Kończą się zasoby naturalne i możliwości środowiska. Zderzamy się z granicami wzrostu – a nasz system bez wzrostu istnieć nie może. Nie może istnieć masa wirtualnych pieniędzy bez pokrycia, nie mogą rosnąć przedsiębiorstwa, nie może rosnąć giełda karmiąca się wizją przyszłego wzrostu, nie mogą wreszcie istnieć bazujące na wzroście systemy emerytalne.
Padło już wiele dogmatów świata jeszcze sprzed zaledwie roku, a których wtedy spodziewalibyśmy się jedynie po republikach bananowych – Wielka Brytania dodrukowała ot tak 50 miliardów funtów, USA wygenerowały deficyt powyżej 12 procent, padły wydawałoby się potężne banki i firmy ubezpieczeniowe, a nawet takie ikony przemysłu, jak General Motors czy Chrysler, liczba zarejestrowanych bezrobotnych w USA sięgnęła 6.8 milionów. Islandia żyje na kroplówce, Ukraina ledwo zipie, w Wielkiej Brytanii i Włoszech dyskutuje się możliwość wystąpienia zamieszek. Mimo to większość ludzi patrzy i nie widzi.
W tym tygodniu właśnie niepostrzeżenie osiągnęliśmy punkt, który wyznacza kolejny kamień milowy na drodze gospodarki „negatywnego wzrostu” – zachwianie stabilności systemów emerytalnych. Wydawałoby się, że emerytury to rzecz święta, a ich zmniejszanie (przynajmniej w krajach uprzemysłowionych, jak te należące do Unii Europejskiej), to coś zupełnie nie do pomyślenia.

Cóż, okazuje się, że jednak nie… Właśnie mamy precedens. Łotewski rząd wprowadził drastyczny program cięć budżetowych, a cięcia dotkną również emerytów – ich dochody spadną o 10 proc.
W miarę, jak świat będzie się coraz mocniej zderzać z granicami wzrostu, problemy będą narastać, a rządy, zagubione i siłą bezwładu trzymające się starych paradygmatów, będą próbowały wrócić na ścieżkę „zrównoważonego wzrostu” (w świecie skończonych zasobów to oczywiście oksymoron – ekonomiści mówią tu o wiecznym wzroście wykładniczym). I, jeśli nie zmienimy dominującego obecnie modelu, nie będziemy musieli czekać z rozpadem systemów emerytalnych Europy na jej wyludnienie się z braku dzieci.
Pakiety stymulacyjne chwilowo zaskoczyły i gospodarki znowu ruszają, ale na horyzoncie widać już granice wzrostu. Światowy szczyt wydobycia ropy mamy już prawdopodobnie za sobą, a ceny ropy znowu rosną – już do poziomu ponad 70 dolarów za baryłkę. Jak zauważył brytyjski minister finansów Alistair Darling – „duże wahania cen ropy mogą się okazać poważnym problemem z punktu widzenia ożywienia. Musimy przekonać wszystkich, łącznie z niektórymi państwami rejonu Zatoki Perskiej, których gospodarka ucierpiała w wyniku recesji, że szkodzenie ożywieniu gospodarczemu nie leży w niczyim interesie”.
W zeszłym roku ceny ropy sięgnęły blisko 150 dolarów za baryłkę. Jeśli światowa gospodarka odbije się i popyt wzrośnie, to przy braku podaży padną nowe rekordy. 200? 300 dolarów za baryłkę w ciągu kilku lat? To wcale nie niemożliwość.
Pomyślmy – sama Unia Europejska importuje 4.5 miliarda baryłek ropy rocznie. Przy cenie 300 dolarów za baryłkę oznacza to wypływ z Unii 1350 miliardów dolarów rocznie.
To kwota porównywalna z pakietami stymulacyjnymi! Mogliśmy sobie (być może) pozwolić na wydanie tych pieniędzy raz. Ale rok po roku, coraz więcej? A do tego, te pieniądze, w przeciwieństwie do pakietów stymulacyjnych nie zostaną w naszych gospodarkach, lecz wypłyną do krajów naftowych Bliskiego Wschodu, Afryki i Rosji. W takim scenariuszu obecne problemy gospodarcze wspomnimy jeszcze jako „stare dobre czasy”. Powinniśmy podjąć maksymalne wysiłki, aby do tego nie dopuścić. W przeciwnym wypadku rozpadną się nasze gospodarki, miejsca pracy, giełdy i – a jakże – systemy emerytalne również.
Ciekawe, ilu naszych decydentów ma świadomość wyzwania, przed którym stawiają nas granice wzrostu, wyczerpywanie się surowców i środowiska naturalnego?
Jak myślicie? Podejmiemy działania na czas, czy będziemy negować rzeczywistość nawet po zderzeniu się z nią?










