia zwiększyła się z 47 do 64 lat, a poziom analfabetyzmu spadł na wszystkich kontynentach.

Ryszard Kulik - Ziemia mój jedyny dom

Ryszard Kulik Ziemia mój jedyny dom

Sukces ten jednak okupiony jest ogromnymi kosztami środowiskowymi: zużycie tarcicy potroiło się, sześciokrotnie wzrosło zużycie papieru, połowy ryb zwiększyły się pięciokrotnie, spożycie zbóż potroiło się, spalanie paliw kopalnych wzrosło czterokrotnie, zaś zatrucie powietrza i wody kilkunastokrotnie.

Wszystko wskazuje na to, że nasz sukces związany z postępem jest jednocześnie totalną porażką dla Ziemi, która ledwo może sprostać naszym ciągle rosnącym oczekiwaniom. Swego czasu rząd Filipin zamieścił ogłoszenie w magazynie „Fortune” obwieszczając do jakiego stopnia jest gotów sprzyjać postępowi rozumianemu na sposób zachodni: „Aby przyciągnąć spółki takie jak twoja (…) zlikwidowaliśmy góry, zrównaliśmy z ziemią dżunglę, osuszyliśmy bagna, przesunęliśmy koryta rzek, przenieśliśmy miasta. (…) Wszystko po to, aby twoja firma łatwiej mogła robić interesy właśnie u nas”. We współczesnej ekonomii podstawową wartością ciągle jest maksymalizowanie PKB, który traktowany jest jako podstawowy miernik dobrobytu. To założenie jest niebezpieczne co najmniej z dwóch powodów. Otóż robienie pieniędzy i zwiększanie standardu materialnego nie oznacza jeszcze tworzenia prawdziwego, namacalnego bogactwa związanego z jakością egzystencji. Po drugie, wysokie PKB wcale nie świadczy o tym, że społeczeństwo jest rzeczywiście bardziej zamożne. Przykładowo, z punktu widzenia wzrostu PKB dużo ważniejsze jest to, że ludzie palą papierosy (kupując je przyczyniają się do wzrostu PKB), niż że matki opiekują się swoimi dziećmi, wykonując przecież bardzo ciężką i odpowiedzialną pracę (ta jednak nie ma znaczenie ekonomicznego i z PKB nie ma nic wspólnego). Wzrost liczby rozwodów wpływa dodatnio na PKB, bowiem towarzyszy im wzrost honorariów prawników. Wzrost liczby przestępstw stymuluje zapotrzebowanie na systemy alarmowe i ochronę. I odwrotnie, jedzenie mało przetworzonych produktów przygotowywanych w domu (co sprzyja zdrowiu i środowisku) relatywnie uszczupla PKB w porównaniu z korzystaniem z restauracji.

Tak oto system ekonomiczny nie jest zainteresowany dobrobytem ludzi, natomiast jest zainteresowany pomnażaniem zysków, co niekoniecznie zwiększa ten dobrobyt.

Tworząc taki system i oparty na jego zasadach świat wierzyliśmy, że zmierzamy ku bardziej szczęśliwemu życiu. Dzisiaj jednak coraz wyraźniej uświadamiamy sobie, że zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Za imponującymi wskaźnikami wzrostu kryją się oprócz negatywnych zmian środowiskowych również bardzo niepokojące zjawiska społeczne. Bogate kraje zachodu zmagają się z plagą uzależnień. Alkohol, narkotyki, tytoń czy nawet jedzenie to dla wielu ludzi z bogatych społeczeństw substytuty prawdziwej przyjemności, której mimo dostatku nie są w stanie doświadczyć. Wprawdzie ludzie mają wszystko: po dwa samochody, najnowszy sprzęt RTV i AGD, kilkaset kanałów w telewizji, kuszące centra handlowe i rozrywkowe, wakacje w egzotycznych miejscach, a jednak ciągle doświadczają nudy, pustki i niespełnienia. Albo nie potrafią się tym wszystkim cieszyć, albo tak są skoncentrowani na pogoni za nowym gadżetem, że ostatecznie prawdziwe życie przelewa im się przez palce.

Większość z nas uległa złudzeniu, że dobre życie oznacza posiadanie ogromnej ilości dóbr. Dzięki tym wszystkim rzeczom mieliśmy mieć wygodniejsze życie i więcej czasu, a okazuje się, że większość z nas żyje w szalonym tempie nie mając czasu na nic. Kto wytrzyma to tempo? Ilu z nas jest w stanie sprostać wymaganiom współczesnego świata, w którym jeśli nie jest się najlepszym, ma się dojmujące poczucie porażki czy niespełnienia.

Na czym polega tak zwane normalne życie? Ellen Goodman, amerykańska dziennikarka tak o tym pisze: „<> oznacza noszenie kosztownych ubrań, które kupuje się dzięki ciężkiej pracy, przepychanie się przez korki kupionym na raty samochodem, by dojechać do pracy, którą musisz wykonywać, żeby płacić za ubrania, samochód i dom, który zostawiasz pusty na cały dzień, aby zarobić na jego utrzymanie.” Czy na tym rzeczywiście ma polegać dobre życie?

Psychologowie biją na alarm, ponieważ dramatycznie rosną wskaźniki związane z psychopatologią. Dominują w nich zaburzenia depresyjne, które wskazują, że wiele osób nie jest w stanie poradzić sobie z presją współczesnego świata. Mówi się nawet, że wiek XX był wiekiem depresji, ale niestety, wraz z nadejściem XXI w. wspomniane wskaźniki nie maleją, a ciągle rosną. Co ciekawe jednym z nielicznych społeczeństw, których nie dotyczy opisywane zjawisko jest religijna społeczność Amiszów, którzy zasady swojego życia oparli na XIX-wiecznych wzorcach: nie posiadają samochodów, nie używają prądu, telewizji, komputerów i używek. Powiedzielibyśmy, że w porównaniu z nami żyją biednie, ale jednocześnie zdrowie psychiczne oraz jakość ich życia jest bardzo wysoka.

Rozwijający się na modłę zachodnią Trzeci Świat doświadcza stopniowo tych samych problemów, które są charakterystyczne dla bogatych społeczeństw. Według pracowników oświaty zdrowotnej w Indiach i Afryce istnieje bezpośredni związek między ekspansją takich stacji jak MTV, a zwiększonym poziomem depresji, samobójstw, przemocy i nadużywania leków wśród młodych ludzi. Antropolodzy zaobserwowali, że w kulturach tradycyjnych tego rodzaju problemy były rzadkością. Helena Norberg-Hodge spędziwszy kilka lat w Ladakhu zanim dotarł tam „rozwój” stwierdziła, że „nigdy wcześniej nie spotkała ludzi, którzy wydawali się tak zdrowi emocjonalnie i tak bezpieczni”. Naukowcy, którzy próbowali badać problem depresji wśród przedindustrialnych wspólnot Nowej Gwinei nie znaleźli ani jednego przypadku. Krótko mówiąc rozwój społeczeństwa industrialnego jest nie tylko zabójczy dla ekosystemów, ale też niespecjalnie służy ludziom.

Biorąc to pod uwagę, dobrze jeśli zastanowimy się, co takiego my – cywilizowani ludzie, mamy do zaoferowania tym „zacofanym” społecznościom. A może to my powinniśmy się czegoś od nich nauczyć?

Współczesny świat cechuje się wieloma jeszcze innymi zjawiskami patologicznymi. Życie w mieście wśród hałasu, korków, spalin ze wzrastającymi wskaźnikami przestępczości i ludzką anonimowością dla wielu z nas staje się coraz bardziej nieznośne. Coraz większa liczba osób marzy więc o spokojnym domku na wsi lub na przedmieściach, ale, by te wizje urzeczywistnić ludzie zadłużają się na całe życie, a następnie z dojmującym poczuciem braku finansowej wolności zaharowują się próbując spłacić kredyt. Ponoszą też inne koszty związane z udręką codziennych dojazdów do pracy, czyli do centrum miasta, co często wiąże się z tkwieniem w gigantycznych korkach.

Może warto w takich okolicznościach zadać sobie kilka ważnych pytań: czy na tym ma polegać moje życie, czy tego rzeczywiście pragnę, czy żyjąc tak jak żyję mam poczucie spokoju i spełnienia?

Nasz wewnętrzny, prawdziwy głos jest jednocześnie głosem samej Ziemi, której płacz możemy usłyszeć w swoim sercu. Bo trzeba to powiedzieć bardzo wyraźnie: ideologia rozwoju za wszelką cenę, którą sobie zafundowaliśmy jest podcinaniem życiodajnej gałęzi, jest krokiem w kierunku autodestrukcji.

Szwajcarscy ekonomiści zaproponowali miernik, dzięki któremu jesteśmy w stanie określić, jaki jest wpływ poszczególnych ludzi, a nawet całych społeczeństw, na ziemski ekosystem. Ten swoisty „ślad ekologiczny” jest jednocześnie dowodem jak bardzo niezrównoważony styl życia prowadzimy. Okazuje się bowiem, że przeciętny Europejczyk żyje tak, że gdyby wszyscy na Ziemi prowadzili taki styl życia, to potrzebowalibyśmy jeszcze dwóch, a nawet trzech takich planet jak Ziemia. Najwyższe wskaźniki w tym rankingu osiągają Amerykanie, których sposób życia wymaga aż pięciu planet podobnych do Ziemi. Jako ludzkość pod koniec lat 80. XX w. osiągnęliśmy taki wskaźnik śladu ekologicznego, który pokazuje, że od tego czasu bierzemy więcej niż Ziemia jest w stanie nam dać. Obecnie kształtuje się to na poziomie ok. 125% mocy produkcyjnych Ziemi. Oznacza to, że społeczność ludzka w całości żyje na kredyt i jeśli ten proces będzie postępował (a nic nie wskazuje na to, by miał się zatrzymać), to czeka nas globalne załamanie. Istotne w tych statystykach jest to, że najbogatsze kraje, o najbardziej zaawansowanych technologiach i społeczeństwach, o stosunkowo wysokiej świadomości ekologicznej w sposób największy przyczyniają się do degradacji naszej planety.

W roku 1995 Centres for Economic and Security Alternatives przeprowadziło badania, których wyniki pokazują stopień degradacji środowiska naturalnego w latach 1970-1995 w różnych krajach. Oto te wyniki (w procentach) w kolejności od najmniejszej do największej degradacji:

  • Dania 10.6
  • Holandia 11.4
  • Wielka Brytania 14.3
  • Szwecja 15.5
  • Niemcy (zachodnie) 16.5
  • Japonia 19.4
  • Stany Zjednoczone 22.1
  • Kanada 38.1
  • Francja 41.2

Zatem wszystko wskazuje na to, że to nie pieniądze, bogactwo i technologie mogą nas uratować, ale decyzja dotycząca samoograniczenia w zakresie indywidualnego stylu życia. Dopóki nie będziemy żyć skromniej i nie okiełznamy naszego konsumpcyjnego szaleństwa, dopóty nasza Ziemia, ale też i my będziemy zmierzać do samozagłady.

Podobne wnioski w swym raporcie wydanym w 2008 roku formułuje Międzyrządowy Panel Do Spraw Zmian Klimatycznych. Naukowcy zasiadający w tym gremium podkreślają, że ludzie są w ponad 90% odpowiedzialni za efekt cieplarniany, a główną tego przyczyną jest nasza żarłoczność.

Współczesny świat z jego agresywną reklamą, miejskim pośpiechem i zerwanymi związkami z przyrodą i wspólnotą ludzką z pewnością nie sprzyja bardziej zrównoważonemu życiu. Niemniej jednak ciągle jeszcze mamy szansę, by przynajmniej w niewielkiej skali naszego osobistego życia nie dać się zwariować i próbować zachować zdrowy rozsądek oraz wewnętrzną równowagę. Każdy z nas jest osobiście odpowiedzialny za to jak żyje. Każdy z nas ma do przeżycia wyłącznie swoje życie. Dlatego tak ważne jest, by nie zmarnować tej szansy, by przebudzić się z tego letargu i zobaczyć na czym polega współczesne szaleństwo, usłyszeć w sobie głos płaczącej Ziemi, swój własny głos, a następnie podjąć takie decyzje, które pozwolą żyć w pełni z poczuciem wewnętrznej równowagi, w zgodzie z całym żywym światem.

Przedruk z książki R.Kulik „Ziemia – mój jedyny dom”

Następna strona: „Punkt zwrotny – dzikie jest piękne – Ogień, czyli moja energia”

Poprzednie części:

Wprowadzenie, Kryzysowa sytuacja – Bioróżnorodność

Kryzysowa sytuacja – Zwierzęta 

Kryzysowa sytuacja – Woda i tereny podmokłe 

Kryzysowa sytuacja – Góry 

Kryzysowa sytuacja – Lasy

Kryzysowa sytuacja – Odpady

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly