Ostatnio zajechałem swoim roverem na stację benzynową, zatankować trochę soku pomarańczowego. Stało się to przyczynkiem do pewnych swędzących mnie przemyśleń na temat dyskusji publicznej na temat energii, klimatu i gospodarki, którymi zajmuję się na co dzień. Ciekaw jestem Waszej opinii na ten temat i tego, co należało zrobić w poniższej sytuacji, trochę jak z kiepskiego sitcomu.

A było tak: facet ze skrzywieniem ekologicznym (czyli ja), stał w kolejce na stacji benzynowej, gdy gość, który chwilę wcześniej tankował wielką terenówkę, zaczął narzekać na wysokie ceny benzyny. Słowa były skierowane wyraźnie do mnie, bo poza nami i obsługą stacja była pusta. Nie pamiętam dokładnie słów, ale nie było to powiedziane żartem, nie był to też klasyczny tekst w stylu („kurczę, przy tych cenach pewnie będę musiał kupić jeden sześciopak mniej”). Gość bardzo serio wściekał się na temat ceny benzyny, którą wlał do baku swojego SUVa, wyraźnie do tego stopnia, żeby wyżalić się zupełnie obcej osobie.
Co miałem zrobić? Przez głowę przebiegło mi kilka myśli, mniej więcej w tej kolejności:
• rozpocząć mini wykład jak uzależnienie od puszczanej z dymem ropy wysysa nam z kraju kilkadziesiąt milionów dolarów dziennie, prowadzi do 2/3 zanieczyszczeń w miastach, wystawia nas na szantaż Rosji i nakręca zmiany klimatu (oczywiście z podobnymi solidarnymi działaniami mieszkańców USA, Chin etc.)
• „Tak, to prawdziwy wrzód na tyłku płacić tyle kasy za paliwo przez tych wszystkich gości, którzy bez sensu rozbijają się po mieście palącymi 20 litrów na setkę terenówkami i podbijają przez to ceny ropy”.
• „Ja jeżdżę rowerem, więc wcale mnie to aż tak nie boli”
• Uśmiechnąć się, pokiwać głową i zająć się swoimi sprawami
• Nic nie mówić, nie zwracać uwagi
Zdecydowałem się na to ostatnie, głównie dlatego, że się spieszyłem i nie chciało mi się marnować czasu na dyskusję (może nawet kłótnię, bo do posiadaczy SUVów szczególnej sympatii nie czuję) z gościem, którego nie znam i pewnie więcej nie spotkam. Towarzyszyło temu ponure przekonanie, że nic, co mógłbym powiedzieć i tak nie zmieniłoby światopoglądu Pana SUVa, którego postrzeganie kwestii związanych z ropą zaczyna i kończy się na cenie przy dystrybutorze i własnym portfelu. Zaryzykowałbym też zakład o to, że posiadacz takiego auta uważa, że zmiany klimatu to zmyślony spisek klimatologów, zasobów wystarczy nam na miliony lat obecnego poziomu zużycia, a to, co robi „to tylko jego sprawa”.
Kilka dni po tym wciąż mam wrażenie, że postąpiłem właściwie. Są ludzie w naszym społeczeństwie, których edukacja wydaje się praktycznie niemożliwa. W sumie to nic dziwnego, gdy media mówią ludziom to, co chcą usłyszeć, a politycy i korporacje zgodnie zachęcają do konsumpcji.
Ale może nie było to najlepsze, co mogłem zrobić w tej sytuacji? Być może nie należy odpuszczać sobie w żadnej sytuacji i wykorzystywać je do leczenia ludzi z krótkowzroczności? Wszyscy mogą zmienić swoje poglądy, i nawet, jeśli czasem jest to trudne, to „kropla drąży skałę”?
Może powinienem z lekką irytacją zauważyć, że im więcej ropy kupujemy, tym więcej kasy wypływa do Rosji i Arabów, a tam się tylko z tego cieszą? Może zahaczyłoby to o jego poglądy polityczne?
Może powinienem przyjacielsko odpowiedzieć, że ma rację, dodać, że to poważna sprawa i że zajmuję się tym na co dzień, pisząc o tych sprawach m.in. na „Ziemi Na Rozdrożu”. Może by zajrzał? Może coś by dotarło?
Może dobrze byłoby wymyślić: „mój Prius pali 3,5 litra na setkę, a też widzę wzrost cen”. Oczywiście powinienem się pilnować, żeby nie zapytać złośliwie „A ile pali Twój lotniskowiec?”.
Jak myślisz?










