Konsekwencje kryzysu energetycznego, niszczenia środowiska i destabilizacji klimatu są wręcz niewyobrażalne. Czy aby im zapobiec, powinniśmy więc ograniczyć wolność ludzi w zużywaniu zasobów w taki sposób, w jaki mają ochotę? Wielu oburzy się na taką myśl, traktując wolność jako swoje święte prawo. Ale nie zapominajmy, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się szkodzenie innym. Tak, rób na co tylko masz ochotę – pod warunkiem, że nie krzywdzisz tym innych.
Prawo tworzymy właśnie po to, żeby określać, co społeczeństwo uważa za niewłaściwe postępowanie, a kodeks karny po to, żeby łamiących te zasady pożycia społecznego dyscyplinować, a w skrajnym przypadku pozbawiać możliwości dalszego szkodzenia społeczeństwu. Nie wolno mi palić w miejscu publicznym, okraść cudzego domu ani wyjść z pałą bejsbolową na ulicę i rozwalać nią głowy przechodniów. Nie mam prawa bić swojej żony, poślubić kilku kobiet, sprzedać swoich dzieci czy znęcać się nad swoim psem. Społeczeństwo uznaje, że są to działania szkodliwe i prawnie ich zabrania, bez wątpienia ograniczając wolność tych, którzy chcieliby szkodzić. W przeszłości można było bić zwierzęta i sprzedać dzieci, można było mieć wiele żon i niewolników. Dziś uznajemy to za barbarzyństwo.
Czy powinniśmy uznać, że zużywanie energii i emisje gazów cieplarnianych związane na przykład z egoistyczną przyjemnością przelotu na wakacje za granicą czy wożenia się samochodem stanowią zagrożenie dla innych?
Mam znajomych, którzy uważają, że stanowią, powinny więc być zakazane. Być może mają nawet rację. Ludzie, którzy na przysłaną przez znajomego pocztówkę z ciepłych krajów patrzą z obrzydzeniem stanowią dziś mniejszość, ale podobnie było kiedyś przecież z przeciwnikami palenia w miejscach publicznych czy niewolnictwa.
Zanim jednak społeczeństwo dojrzeje do takiego światopoglądu, powinniśmy najpierw spróbować innych metod, takich jak właściwa wycena obecnie eksternalizowanych kosztów.








