Artykuly

Kronika Rozdroża: 2009-03-10

Rosnąca kwasowość oceanów zagraża organizmom morskim

Rosnąca kwasowość oceanów powodowana przez rozpuszczanie się w nich atmosferycznego dwutlenku węgla zmniejsza wagę muszli małych żyjątek morskich, co może prowadzić do przyspieszenia zmian klimatu.
William Howard z australijskiego University of Tasmania opisuje wyniki pomiarów jako wczesny sygnał ostrzegawczy, dodając, że przeprowadzone badania są pierwszym bezpośrednim dowodem na wpływ rosnącej kwasowości oceanów na życie w morzu.
Oceany co godzinę pochłaniają około 1 miliona ton dwutlenku węgla emitowanego przez nas ze spalania paliw kopalnych.
W ciągu stulecia kwasowość oceanów zmieniła się z pH równego 8.2 na 8.1, co oznacza 30% wzrost kwasowości.
Ocean Południowy pomiędzy Australią i Antarktydą jest miejscem, gdzie dwutlenek węgla pochłaniany jest najintensywniej.
Jednak naukowcy stwierdzają, że proces pochłaniania dwutlenku węgla przez oceany prowadzi do ich zakwaszania się, co z kolei zaburza proces wapnienia wykorzystywany przez organizmy morskie do budowy muszli, a także przez koralowce.
Naukowcy z University of Tasmania zbadali muszle przedstawicieli gatunku foraminifera – małych amebopodobnych organizmów żyjących w Oceanie Południowym, i porównywali wagę ich muszli do pozostałości z liczących do 50 tysięcy lat osadów oceanicznych.
Wyniki badań, opublikowane w ostatnim wydaniu Nature Geoscience, pokazały, że masa muszli współczesnych foraminifera spadła o 30-35 procent.
Implikacje tego faktu dla zmian klimatu są poważne. Foraminifera, żyjące na powierzchni oceanu, grają dużą rolę w wychwytywaniu dwutlenku węgla. Rosnąc, wbudowują węgiel w swoje ciało, a ginąc, zabierają go ze sobą w głębiny. Zaburzenie tego procesu może osłabić mechanizm usuwania dwutlenku węgla z atmosfery i przyspieszyć zmiany klimatu.

ang więcej w Reuters

Ciepłe Himalaje

Nadzwyczaj ciepła i sucha zima panuje na Wyżynie Tybetańskiej i w Himalajach. Przyczyną jest inny niż zazwyczaj kierunek przemieszczania się mas powietrza. Ze względu na to, że wiatry wieją z zachodu i południowego zachodu, to na południowych stokach najwyższych gór świata w północnych Indiach, Pakistanie, Nepalu i Bhutanie temperatura jest nawet o 10 stopni wyższa od tej jaką normalnie notuje się o tej porze roku. Oznacza to, że opady śniegu występują bardzo rzadko. Susza sprawiła, że na stoki Mount Everestu w ciągu kilku tygodni niemal nie padało. Na początku roku panuje tam pora sucha, ale nawet podczas niej powinno spaść trochę deszczu lub śniegu. Brak opadów oznacza oczywiście brak wody dla zwierząt i ludzi, a to jest bardzo niepokojące. W tybetańskiej Lhasie temperatura utrzymywała się na przełomie stycznia i lutego w ciągu dnia między 12 a 18 stopni, a powinna normalnie na poziomie 6 stopni. W przypadku godzin nocnych jest bardzo podobnie, gdyż powinno być przynajmniej 8 stopni mrozu, a są tylko 3-4 stopnie poniżej zera.
Problem zmian klimatycznych w rejonie Himalajów stał się głównym celem badań chińskich naukowców. Według chińskiej Państwowej Akademii Nauk Meteorologicznych temperatury znajdują się na coraz wyższym poziomie. Tegoroczna zima jest jedną z najcieplejszych i najbardziej suchych w historii pomiarów. Objawia się to gwałtowniejszym niż zwykle topnieniem wiecznych lodowców. Pierwsze pomiary naukowców wykazują, że jeśli obecny poziom wzrostu średniej rocznej temperatury utrzyma się, to Himalaje pozostaną bez lodowców już w 2100 roku. Dla Chin początkowo oznacza to katastrofalne powodzie, które głównie będą występować na Żółtej Rzece, która ma swoje źródła w najwyższych górach świata. Woda z błyskawicznie topniejących lodowców zasilać będzie rzeki, które często będą wylewać pozbawiając życia tysiące, nawet miliony osób. Jednak okres powodzi nie potrwa długo, gdyż jego miejsce zajmie postępująca susza, związana ze znaczącym zmniejszeniem się objętości himalajskich lodowców. Rzekami będzie więc wpłynąć coraz mniej wody, aż wreszcie rzeki znaczną wysychać. To najgorszy etap ocieplania się klimatu w regionie Himalajów. Wyschnięte rzeki teraz dostarczają wodę do picia i do nawadniania pól uprawnych dla ponad 150 milionów ludzi. Tej sytuacji już nic nie zmieni, gdyż górskich lodowców nie można będzie odtworzyć. Naukowcy ostrzegają, że lodowce kurczą się od 30 lat przeciętnie o 131 kilometrów rocznie. Oznacza to, że w ciągu każdego roku całkowicie roztapia się lodowiec o powierzchni 60 razy większej od Warszawy.

pl więcej w twojapogoda

Jeremy Clarkson nie będzie słuchać zielonych komunałów o misiach polarnych

Porozmawiajmy o globalnym ociepleniu w języku, który zrozumieją Ci, którzy wciąż im zaprzeczają: niezależności energetycznej i potencjału dla przedsiębiorczości.
Naukowcy, którzy w tym tygodniu zebrali się w Bristolu na konferencji poświęconej psychologicznym aspektom zmian klimatu są zdania, że największe przeszkody blokujące działanie nie mają natury technicznej, ekonomicznej, czy nawet politycznej – to strategie zaprzeczania, które przyjmujemy, aby chronić się przed niewygodną dla nas informacją.
To prawda, że blisko 80 procent ludzi twierdzi, że są zatroskani zmianami klimatu. Jednak, kiedy podążymy głębiej, okazuje się, że ludzie mają wyjątkowy talent do postrzegania problemu w taki sposób, który czyni go tak odległym od nich, jak to tylko możliwe. Określają ten problem jako globalny (a więc nie lokalny), jako przyszły problem (a więc nie dotyczący ich samych) i odcinają się od odpowiedzialności zarówno od bycia częścią problemu, jak i prób jego rozwiązania.
Co najbardziej niepokojące, 60 procent ludzi wierzy, że „wielu ekspertów naukowych wciąż kwestionuje fakt, że ludzie przyczyniają się do zmian klimatu”. 30 procent ludzi wierzy, że zmiany klimatu są powodowane „głównie przez czynniki naturalne”, a 7 procent w ogóle odmawia uznania, że klimat w ogóle się zmienia.
Jak to możliwe, że tak wielu ludzi wciąż pozostaje nieprzekonanych po 40 latach badań naukowych i konsensusu ze strony każdej liczącej się instytucji naukowej na świecie? Przecież chyba już dawno mamy za sobą punkt, w którym dowody naukowe stały się przytłaczające?
Gdyby formowanie poglądów było tak proste i zależało od faktów… Ale tak nie jest. Większość ludzi nie dysponuje ani czasem, ani umiejętnościami koniecznymi dla zrozumienia skomplikowanych mechanizmów i konsekwencji zmian klimatu – polega więc na skrótach uformowanych przez wykształcenie, poglądy polityczne, doświadczenie życiowe i opinie otaczających nas ludzi.
Jakie jest racjonalne podejście do przeciwdziałania zmianom klimatu? To poważne zagrożenie, które wymaga bezprecedensowych ograniczeń, poświęcenia i regulacji rządowych. Reakcją ludzi żyjących w konsumpcyjnym społeczeństwie, wolnorynkowym kapitalizmie i nie ufających rządowi jest bezwarunkowy sprzeciw. Intuicyjny sprzeciw jest wzmacniany przez brak zaufania do przynoszących niemiłe wiadomości posłańców: media, polityków i działaczy ekologiczne. Jak ujął to Jeremy Clarkson (bezkrytycznie zafascynowany samochodami prezenter programu Top Gear): „wszystko, co w ciągu ostatnich pięciu lat mówił nam Al Gore, Channel 4 i inni hippisi to stek nonsensów”. Takie uprzedzenia kulturowe są spotykane bardzo często. „Ludzie jak my nie wierzą w taki kit”.
Jednak, jak bardzo ktoś nie ufa ekologom, trudniej już być mądrzejszym od zajmujących się tematem naukowców… Należy więc znaleźć takich naukowców, którzy mówią to, czego chce się słuchać.
Konserwatywne media dają możliwość występowania garstce sceptyków, którzy odrzucają konsensus naukowy. Firmy naftowe, węglowe i samochodowe, starając się opóźnić wprowadzenie niewygodnych dla siebie regulacji sponsorują ich działalność.
Dr Myanna Lahsen, antropolog kultury z Uniwersytetu w Colorado, analizuje, jak profesjonalni naukowcy, niektórzy z wartościowymi karierami, zmieniają się w sceptyków zmian klimatu. Okazuje się, że najczęściej spotykanym czynnikiem było poczucie osobistej utraty prestiżu i autorytetu w rezultacie kampanii środowiskowych i liberalnych. Ich zaangażowanie w sprawy klimatu może być zrozumiane jako część walki o zachowanie ich szczególnego, wykształconego przez doświadczenia społeczne i kulturowe, zrozumienia środowiska.
Innymi słowy, tak jak ogół społeczeństwa, formują oni swoje przekonania i spojrzenie na świat poprzez politykę i doświadczenia życiowe. Aby zachować swój sceptycyzm w obliczu trwałego i mocnego wyzwania ze strony innych naukowców, stworzyli kulturę wzajemnie wspierających się walczących o prawdę ofiar.
Ten indywidualistyczny romantyczny obraz „Galileusza przed obliczem Inkwizycji” żyje w promujących argumenty sceptyków prawicowych mediach i think-tankach. Analiza 192 książek sceptyków pokazała, że 92 procent było bezpośrednio powiązanych z prawicowymi, wolnorynkowymi think-tankami. Wnioskiem z tej analizy było, że zaprzeczanie zmianom klimatu zostało celowo zbudowane jako „taktyka kierowanego-przez-elitę ruchu mającego walczyć z ruchem ochrony środowiska”.
Zdając sobie sprawę z tego, że sceptycyzm ma swoje korzenie w dobrze finansowanym i zorganizowanym ruchu, jak można przekonywać znajomego sceptyka?
Jednym ze sposobów jest przeorientowanie problemu, tak, aby nie kojarzył się z przykuwającymi się do drzew długowłosymi ekooszołomami.
Argumenty o misiach polarnych i zagrożonej planecie trzeba schować do szuflady, a zamiast tego mówić o bezpieczeństwie i niezależności energetycznej oraz potencjale rozwoju przedsiębiorczości. A także pokazywać przykłady ludzi, których nasz rozmówca zna i szanuje, a którzy przyznają, że zmiany klimatu są poważnym problemem.

ang więcej w guardian

„Toną” nadzieje na międzynarodowe porozumienie klimatyczne

porozumienieDwóch wiodących klimatologów stwierdziło, że nie widzą nadziei na podpisanie w tym roku w Kopenhadze porozumienia rzeczywiście dającego szansę na powstrzymanie globalnego ocieplenia.
Profesor Kevin Anderson, dyrektor Tyndall Centre for Climate Change Research oraz profesor Trevor Davies, jeden z założycieli Centrum, uważają, że czas myśleć o alternatywach dla porozumienia międzynarodowego. Złożyli takie oświadczenie w przededniu trzydniowej konferencji w Kopenhadze, na której tysiące zajmujących się zmianami klimatu naukowców będą dyskutować ostatnie odkrycia i ustalenia na tym polu. Wyniki zjazdu będą wykorzystane na grudniowym szczycie ONZ w Kopenhadze, podczas którego podjęta zostanie próba wypracowania międzynarodowego traktatu dotyczącego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych.
Według naukowców z Tyndall Centre politycy podyskutują na temat konieczności ograniczenia emisji w przeciągu dekady, ale nie zdecydują się na przyjęcie rzeczywiście znaczących działań. Negocjatorzy, zamiast uznać skalę i pilność problemu, wybiorą łatwą drogę i będą pokładać nadzieje w rozwiązaniach technologicznych, które albo nie są sprawdzone, albo też w ogóle muszą dopiero zostać wynalezione.
Profesor Anderson jest zdania, że dotkliwość zmian klimatu pozostaje niedoszacowana, oraz, że wyrażanie wątpliwości, że wzrost temperatury uda się ograniczyć do 2°C jest uważane za polityczną herezję. Powiedział też, że politycy powstrzymują naukowców przed głośnym wyrażaniem swoich wątpliwości. „Konsekwencje liczb, które przedstawiamy, są dla nich politycznie nie do przyjęcia”.

ang więcej w timesonline

Klimatolodzy ostrzegają: świat zmierza w stronę konfliktów o zasoby

Naukowcy z Hadley Centre for Climate Prediction and Research, uważają, że nawet, jeśli dokonamy poważnych redukcji emisji gazów cieplarnianych, na poziomie 3 procent rocznie od roku 2015 (obecnie rosną ponad 3 procent rocznie), szanse na zatrzymanie wzrostu temperatury poniżej niebezpiecznego progu 2°C do roku 2050 nie są większe, niż 50 procent. A każda dekada zwłoki w ograniczaniu emisji, spowoduje, że temperatura planety wzrośnie o kolejne pół stopnia.
Jeśli emisje zaczną się zmniejszać począwszy od roku 2015, ale jedynie w tempie 1 procent rocznie, to wzrost temperatury sięgnie 2.9°C, a jeśli z ograniczaniem emisji będziemy zwlekać do roku 2035, to będzie to już 4°C. A jeśli w ogóle nie podejmiemy działań, to do końca stulecia temperatura Ziemi może wzrosnąć nawet o 7.1°C.
Już wzrost temperatury o 2°C doprowadzi do wojen o zasoby, wliczając w to wodę i żywność, nastąpią epidemie chorób, a jedna trzecia gatunków zwierząt i roślin może być zagrożona wyginięciem.

ang więcej w timesonline

Chiny: emisja gazów cieplarnianych podwoi się

Naukowcy wyrażają pesymistyczne opinie na temat perspektyw redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nawet, jeśli kraje uprzemysłowione dokonają znaczących postępów na tym polu, to Chińskie emisje gazów cieplarnianych będą trudne do powstrzymania.
W czasopiśmie Geophysical Research Letters została opublikowana analiza perspektyw ograniczenia emisji dwutlenku węgla przez Chiny, bazująca na danych Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) i Chińskiego Biura Statystycznego (NBS).
Jej wynik jest niepokojący. Nawet w bardzo optymistycznym scenariuszu zakładającym znaczącą poprawę efektywności i szeroką implementację przyjaznych klimatowi technologii energetycznych, chińskie emisje CO2, już dziś stanowiące 20 procent emisji światowych, w ciągu najbliższych dwóch dekad prawie się podwoją w porównaniu do poziomu z 2002 roku.
Przewiduje się dalszy wzrost chińskiej gospodarki, nawet pomimo pewnego spowolnienia wzrostu wywołanego kryzysem finansowym. Przyspieszy budowa miast, dróg, infrastruktury, projektów transportowych. Nastąpi ekspansja produkcji przemysłowej. Populacja wzrośnie z 1.3 miliarda do 1.5 miliarda. Coraz więcej gospodarstw będzie przyjmować Zachodni model życia i konsumpcji, kupując klimatyzatory, lodówki, telewizory, komputery i inne potrzebujące energii urządzenia.
To spowoduje ostry wzrost zapotrzebowania na energię. IEA i NBS przewidują, że dla zaspokojenia popytu elektrownie będą musiały dostarczać ponad 8600 GW elektryczności – trzy razy więcej, niż w 2006.
Chiny mają nadzieję na zredukowanie udziału węgla w energetyce, wynoszącego obecnie 83 procent. W tym celu zamierzają rozwijać energetykę opartą na biomasie, energii wiatrowej, wodnej i jądrowej. Jednak węgiel będzie nadal zapewniał 70 procent energii.
Optymistyczny scenariusz zakłada, że Chiny natychmiast przestaną budować elektrownie węglowe nie wyposażone w technologię wychwytu dwutlenku węgla CCS. Scenariusz jest celowo nierealistycznie optymistyczny – instalacje tego typu są dopiero na wczesnym etapie testowania – eksperci uważają, że jeszcze co najmniej przez 15 lat nie ma co mówić o wykorzystaniu takich instalacji na dużą skalę.
Rezultat tego utopijnego scenariusza? Do roku 2030 chińskie emisje wzrosną o 80 procent!
Studium zauważa, że produkcja przemysłowa w Chinach i wytwarzanie energii są „znacznie brudniejsze, niż w innych krajach”. Sąsiednia Japonia wykorzystuje energię dziewięć(!) razy efektywniej od Chin.
Z tego powodu, autorzy sugerują, że Chiny powinny skupić się na oszczędnym wykorzystywaniu energii. Jak na razie powszechne są sytuacje, w których budynki są przegrzane, więc ludzie szeroko otwierają okna, aby nie było im zbyt gorąco.
„Wejście Chin na ścieżkę powszechnego naśladowania Zachodniego, intensywnego energetycznie stylu życia, to bardzo niebezpieczna droga” – konkluduje pochodzący z Chin jeden z autorów raportu.

ang więcej w spiegel

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly