ArtykulyNegocjacje klimatyczne

„Gra w obwinianie” – relacja Koalicji Klimatycznej z Kopenhagi

Na negocjacjach klimatycznych w Kopenhadze atmosfera coraz bardziej się
podgrzewa. Zarówno w kuluarach, jak i otwarcie, przedstawiciele
poszczególnych państw oskarżają się nawzajem o blokowanie procesu i
brak wystarczająco ambitnych propozycji…

Koalicja Klimatyczna

Do końca konferencji pozostało półtora dnia, a tymczasem negocjatorzy
nadal powtarzają swoje stanowiska i dodają lub usuwają z tekstów
nawiasy, a przywódcy wygłaszają gładkie przemowy. Nie wiadomo do
jakiego stopnia poradzą sobie z rozwiązaniem kluczowych punktów
spornych, dopiero przyjechali na negocjacje, więc mogą nie mieć pełnej
orientacji, jak skomplikowana i wielopłaszczyznowa gra się na nich
toczy. A kolejne cenne godziny upływają.

Ilość opcji i nawiasów w omawianych tekstach jest imponująca. Trzeba
będzie nie lada wysiłku, żeby uzyskać ich wersje ostateczne. Większość
zdań wygląda tak jak poniższy przykładowy fragment o celach redukcji
emisji w tekście podsumowującym prace grupy roboczej do spraw protokołu
Kioto (AWG KP – Ad Hoc Working Group on Kyoto Protocol):

„państwa ograniczą swoje emisje o co najmniej [X][49][15]
[procent][Ilościowo określonych zobowiązań do ograniczenia lub redukcji
emisji] poniżej poziomu z 1990 roku w okresie zobowiązań od 2013 do
[2017][2020]”.

Poziom zaufania między stronami negocjacji permanentnie spada. G77,
czyli grupa państw rozwijających się, jest oskarżana przez kraje
rozwinięte o blokowanie negocjacji i marnowanie czasu, który pozostał
na znalezienie konsensusu. Dziś w gazetach duńskich pojawiła się
plotka, że Duńczycy zmęczeni oporem krajów rozwijających się, nie będą
już dłużej pracować nad włączeniem ich do porozumienia. Strategia
oskarżania państw rozwijających się o bezpodstawne blokowanie
negocjacji jest powszechnie krytykowana przez organizacje pozarządowe.
Twierdzą one, że sugeruje to, że kraje rozwinięte oczekują, że państwa
rozwijające się zaakceptują każdą przedstawioną im propozycję.

Państwa rozwijające się z kolei oskarżają państwa rozwinięte o
podejmowanie decyzji za zamkniętym drzwiami i próby rozbijania jedności
grupy G77. Straciły zaufanie zwłaszcza do Duńczyków, którym zarzucają
brak transparentności i niedemokratyczny sposób sprawowania
Prezydencji. Na organizowane przez Duńczyków nieformalne spotkania,
które służyć mają uzgadnianiu stanowisk, krajów rozwijające się często
nie są zapraszane. Powstaje w związku z tym wiele plotek,
niedoinformowani delegaci są coraz bardziej sfrustrowani, a atmosfera w
delegacjach afrykańskich jest raczej pogrzebowa.

Trudno ocenić intencje krajów rozwiniętych, które rozmawiają
indywidualnie z niektórymi członkami G77. We wtorek pojawiła się
informacja, że Stany Zjednoczone obiecały Bangladeszowi większy udział
w funduszu adaptacyjnym, w zamian za pośrednictwo w prowadzeniu
uzgodnień z Chinami i Indiami. Etiopia oddzieliła się od ambitnej
propozycji zgłoszonej przez Afrykę, która wzywa do ograniczenia wzrostu
globalnej temperatury do 1,5 stopnia, utrzymania stężenia dwutlenku
węgla na poziomie 350 ppm, przyjęcia celu 45% redukcji emisji,
finansowania krótkoterminowego na poziomie 100 mld $ i długoterminowego
na poziomie 5% PKB. Podczas wczorajszych przemówień głów państw,
premier Etiopii Meles Zenawi przedstawił inne „porozumienie
kopenhaskie”, na które rzekomo zgodziły się wszystkie państwa
afrykańskie. Jego tekst jest mało ambitny, nie zawiera nawet zapisów na
temat celów redukcji, finansowanie nie będzie dodatkowe do
dotychczasowej pomocy rozwojowej, ani nie będzie pochodzić ze środków
publicznych. Inne kraje afrykańskie odcięły się od tej propozycji, a z
wypowiedzi ich delegatów i obserwatorów przebijała gorycz – ich zdaniem
Etiopia nie mówiła w imieniu całego kontynentu.

Unia Europejska, w tym Polska, nie chce przyjąć bardziej ambitnych
zobowiązań, gdyż uważa, że najpierw swoje stanowiska powinni zmienić
inni, przede wszystkim Stany Zjednoczone, Chiny i Indie. Niestety,
coraz bardziej oczywiste jest, że jeśli Unia nie zwiększy bezwarunkowo
swojego celu redukcji emisji z 20 do 30% do roku 2020, nie przełamie
impasu, a zaufanie między stronami nie zostanie odbudowane. Państwa
wyjadą z Kopenhagi z polityczną deklaracją wspólnej walki ze zmianami
klimatu, która nie będzie miała podstaw prawnych, a w konsekwencji
przełożenia na rzeczywistość. Wymaganie od Chin i Indii przyjęcia
bardziej ambitnych celów redukcyjnych, zanim zrobią to kraje
rozwinięte, trudno zrozumieć, skoro ich emisje na mieszkańca są 5 razy
niższe niż w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie1. Nie ponoszą też
odpowiedzialności za historyczne emisje gazów, które już
zanieczyszczają atmosferę. Unia zdaje się wybierać takie kryteria
podejmowania decyzji, które pozwalają jej zmniejszyć własną
odpowiedzialność. W tej swoistej „grze w zbijaka” celują
przedstawiciele delegacji polskiej. Na każdą propozycję, że Polska
powinna zgodzić się na 30% cel redukcji, odpowiadają, że jesteśmy
zwolnieni od odpowiedzialności, bo już swoje zrobiliśmy i że nadszedł
czas, aby redukcji dokonały inne państwa. Wyraźnie widać, że polska
delegacja zadowolona jest z braku postępu i nie ma zamiaru podejmować
żadnych wysiłków, które przybliżyłyby sukces Kopenhagi.

Stany Zjednoczone czekają na przyjazd prezydenta Obamy. Można
przypuszczać, że obawiają się utraty swojej pozycji wobec Chin i
dlatego wytykają im, że ich emisje będą nadal rosły. Jednocześnie
jednak wyciągają rękę do krajów najsłabiej rozwiniętych, wyspiarskich i
afrykańskich ogłaszając poparcie dla długofalowego finansowania w
wysokości 100 mld $ rocznie do 2020 w ramach funduszu czystej energii i
działań na rzecz ochrony klimatu. Nie wiadomo jednak, co ta propozycja
w rzeczywistości oznacza. Wątpliwości dotyczą przede wszystkim tego,
czy będą to fundusze dodatkowe do dotychczasowej pomocy rozwojowej, czy
będą pochodziły z funduszy publicznych, czy też służyć będą dalszej
penetracji rynków krajów rozwijających przez międzynarodowe korporacje.
Zdaniem części komentatorów, propozycja USA jest obliczona jest na
rozbicie Grupy G-77, zróżnicowanie interesów Afryki i Chin. Tym
niemniej dotychczasowe stanowisko krajów rozwijających się, które
podkreślają konieczność utrzymania Protokołu z Kioto, ale w taki
sposób, żeby zostały do niego włączone Stany Zjednoczone nie ulega
zmianie. Na taką formę porozumienia nie zgadzają się Stany Zjednoczone
i nie wiadomo, w jaki sposób pogodzić te sprzeczne stanowiska.

Nikt właściwie nie ma całkowitej orientacji w tym, co się dzieje. Nawet
wytrawni negocjatorzy i ministrowie wydają się być zagubieni. Dlatego
na razie najczęściej prezentowanym w przemówieniach stanowiskiem
negocjacyjnym jest to, że inni powinni coś zrobić. Państwa
skoncentrowały wysiłki na odbijaniu piłeczki.

Czy jest więc choć promyk nadziei na sukces Kopenhagi? Może na to
wskazywać wspólna konferencja prasowa przedstawicieli Unii Europejskiej
i Unii Afrykańskiej. Jak mówił Jose Barroso jego doświadczenie
pokazuje, że najczęściej decyzje podejmowane są w ostatnim momencie.
Więc może i w Kopenhadze tak będzie. Ale czy zostawianie wszystkiego na
ostatni moment służyć będzie podjęciu dobrych, sprawiedliwych i
ambitnych decyzji?

pl Źródło Chrońmy Klimat

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly