W sobotę 5 maja japońscy technicy wyłączyli reaktor nr 3 w elektrowni w Tomaari na wyspie Hokkaido. To ostatni spośród 50 japońskich reaktorów, wyłączonych do przeglądu po katastrofie w Fukushimie. Od tego momentu, po raz pierwszy od 1966 roku, Japonia będzie pozbawiona prądu z elektrowni atomowych. Japonia nie mająca własnych złóż paliw, a bardzo ich potrzebująca, została bez energetyki jądrowej, która do marca 2011 r. i zniszczenia Fukushimy zapewniała jedną trzecią elektryczności.
Według niedawnych planów energetyka jądrowa do 2030 roku miała być rozbudowana i zapewniać aż połowę elektryczności. Rząd chce z czasem ponownie włączyć reaktory, napotyka jednak silny opór ze strony obywateli i polityków. Nawet premier Yoshihiko Noda wypowiedział się za zmniejszeniem udziału atomu w miksie energetycznym. Nie wiadomo więc, jakie będą dalsze losy japońskiej energetyki jądrowej.
Japonia zamierzała osiągnąć zakładane cele redukcji emisji dwutlenku węgla poprzez oparcie swojej energetyki na elektrowniach atomowych. Ponieważ Japonia nie posiada już złóż ropy, węgla ani gazu, był to też japoński sposób na ograniczenie kosztu importu paliw i zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego.
Tak nagłe zamknięcie elektrowni jądrowych zmusza Japonię do zastąpienia pozyskiwanej z nich energii wzmożonym importem ropy i gazu, psując bilans handlowy zorientowanego na eksport kraju i niwecząc wysiłki na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych.
Ze względu na zamknięcie elektrowni jądrowych, emisja gazów cieplarnianych w Japonii wzrośnie w tym roku o 15% względem poziomu z 2010 roku, w którym emisja była na poziomie 1990 roku. W tym świetle podjęte przez Japonię na konferencji w Kopenhadze w 2009 roku zobowiązanie do ograniczenia do 2020 roku emisji o 25 procent względem poziomu z 1990 roku staje się coraz bardziej nierealne.








