Zielone miejsca pracy zapewnią wzrost ekonomiczny
Kiedy Kongres USA w tym tygodniu zatwierdzi pakiet stymulacyjny, największa gospodarka świata dołączy do wydłużającej się listy krajów, które zwracają się w stronę zielonych miejsc pracy jako sposobu na wyjście z recesji. Chiny, Japonia, Korea Południowa i kilka krajów Unii Europejskiej są już na liście krajów rozpoczynających trend największych w historii inwestycji w czyste źródła energii i efektywność energetyczną.
Kiedy na tej liście znajdzie się także Polska?
400 miliardów dolarów: Cena Przyszłości
Tylko 400 miliardów dolarów – 0.8% światowego PKB – to kwota, którą według Sir Nicolasa Sterna, byłego Głównego Ekonomisty Banku Światowego, powinny przeznaczyć rządy na wsparcie „zielonych inwestycji”, które zapewnią gospodarce i środowisku zgodny rozkwit w XXI wieku.
Jest w tym jednak haczyk, całkiem spory: pieniądze muszą się znaleźć do tego lata i powinny zostać wydane do połowy roku 2010.
Nowa Gra
Po II Wojnie Światowej mieliśmy już do czynienia z kryzysami gospodarczymi, od szoków naftowych i stagflacji lat siedemdziesiątych, po azjatycki kryzys finansowy i „bańkę internetową” sprzed kilku lat.
Za każdym razem światowa gospodarka odbijała się i rosła jeszcze szybciej.
Jednak ostatniego lata zdarzyło się coś nowego. Globalne trendy ekonomiczne i energetyczne zaczęły zmieniać się szybciej i w bardziej niepokojący sposób, niż przewidywała nawet większość pesymistów.
Okres pomiędzy skokiem cen ropy do 150 dolarów za baryłkę w lipcu 2008 i początkiem krachu na Wall Street we wrześniu to punkt zwrotny w dziejach.
Jednak jedynie nieliczni w kręgach rządowych, biznesowych i społeczeństwie, w pełni pojmują tego znaczenie. Większość analityków ekonomicznych wydaje się zakładać, że jesteśmy po prostu w dołku (choć szczególnie głębokim) krzywej wzrostu gospodarczego, która niewątpliwie pójdzie znów w górę, jeśli tylko uda nam się zapobiec zbyt głębokiemu spowolnieniu gospodarczemu.
Wsłuchując się w debaty ekonomistów i polityków o pakietach stymulacyjnych, widzimy dwa domyślne założenia: po pierwsze – gospodarka ożywi się w przeciągu kilku lat, a po drugie – wszystko będzie wyglądać mniej więcej tak, jak dotychczas (może tylko z większą ilością turbin wiatrowych, paneli słonecznych i szeroką kolekcją efektywniejszych samochodów).
Jednak, coraz szersze grono przywódców i ekspertów chcących rozwiązać kryzys ekonomiczny za pomocą jeszcze większej ilości wydatków i cięć podatkowych, zaczyna rozumieć, że stoimy w obliczu kryzysu energetycznego i klimatycznego o monumentalnej skali. Problemu nie rozwiąże się rzucaniem w niego kolejnymi bilionami dolarów – potrzebne są fundamentalne zmiany w funkcjonowaniu współczesnego świata przemysłowego.
Uważam, że to co ma miejsce, to mentalna niezdolność większości ludzi do powiązania w całość trzech rzeczy:
- Nasze krótkoterminowe postrzeganie obecnego kryzysu ekonomicznego. Firmy upadają, wydatki publiczne trzeba ciąć – coś trzeba zrobić i to szybko.
- Nasza świadomość wiszących nad nami kryzysu energetycznego i zmian klimatu. Zasadniczo rzecz biorąc nie ma już wątpliwości na ich temat.
- Fakt, że taki-jak-dotychczas wzrost ekonomiczny jest kompletnie uzależniony od tanich i łatwo dostępnych paliw kopalnych. Rzadko o tym mówimy, ale fakt ten jest bezdyskusyjny.
Ta nasza mentalna niezdolność do powiązania faktów oznacza, że nie diagnozujemy poprawnie sytuacji, a w związku z tym nie dążymy do właściwych rozwiązań.
Można powiedzieć, że nie zdajemy sobie sprawy, że zasady gry się zmieniły.
Myślę o Lecie 2008 jako o punkcie zwrotnym w historii – świat nie będzie już dłużej taki, jak tego dotychczas oczekiwaliśmy, zmienia się wręcz tak bardzo, że w ogóle jeszcze nie wyobrażamy sobie nowej rzeczywistości.
Ma to głębokie implikacje: będziemy musieli nie tylko nauczyć się nowych reguł gry, ale wręcz zorientować się, na czym ta nowa gra polega (miejmy nadzieję, że na czas, żeby mieć szansę na napisanie choć części jej zasad).
Jesteśmy już w tej nowej grze od kilku miesięcy i tysięcy miliardów dolarów. Wiemy, że ta gra ma nazwę w rodzaju „Świat bez taniej ropy” lub „Poza Ograniczeniami Wzrostu”. Większość decydentów wciąż jednak jeszcze żyje w przekonaniu, że obowiązują zasady gry „Światowa Bonanza Zasobów i Kapitału”.
Jak powiedział Richard Heinberg: „Ponieważ kończy nam się czas, zasoby naturalne i kapitał, to jest nasza jedyna szansa, aby zorganizować sprawy we właściwy sposób„.
Mamy tylko jedno podejście do rozwiązania tego kryzysu.
Brytyjski pomysł na problem emisji gazu – wpompujmy CO2 pod dno morza
National Grid, brytyjska spółka akcyjna zajmująca się przesyłaniem oraz dystrybucją elektryczności i gazu ziemnego, planuje budowę systemu umożliwiającego składowanie dwutlenku węgla pod dnem Morza Północnego. CO2, emitowany z największych brytyjskich elektrowni, transportowany będzie istniejącymi już rurociągami.
Dostarczycielami dwutlenku węgla ma być pięć elektrowni węglowych i gazowych skupionych wokół ujścia rzeki Humber (hrabstwo Yorkshire). To największe elektrownie w całej Wielkiej Brytanii. CO2, transportowany rurociągiem, składowany będzie w skałach dna Morza Północnego, w miejscach, z których National Grid przesyła już na ląd wydobywany tam gaz ziemny.
Chris Train, dyrektor tej inwestycji, zapewnia, że pierwszy rurociąg zacznie transportować dwutlenek węgla w ciągu najbliższych trzech lat. Spółka chce w miarę możliwości wykorzystać już istniejące rurociągi, jednak mimo to będzie musiała sfinansować budowę całego systemu gromadzenia, przesyłania i składowania CO2. Przedsięwzięcie to, jak obliczają analitycy National Grid, ma kosztować 2 miliardy funtów.
Dwutlenek węgla pompowany będzie do opróżnionych z gazu ziemnego skalnych wyrobisk pod morskim dnem. Skały te – jak zapewniają specjaliści – są zdatne do bezpiecznego przechowywania dwutlenku węgla. Choć są przepuszczalne, skompresowany w nich CO2 będzie miał postać stałą i nie wydostanie się na powierzchnię morza.
W zamyśle inwestorów projekt, oparty na promowanej przez Unię Europejską technologii CCS (podziemne składowanie dwutlenku węgla), w decydującym stopniu dopomoże Wielkiej Brytanii w wypełnieniu jej zobowiązań ograniczenia emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. Ujście rzeki Humber jest miejscem największej emisji tego gazu na terenie Europy: pięć elektrowni uwalnia tam rocznie około 60 mln ton dwutlenku. Skierowanie go w skały dna Morza Północnego da efekt ekologiczny równy wycofaniu z brytyjskich szos 20 mln samochodów.
Otwarcie pierwszego rurociągu w 2012 r. będzie zbiegać się czasowo z planowanym uruchomieniem pierwszej dużej brytyjskiej elektrowni wykorzystującej technologię CCS.
Nad Boliwię nadciąga kryzys wodny – lodowce znikają
Boliwijska stolica La Paz i bliźniacze El Alto stoją w obliczu kryzysu.
Zapotrzebowanie na wodę już w tym roku prawdopodobnie przekroczy możliwości jej dostarczenia, a lodowiec Chacaltaya, który zapewnia wodę dla dwóch milionów ludzi, może zniknąć zupełnie.
Lodowce pełnią podwójną funkcję – odbijając światło słoneczne ochładzają klimat, służą też jako rezerwuary wody. W 1989 roku klimatolodzy oszacowali, że lodowiec Chacaltaya przetrwa 15 lat lub trochę więcej. Dziś widać, że lodowiec praktycznie już znikł.
Wodę wypływającą z lodowca Chatalcaya wykorzystuje nie tylko 800 tysięcy mieszkańców El Alto, ale też 60 procent mieszkańców La Paz.
Turbiny wiatrowe w Europie nie pomagają w osiągnięciu redukcji emisji
Co może wydawać się najbardziej zadziwiające, to fakt, że winowajcą jest tu polityka klimatyczna Unii Europejskiej, uważana za jedną z najbardziej postępowych na świecie. Unijny system handlu emisjami (ETS) określa sumaryczną ilość CO2, którą mogą wyemitować elektrownie i fabryki. A ta ilość nie zależy od tego, jak wiele turbin wiatrowych działa.
W najgorszym scenariuszu, elektrownie dostarczające energii odnawialnej mogą wpływać na zwiększenie emisji CO2. Jak to się dzieje?
W miarę, jak uruchamiane są kolejne farmy wiatrowe, elektrownie węglowe mogą zmniejszać generowaną moc i ilość spalanego paliwa. To dobrze – ale problemem jest to, że liczba certyfikatów pozwalających na emisje pozostaje nie zmieniona.
Na rynku pozostają więc wolne certyfikaty – w rezultacie spada ich cena. Dochodzi do tego związane z recesją zmniejszenie zapotrzebowania na energię.
W rezultacie mamy to, co stało się ostatnio – certyfikat pozwalający na emisję tony dwutlenku węgla miał jedynie symboliczny koszt. W firmach energetycznych znikły więc motywacje do ograniczania emisji dwutlenku węgla i inwestycji w przyjazne klimatowi technologie.
Kraje takie jak Niemcy, ograniczając w kryzysie produkcję na eksport i posiadając znaczną liczbę elektrowni wiatrowych, zaczęły sprzedawać niewykorzystane certyfikaty, na przykład do Polski i na Słowację. Dzięki zakupionym certyfikatom firmy z tych krajów uzyskały możliwość wyemitowania dodatkowej ilości CO2, a do tego, ze względu na niższą efektywność energetyczną elektrowni w tych krajach, przy zachowaniu takich samych emisji wytworzona została mniejsza ilość energii.
Za dużo pyłów nad Polską – Unia żąda od nas czystego powietrza
Polska jest w gronie dziesięciu państw, które przekraczają dopuszczalne normy pyłu zawieszonego PM 10, czyli głównego składnika miejskiego smogu.Nad polskimi miastami od lat unosi się smog znacznie większy, niż dopuszczają to unijne normy. Naprzykład w Warszawie są one przekroczone niemal codziennie w godzinach szczytu poza dniami wakacyjnymi.
Dlatego Unia Europejska dała państwom członkowskim sporo czasu na przystosowanie się do obowiązujących norm. Ponieważ mało które państwo przejęło się przepisami, Unia rozpoczęła właśnie postępowanie przeciwko dziesięciu swoim członkom. Oprócz Polski na czarnej liście są też Cypr, Estonia, Hiszpania, Niemcy, Portugalia, Słowenia, Szwecja, Włochy i Wielka Brytania. Pył zawieszony PM 10 to główny składnik smogu nad miastami. Drobne cząsteczki produkowane są przede wszystkim przez przemysł, samochody i przydomowe kotłownie. Wdychane wraz z powietrzem powodują m.in. astmę, choroby układu krążenia, nowotwory, a nawet śmierć.
Państwa, które nie zdążyły przygotować się do nowych norm, mogły złożyć wnioski o przedłużenie terminu, ale musiały wykazać, że dążą do poprawy jakości powietrza. Polska, tak jak Niemcy, Włochy i Hiszpania, takich wniosków nie złożyły.
To właśnie ogromne stężenie pyłu na zachodzie Europy jest na równi z korkami przyczyną, dla której ogranicza się wjazd samochodów do centrum. Czasami stosuje się wjazd płatny, czasami zakazuje się go w ogóle. W Polsce wciąż jeszcze brakuje takich rozwiązań.
Geopolityka Niedostatków Żywności (Lester Brown)
W niektórych krajach wystąpił rozpad porządku społecznego spowodowany szybkim wzrostem cen żywności i rozszerzającego się głodu.
Czy globalny kryzys żywnościowy zwiastuje krach globalnej cywilizacji?
Jedną z najtrudniejszych dla nas rzeczy jest wyobrażenie sobie braku ciągłości: czy to na poziomie osobistym, czy globalnej ekonomii, zwykle wyobrażamy sobie przyszłość przez ekstrapolację przeszłości.
Zazwyczaj działa to dobrze, jednak czasami możemy doświadczyć nieciągłości, której nie przewidzieliśmy.
Upadek cywilizacji to właśnie taka sytuacja. Nie jest niczym dziwnym, że wiele cywilizacji w przeszłości nie było w stanie rozpoznać działających sił i znaków zwiastujących ich kres. W wielu przypadkach to właśnie problemy żywnościowe powodowały ich upadek.
Czy naszą cywilizację może czekać podobny los?
Jeszcze do niedawna nie wydawało się to możliwe, jednak nasza niezdolność do uporania się z niekorzystnymi trendami w zasobach i środowisku, coraz silniej podminowują światową gospodarkę żywnościową – opadające poziomy wód gruntowych, erozja gleby i wzrost temperatury – mogą oznaczać, że upadek jest możliwy.









