Artykuly

Histeria długu na tonącym statku

Prezydent Obama oraz republikański spiker Izby Reprezentantów John Boehner w swojej kłótni o cięcia budżetowe obaj mają rację, a jednocześnie obaj koszmarnie się mylą. I dopóki w jakiś sposób nie przebudzą się i nie zrozumieją, dlaczego się mylą, wszyscy będziemy przegrani.

Pozwólcie mi wyjaśnić, co mam na myśli. Aby to zrobić, nakreślę trzy konteksty problemu.
Histeria długu na tonącym statkuBezpośredni kontekst to oczywiście fakt, że Republikanie wykreowali kryzys polityczny przez odmowę podniesienia limitu długu, o ile wydatki rządowe nie zostaną drastycznie ograniczone – przede wszystkim w obszarze programów socjalnych.

Szerszy kontekst to fakt, że Stany wciąż nie pozbierały się po wielkim krachu kredytowym. Podczas ostatniej dekady ceny domów podbite zostały do abstrakcyjnie wysokich poziomów a korporacje finansowe w magiczny (i zarazem dramatyczny) sposób napompowały tę spekulacyjną bańkę helem lipnej sekurytyzacji, derywatyw i spekulacyjnych instrumentów finansowych. Gdy bańka pękła, pojawiło się widmo upadku największych banków i eksplozji bezrobocia, na co rząd zareagował serią bailoutów i pakietów stymulacyjnych.

Najszerszy (i najważniejszy) kontekst to to, że wkraczamy właśnie w nową erę. Ceny ropy są wysokie z powodu uszczuplenia gigantycznych, łatwych do eksploatacji pól ropy naftowej okrytych w latach 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku i zastąpieniu ich drogą ropą wydobywaną spod dna oceanów i piasków roponośnych. Inne zasoby nieodnawialne również się kurczą. Dochodzą do tego zmiany klimatyczne, które, przez nieustanne zmiany pogody, wpływają na wzrost cen żywności. I nie zapominajmy o wymierającym życiu w oceanach! Summa summarum wydaje się sensowne wyciągnięcie wniosku, że wzrost gospodarczy – przez lata napędzany tanią energią i surowcami, ale także możliwy dzięki stałości klimatu – dobiega właśnie końca.

No i w tym właśnie rzecz – stoimy przed gigantycznym, nieuniknionym, długoterminowym problemem (potrzebą transformacji gospodarki do zrównoważonego modelu po-wzrostowego, przy jednoczesnym zminimalizowaniu cierpień ludzkich, do których prawdopodobnie dojdzie na etapie przejściowym); średnioterminowym problemem poradzenia sobie ze światową recesją, która może w każdej chwili doprowadzić do ponownego upadku ekonomicznego na skalę znaną nam z lat 30-stych; oraz opcjonalnym kryzysem krótkoterminowym (konflikty na tle rosnącego zadłużenia i jego granic).
Wystarczy kontekstów. Z naszej nowo poszerzonej perspektywy przyjrzyjmy się argumentom obu stron.

Republikanie twierdzą, że dalszy wzrost długów rządowych jest niemożliwy do utrzymania. Jeżeli wciąż będziemy je powiększać, niewątpliwie dojdziemy w końcu do punktu, w którym wszystkie dochody rządowe zostaną doszczętnie zjedzone przez odsetki od długu. Musimy uciec z błędnego koła deficytu. Jeżeli to zrobimy – jeżeli zredukujemy rząd zmniejszając budżet federalny – zdołamy uwolnić prywatną przedsiębiorczość, która stworzy miejsca pracy i przywróci wzrost gospodarczy.

Demokraci zgadzają się, że wydatki wymagają kontroli, lecz dowodzą, że nadmiernie ambitne cięcia wydatków mogą podkopać proces powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu. Rząd odgrywa ważną rolę pobudzając gospodarkę w czasie recesji. W tym samym czasie super-bogaci, którzy tak mocno skorzystali w erze cięć podatków Busha i siedzą na górach pieniędzy, powinni pomóc narodowi związać koniec z końcem.

Te dwie perspektywy są nie do pogodzenia – i, o ironio, obie strony mają rację! Dług nas przygniecie. Zmniejszenie wydatków rządowych spowoduje ponowne pogorszenie sytuacji gospodarczej. Lecz obie strony również się mylą. Cięcia w wydatkach rządu nie spowodują automatycznego rozkwitu prywatnej przedsiębiorczości. Nie zrobią jednak tego również dalsze pakiety stymulacyjne. Rosnące ceny ropy, spadające ceny mieszkań, starzejąca się siła robocza, napęczniały do niemożliwości dług konsumentów… – nie ma żadnych podstaw dla trwałego ożywienia gospodarki USA.

Prawda jest taka, czy nam się to podoba, czy nie, że już teraz naszą ekonomię możemy nazwać „po-wzrostową”. Adaptacja do tego stanu rzeczy będzie wymagała od naszych politycznych przywódców czegoś więcej, niż nieustannie przez nich odgrywany teatrzyk, obrzucanie się wyzwiskami, czy zwalanie winy, należące do codziennego politycznego menu. Musi nastąpić radykalne przystosowanie się do tego typu ekonomii – nawet bardziej radykalne niż bankructwo budżetu. Będziemy musieli na nowo przemyśleć ekonomiczne cele (dotychczas głównym celem ekonomii był po prostu ciągły wzrost). Będziemy musieli zająć się uczciwą dyskusją, jak duże nierówności mogą być społecznie stabilne w rzeczywistości kurczącej się gospodarki. Będziemy musieli odkryć na nowo pieniądze i finanse tak, żeby sprawdziły się w gospodarce bez wzrostu. Musimy szybko dostosować się do narastających niedoborów energii i bogactw naturalnych, a jednocześnie efektywnie poradzić sobie ze środowiskowymi konsekwencjami naszej dotychczasowej szalonej orgii industrialnej konsumpcji.

To trudne zadanie. Będzie wymagała trzeźwo myślących głów i inteligencji. Czy jako naród sprostamy temu wyzwaniu?

Dobrze, żeby tak było, ale jak na razie sygnały płynące z Waszyngtonu nie są zbyt obiecujące.

Autor: Richard Heinberg

Tłumaczyła Barbara Kunicka

pl Źródło: EnergyBulletin

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly