Podstawową przyczyną fali populizmu, ważniejszą nawet niż globalizacja, może być ogólnoświatowy zanik wzrostu gospodarczego szczególnie widoczny w krajach Zachodu. Choć minęło prawie dziesięć lat od początku kryzysu w 2007-2008 roku, wzrost gospodarczy pozostaje słaby, a wyczekiwane „odbicie” nie nadeszło. W większości krajów zmiany wprowadzone po „Wielkiej Recesji” (w 2009 roku) nie przyniosły oczekiwanego powrotu do dawnego wzrostu. Bezprecedensowe wielkie pożyczki od banków centralnych ocaliły co prawda sektor finansowy i po dziś dzień utrzymują go przy życiu, ale nie pomogło to wiele rzeczywistej gospodarce. Jedyny poważny czynnik, który utrzymywał wzrost światowej gospodarki przez ostatnie lata – wielki boom budowlany w Chinach napędzany przez państwo i zasilany długiem, prowadzący do nadmiernego wzrostu infrastruktury we wszystkich sektorach – obecnie zwalnia, pogrążając jeszcze bardziej światowy wzrost.
Brak wzrostu spowodował poważne zaburzenia i problemy w świecie, który jak dotąd był przyzwyczajony do szybkiej ekspansji, gdzie wzrost był uważany za zwyczajną i naturalną kolej rzeczy. Zwłaszcza w krajach Zachodu firmy przyjmują, że ich przychody i zyski powinny rosnąć, konsumenci zakładają, że ich siła nabywcza i standard życia będą się poprawiały, a rządy zakładają, że przychody podatkowe nadal będą przyrastać. Pożyczkodawcy i inwestorzy zakładają, że dłużnicy będą w stanie spłacić swoje długi, a firmy będą dalej wypłacać dywidendy. Wszyscy decydują o swoich wydatkach i inwestycjach na podstawie powszechnego przekonania, że gospodarka będzie rosnąć. Wyborcy zakładają, że rządzący będą w stanie zmaksymalizować wzrost i wykorzystać zwiększone zyski do dalszego podnoszenia wydatków socjalnych. Do pewnego stopnia wzrost gospodarczy stał się częścią zachodniej umowy społecznej i brak wzrostu jest postrzegany jako złamanie przez rząd swojego niepisanego zobowiązania.
Paradygmat i potrzeba ciągłego wzrostu są wpisane w światowy porządek ekonomiczny, polityczny i społeczny do tego stopnia, że wzrost stał się kluczowym warunkiem dla utrzymania stabilności tego porządku. Długi okres bez wzrostu podkopie ten porządek na wiele wzajemnie wzmacniających się sposobów. Stagnacja zatrzyma podnoszenie się materialnego poziomu życia, zwiększy niestabilność finansową, pogłębi różnice w dochodach i majątku, ponieważ proces akumulacji kapitału (stanowiący istotę kapitalizmu) nie będzie już zachodził w środowisku, gdzie każdy może korzystać z dobrej koniunktury. Coraz trudniej będzie też zachować stabilność budżetu, wzrosną napięcia społeczne i polityczne, nasilą się podziały i spory. Do pewnego stopnia to wszystko już się dzieje.
Pojawia się poczucie, że przywódcy polityczni i gospodarczy na całym świecie stali się zakładnikami sił ekonomicznych i geopolitycznych, nad którymi nie mają kontroli. Większość tych sił ma swoje źródło w zanikaniu wzrostu gospodarczego i powoduje niepowstrzymany rozlew niestabilności politycznej zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się. W tych ostatnich wiedzie to do autorytaryzmu, a w najgorszym wypadku do całkowitego zniszczenia dotychczasowego porządku i powolnego upadku państwa, objawiającego się tym, że dotychczasowe instytucje formalnie nadal istnieją, ale są coraz mniej zdolne do rozwiązywania problemów napotykanych przez złożone społeczeństwo. Taki rozwój wypadków podkopuje powszechną dotychczas wiarę w porządek oparty na wolności – fundament demokracji liberalnej. Widać to po nietolerancji i atakach na wolności osobiste – przekonanie, że każdy ma wolność decydowania o sobie i konsekwentne poszerzanie katalogu akceptowanych swobód były tylko produktami ubocznymi polepszania stanu życia i wiary w lepszą przyszłość; wiary, która obecnie zanika.
Powolny wzrost gospodarczy nie jest po prostu następstwem Wielkiej Recesji, ale częścią poważniejszej choroby, która poprzedziła, a być może również spowodowała kryzys finansowy. W ostatnich latach sporządzono wiele analiz próbujących wyjaśnić globalny brak wzrostu poprzez np. „nadwyżkę długu”, czyli teorię, według której za brak wzrostu odpowiada nadmierne zadłużenie największych podmiotów, albo teorię „długoterminowej stagnacji”, według której to starzenie się społeczeństwa i rosnące różnice dochodów albo spadające korzyści z nowych technologii (lub wręcz wynikająca z cyfryzacji utrata miejsc pracy) odpowiadają za kurczący się popyt. Pewnie każda z tych teorii ma w sobie część prawdy, a powyższe negatywne zjawiska dokładają się do naszych kłopotów. Ale teorie te skupiają się raczej na symptomach naszego kryzysu, a nie jego korzeniach.
Ekonomiści próbujący wyjaśnić przyczyny spowolnienia, które zaczęło się jeszcze przed kryzysem, skupiają się na ograniczeniach w dostępności i wykorzystaniu kapitału i pracy, ale pomijają znacznie bardziej istotne ograniczenia w dostępie do energii i innych fizycznych surowców potrzebnych gospodarce. Jak mamy okazję się przekonać, zdolność planety do wytwarzania dodatkowego bogactwa ulega szybkiej erozji wskutek coraz wyższych kosztów pozyskania surowców, coraz niższej ich jakości i dostępności. Równocześnie ciągle wzrastają koszty uboczne naszej działalności (takie jak degradacja środowiska i zmiany klimatu) i wzrasta potrzeba uwzględnienia ich w cenie produktów. Te fizyczne ograniczenia narastają i coraz mocniej naciskają na produktywną część gospodarki, utrudniając produkcję i wzrost.
Podstawową przyczyną naszych problemów gospodarczych są zatem ograniczenia ze świata przyrody, a nie złe zarządzanie pracą i kapitałem. Zatem środki zaradcze celujące w przywrócenie wzrostu gospodarczego poprzez zmiany w pracy, kapitale i ich wykorzystaniu mają nikłe szanse powodzenia – i rzeczywiście próby te zawodzą. Zwykle prowadzenie takiej polityki zwiększa tylko presję na producentów – szczególnie na najsłabszą grupę, czyli pracowników – a wzrostu jak nie było, tak nie ma. Podwójna presja na pracowników – wymóg coraz wyższej wydajności za coraz niższą płacę trwa od wielu lat i przyczynia się do popularności ruchów populistycznych w wielu krajach.
W ciągu ostatnich dekad kraje uprzemysłowione obchodziły problem fizycznych ograniczeń poprzez rozszerzanie kapitalizmu na resztę świata, oraz, co istotniejsze, poprzez zastąpienie produkcji dóbr akumulacją długu. Wzrost zasilany długiem, który umożliwił transformację krajów Zachodu do gospodarki opartej na usługach, załamał się w 2008-2009 roku i od tego czasu jest utrzymywany przy życiu jedynie dzięki ogromnym zastrzykom płynności finansowej od głównych banków centralnych, oraz dzięki coraz większym bańkom spekulacyjnym, narastającym zarówno w rozwiniętych, jak i rozwijających się gospodarkach. Jak dotąd zastrzyki i bańki uratowały aktywa finansowe przed wielkim spadkiem cen, ale w sytuacji braku wzrostu z czasem spada zdolność banków centralnych do utrzymywania deflacji pod kontrolą.
Ograniczenia natury fizycznej, szczególnie dotyczące energii, nie tylko utrudniają wzrost gospodarczy, ale też uderzają w innowacyjność, oraz zdolność społeczeństw do utrzymania wysokiego poziomu złożoności. Amerykański antropolog i historyk Joseph Tainter przedstawił społeczeństwo jako organizację służącą rozwiązywaniu problemów ekonomicznych, społecznych i politycznych poprzez budowanie coraz większych i bardziej rozbudowanych struktur organizacyjnych i technicznych. Gdy złożoność społeczeństwa rośnie, trudności, z którymi trzeba sobie radzić stają się coraz poważniejsze, wymagając rosnących inwestycji w dalszą społeczną i ekonomiczną złożoność.
Kluczową zmienną, od której zależy zdolność do rozwoju skomplikowanych struktur organizacyjnych i technicznych jest według Taintera zdolność do pozyskiwania coraz większych ilości energii. Dostępność obfitej, taniej i skoncentrowanej energii była kluczowa dla rozwoju krajów uprzemysłowionych i pozwoliła im osiągnąć ogromną złożoność ekonomiczną, techniczną, polityczną i społeczną. W miarę, jak coraz trudniej nam pozyskać energię i surowce odpowiedniej jakości i w odpowiedniej ilości, samonapędzający się związek pomiędzy energią a złożonością przestaje ciągnąć nas w górę, a zaczyna ściągać nas w dół. Technologie poprawiające efektywność wykorzystania mogą spowolnić ten negatywny proces, ale jak pokazują prowadzone w krajach rozwiniętych badania,z biegiem czasu innowacje kosztują coraz więcej, a przynoszą coraz mniej korzyści, co oznacza, że trzeba coraz więcej inwestować w innowacje, aby móc dalej rozwiązywać problemy poprzez wzrost złożoności.
W końcu jednak osiągamy punkt maksymalnych korzyści, co oznacza, że dalsze zwiększanie zawiłości społecznej i politycznej nie przynosi już korzyści, a zaczyna generować straty i zmniejszać zdolność do radzenia sobie z problemami. Wtedy nie da się już utrzymać dotychczasowego poziomu złożoności i następuje powrót do prostszego systemu.
W społeczeństwach przemysłowych złożoność rośnie ciągle od czasu ich powstania. Przykładem jest rozwój skomplikowanych struktur powstałych w celu zapewniania ludziom opieki medycznej i zasiłków, utworzonych aby scalić społeczeństwo. Z czasem struktury te stają się coraz bardziej rozbudowane i kosztowne, przez co wymagają tak wielkich nakładów, że wiele krajów ma problemy z ich utrzymaniem. Innymi symptomami rosnącej złożoności są coraz dłuższe łańcuchy dostaw, rosnąca zależność krytycznej infrastruktury od działania internetu, oraz różnorodność społeczna i etniczna w wielu krajach Zachodu. Różnorodne, multikulturowe społeczeństwa są zazwyczaj trudniejsze do zarządzania niż społeczeństwa jednolite kulturowo i etnicznie.
Na polu zarządzania złożoność manifestuje się też poprzez tworzenie ponadnarodowych struktur takich jak Unia Europejska. Unia Europejska jest większą strukturą niż państwa narodowe z których powstała i na których się opiera. Z historycznej perspektywy sam fakt, że w ogóle udało się stworzyć i wprawić w ruch tak wielką międzynarodową organizację może być uznany za niesamowite osiągnięcie. Obecnie Unia Europejska staje się coraz trudniejsza w zarządzaniu, a próby naprawienia tego poprzez wzrost złożoności napotykają na brak kluczowych zasobów – w szczególności woli politycznej.
Kryzys polityczny, jaki ogarnia obecnie kraje Zachodu – zwłaszcza w Europie, sugeruje, że być może osiągnęliśmy już opisany przez Taintera pierwszy punkt, po którym standardowa droga pokonywania trudności – inwestowanie w bardziej skomplikowane organizacje i technologie – przynosi coraz mniejsze korzyści. Jeśli tak jest w istocie, to nie powinno nas dziwić, że coraz więcej naszych systemów ekonomicznych, społecznych, technicznych i politycznych wykazuje symptomy osłabienia, a nawet pierwszych stadiów upadku. W miarę, jak nasza zdolność do inwestycji jest podkopywana przez niedobory energii i inne fizyczne ograniczenia, powinniśmy oczekiwać, że coraz częściej będziemy się stykać z objawami presji potencjalnie prowadzącej do systemowych kryzysów i wymuszonego spadku złożoności. Rosnący bunt przeciwko globalizacji, Unii Europejskiej, czy wielokulturowości pokazują, że nasze społeczeństwa już teraz walczą o utrzymanie obecnego poziomu złożoności przeciwko siłom, które próbują narzucić proste rozwiązania (lokalna wymiana dóbr, rządy narodowe, społeczeństwa jednoetniczne).
Te trendy są jednak ukryte przed naszym wzrokiem, ponieważ mamy nawyk patrzenia na problemy w ściśle polityczny sposób, tzn. rozpatrywać je w kategorii wyboru pomiędzy sposobami rządzenia oraz osobowościami liderów, zamiast spojrzeć na dyktowane przez megatrendy okoliczności, w których wybory te są dokonywane. Jeśli coś nie idzie po naszej myśli, obwiniamy strategów politycznych o błędne decyzje lub zaniechania, lub w niektórych przypadkach obwiniamy wyborców za ich zły wybór. Znacznie rzadziej pytamy o samą zasadność istnienia złożonych struktur i instytucji. Stając w obliczu ciągnącego się kryzysu Unii Europejskiej obwiniamy obecne pokolenie europejskich „przywódców” o przeciętność i niezdolność do wzniesienia się na poziom swoich poprzedników – nawet, jeśli to ci poprzednicy są odpowiedzialni za wmurowanie błędnych koncepcji w gmach europejskiego projektu. Próbujemy wyobrazić sobie rozwiązania, które naprawiłyby część kłopotów Unii, ale dla wygody ignorujemy fakt, że prawdopodobnie nie ma już warunków dla pomyślnego wprowadzenia ich w życie. Idąc w tym kierunku prawdopodobnie dokonamy wyborów, które nie przybliżą nas do naszego celu, ale za to sprowadzą nowe problemy, których nie będziemy w stanie rozwiązać, ani nawet na czas zrozumieć, a ich nieprzewidziane konsekwencje pozostaną poza nasza kontrolą.
Coraz więcej jest sygnałów, że mamy właśnie do czynienia z kryzysem złożoności, spowodowanym przez fizyczne ograniczenia i charakteryzującym się coraz mniejszymi korzyściami ze wzrostu społecznej złożoności. Nadchodzi era, w której sytuację kształtują czynniki zewnętrzne, a nie liderzy lub instytucje. Potrzebujemy więc nie nowych wizjonerów, zdolnych do obmyślania i realizowania wielkich planów prowadzących nas dalej ścieżką wzrostu złożoności, ale raczej mądrości w podejmowaniu zbiorowych decyzji odpowiednich dla czasów ery malejących oczekiwań. Nic nie wskazuje, aby miało to wydarzyć się wkrótce, ani nawet, że – ze względu na fetysz wzrostu i powszechne myślenie życzeniowe – jest to w ogóle możliwe. Bardzo prawdopodobne więc, że nasz system ekonomiczny, społeczny, techniczny i polityczny będzie dalej zawodził na licznych polach i dryfował w kierunku zderzenia z Granicami Wzrostu. Droga w tym kierunku będzie dla nas trudna do zrozumienia i zapewne będzie wypełniona męczącymi bzdurami populistycznych demagogów.
Bernard Swoczyna na podst. Brexit, the populist surge and the crisis of complexity








