Negocjacje w Kopenhadze w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych kończą się kompletną klapą.
Gdy zaczynał się szczyt, politycy przewidywali, że w Kopenhadze nie zdobędą się na nowy traktat międzynarodowy, ale sugerowali, że zdołają przynajmniej uzgodnić mocną deklarację polityczną, dokładnie opisującą, co świat musi zrobić, by uniknąć klimatycznej katastrofy.

Ale z każdym dniem dwutygodniowych negocjacji nadzieje gasły. Ostatecznie umarły w piątek, gdy w Kopenhadze przemówił amerykański prezydent Barack Obama. Uczestnicy obrad oczekiwali, że ogłosi ustępstwa i w ostatniej chwili uratuje szczyt, oferując większe redukcje emisji dwutlenku węgla w USA – bo do tej pory Stany proponowały tylko 4 proc. w stosunku do 1990 r., podczas gdy Unia Europejska i Japonia – co najmniej 20 proc. Obama nie zaproponował jednak niczego nowego.
W piątek wieczorem dyplomaci zapewniali, że „jest porozumienie”, które posłuży działaniom klimatycznym na kolejne lata.
Jednak faktyczny efekt żmudnych pertraktacji wydaje się żałosny. Deklaracja polityczna jest wyprana z konkretów, nie ma żadnej mocy prawnej. Wedle ostatnich informacji z dokumentu mogło wypaść nawet ogólnikowe zobowiązanie, że do 2050 r. świat winien ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o połowę w stosunku do 1990 r. A o ile ograniczyć emisję CO2 już w 2020 r.? To też ma być ustalone później, w styczniu 2010 r. Tymczasem naukowcy alarmują, że za 11 lat emisje gazów muszą być zmniejszone o 30-40 proc. w stosunku do 1990 r. – bo inaczej Ziemi grożą katastrofy na biblijną skalę.
Deklaracja stwierdza też, że wzrost temperatury atmosfery nigdy nie może być wyższy niż 2 st. C w porównaniu z początkiem XX w. Ale jak to osiągnąć? Projekt wspomina, że państwom biednym trzeba zaoferować pomoc – do 100 mld dol. rocznie w roku 2020, a 30 mld dol. w latach 2010-12. A „weryfikacja ograniczeń” – której chciały USA – ma polegać na tym, że kraje same opublikują swoje dokonania. – Postęp w Kopenhadze jest niewystarczający – przyznał Obama.
Rozwijając naszą rybią analogię negocjacji klimatycznych, można przetłumaczyć to, jako:
Ustalenia rybaków są wyprane z konkretów, nie mają żadnej mocy prawnej. Deklaracja stwierdza, że stopień wyczerpania łowisk nie może przekroczyć pewnego ustalonego poziomu, ale nie mówi jak to osiągnąć. Z dokumentu wypadło nawet ogólnikowe zobowiązanie, że do 2050 roku należy ograniczyć ilość odławianych ryb o połowę w stosunku do 1990 r. A o ile ograniczyć połowy już w 2020 r.? To też ma być ustalone później, chociaż naukowcy alarmują, że grozi to zagładą łowisk.
Rybak, który dotychczas wyłowił najwięcej ryb (USA), zaproponował ograniczenie połowów o 4 procent. Nowy potentat rybacki, który od 2 lat odławia najwięcej ryb (Chiny) w ogóle nie deklaruje ograniczeń, stwierdzając, że ma prawo odławiać coraz więcej, ale dołoży starań, aby z każdej tony ryb robić więcej paprykarza i filetów. Ponieważ obaj ci rybacy łącznie odławiają ponad 40 procent ryb, wszyscy inni tracą motywację do ograniczania swoich własnych połowów.
Rozmowy zmierzają w kierunku ustaleń, że każdy z rybaków sam podejmie takie zobowiązania redukcji połowów, jakie uzna za stosowne, i będzie publikować swoje (nieweryfikowane) dokonania.
Biedne ryby..










