Miniony tydzień można zaliczyć do
obfitujących w wydarzenia i naprawdę bardzo ekscytujących. Nie, nie mówię tu o meczach
Euro 2012, choć z obserwacji łatwo stwierdzić, że ponad 90% Polaków (i pewnie
nawet znaczna część czytelników ZiemiNaRozdrożu) właśnie to będzie miało na
myśli, a w rankingu Ważnych Wydarzeń Tygodnia o pierwsze miejsce będą konkurować
gole Lewandowskiego i Błaszczykowskiego z obroną karnego przez Tytonia.
W międzyczasie dzieją się ważne rzeczy,
które – jak można by logicznie oczekiwać – u dorosłych i odpowiedzialnych ludzi powinny znaleźć się na poczesnym miejscu, gdyż
to one kształtują rzeczywistość, w której wkrótce się znajdziemy.
Pokrótce – kryzys w Europie trwa
w najlepsze. Agencja Fitch obniżyła rating kilkunastu hiszpańskich banków (po obniżeniu ratingu Hiszpanii tydzień wcześniej). Ministrowie finansów strefy euro zdecydowali się pożyczyć
Hiszpanii 100 mld euro na restrukturyzację banków – kolejne pieniądze obciążają
zobowiązania podatników. Rynki uznały, że po załamaniu się finansów Grecji i jej bankructwie (być może już rychłym, choć
wciąż nie wiadomo, kto 17 czerwca wygra wybory parlamentarne w Grecji.)
Hiszpania jest następnym klockiem domina i oprocentowanie hiszpańskich
obligacji przekroczyło próg 7%, uznawany za granicę, za którą dalsze
finansowanie deficytu pożyczanymi pieniędzmi staje się niemożliwe.
W międzyczasie stan „kanarka w
kopalni” zmiany klimatu gwałtownie się pogorszył – co w zasadzie nikogo oprócz
najbardziej zatwardziałych denialistów nie powinno dziwić. Najmniejsza w
historii ilość lodu w Arktyce (cóż, coraz większa koncentracja gazów cieplarnianych
i woda Oceanu Arktycznego podgrzana po wcześniejszych latach z mikrą pokrywą
lodową robią swoje)…

poskutkowała najmniejszą w historii powierzchnią pokrywy
lodowej…

W Stanach
Zjednoczonych podsumowanie okresu marzec-maj wykazało, że miała tam miejsce najgorętsza
wiosna w historii pomiarów, rozbijając w puch wszystkie wcześniejsze rekordy
temperatury.


Jeśli
klimat nie ocieplał by się, takie zdarzenie mogłoby trafić się raz na blisko 50
tysięcy lat. No, ale według „sceptyków” to przypadek.
W
Stanach Zjednoczonych szaleją rekordowe pożary, pożywką których są nękane przez
szkodniki lasy. Zimowe temperatury poniżej -40C w związku z ociepleniem klimatu
praktycznie zanikły. W stanie Kolorado w związku z brakiem silnych mrozów i wydłużeniem
okresu ciepłego żuki
mają czas na dwukrotne złożenie jaj, zamiast jednokrotnego, jak wcześniej.

Emisje
rosną jak na drożdżach – właśnie okazało się, że oficjalne chińskie dane o
emisjach są zaniżone o 1,4 mld ton względem danych indywidualnie publikowanych
przez chińskie prowincje. To różnica porównywalna z całkowitymi emisjami
Japonii. Czy Chiny ukrywają skalę swoich emisji fałszując dane? Czy też
prowincje pompując zużycie paliw wywierają presję na rząd centralny, aby
inwestował w infrastrukturę energetyczną u nich? Na chwilę obecną nie wiadomo.
W tym
tygodniu wyszedł też nowy tegoroczny
raport energetyczny BP 2012. Z dobrych wiadomości – wydobycie ropy w
zeszłym roku wzrosło do średnio 83,58 mln baryłek dziennie. Ze złych wiadomości –
średnioroczny wzrost względem poziomu wydobycia sprzed 5 lat wyniósł 0,46%
rocznie. Wydobycie węgla rosło w tym okresie znacznie szybciej – średnio o 4,2%
rocznie. Wydobycie węgla w Chinach w zeszłym roku wzrosło o 8,8%, sięgając już
49,5% całości światowego wydobycia – chiński smok węglowy pędzi więc do przodu.
Chińskie rezerwy, jeszcze rok temu szacowane na 35 lat wydobycia, spadły teraz
do 33 lat. Kiedy Chiny osiągną swój szczyt wydobycia węgla (za kilka do
kilkunastu lat), wydrenują światowy rynek węgla do czysta. Budując dziś w Polsce elektrownie
węglowe, za te kilkanaście lat musimy liczyć się z tym, że tanio węgla do pieca
nie wsypiemy.
Naszego
rządu wątpliwe perspektywy energetyki węglowej nie zniechęcają, podobnie jak rosnące
koszty importu ropy (blisko 80 mld zł rocznie) i w tym tygodniu w piątek dzielnie
zawetował przygotowaną przez Komisję Europejską Energetyczną Mapę Drogową do
2050 roku, którą zaakceptowało pozostałe 26 krajów Unii Europejskiej. Nie wiem,
na co liczą idioci z naszego rządu (przepraszam za epitet, ale aż mnie trzęsie,
jak widzę taką głupotę i obliczone na krótką metę działanie na wspólną szkodę).
Może na gaz łupkowy?
Lepiej,
żeby urzędnicy obudzili się wreszcie z gazowego snu. Po tym, jak w marcu Państwowy
Instytut Geologiczny oszacował zasoby gazu łupkowego w
Polsce na 1/10 tego, co jeszcze rok wcześniej przedstawiała amerykańska
Agencja ds. Energii (EIA), właśnie nadeszła kolejna wiadomość, która powinna
dać do myślenia wszystkim liczącym na to, że gaz łupkowy rozwiąże nasze
problemy energetyczne.
Exxon
Mobil, największy amerykański koncern paliwowy, prowadzący wiercenia w
Polsce, ogłosił właśnie,
że rezygnuje
z poszukiwania gazu łupkowego w Polsce, bo nie znalazł go tyle, by jego
wydobycie się opłacało. To zimny prysznic dla wszystkich, którzy mieli
nadzieję, że lada chwila dzięki gazowi z łupków staniemy się szejkami Europy
Środkowej.
Sytuacja gospodarcza staję się coraz trudniejsza, nie mamy
sensownego planu energetycznego, a będące naszą ostatnią realną szansą wspólne
działania europejskie wetujemy. Na co liczymy?
Może na to, że jak sytuacja stanie się naprawdę trudna,
uchwalimy z mocą ustawy, że zakazujemy, żeby było źle, jest dobrze a ma być
jeszcze lepiej. Nie, to nie żart – politycy rzeczywiście stosują takie
podejście, nie tylko ci z czasów komunizmu, kiedy uparcie próbowano dekretować
rzeczywistość.
Teraz do grona „uchwalaczy rzeczywistości” dołączyli ich
koledzy po fachu z drugiej strony Wielkiej Wody. Senat Karoliny Północnej
uchwalił, że agencje
stanowe w swoim planowaniu zabudowy mają posługiwać się prognozami wzrostu
poziomu wody nie wyższymi, niż wynikające ze średniego wzrostu poziomu oceanów
od 1900 roku. Jednym słowem – bierzemy wzrost o 2 mm rocznie i liniowo
ekstrapolujemy w przyszłość. Wszystkie przewidywania naukowe (rzędu 1-2 m do końca stulecia) o
przyspieszonym wzroście poziomu oceanów, szczególnie związanym z topnieniem lądolodów
Grenlandii i Antarktydy należy w planowaniu zabudowy zignorować. Jak zauważają
sami republikańscy senatorowie, głosujący za zignorowaniem głosu środowiska
naukowego, panel naukowy przedstawiający wcześniejszy raport przedstawił
prognozę wzrostu poziomu oceanu do końca stulecia o 100 cm, co oznaczałoby
zalanie terenów leżących obecnie nawet ponad 3 km od brzegu. Republikański senator
Harry Brown, reprezentujący nadbrzeżne hrabstwa Jones i Onslow, głosował za
uchwaleniem ograniczonego wzrostu poziomu morza, gdyż przyjęcie prognoz
naukowców „byłoby ciężarem dla rozwoju gospodarczego”. Jego republikański kolega
senator David Rouzer, reprezentujący hrabstwa Johnston i Wayne, dodał, że przyjęcie
tych wyższych prognoz „załamałoby cenę wielu nieruchomości, zaszkodziło wpływom
podatkowym i podbiło stawki ubezpieczeniowe”.
Tak,
to był naprawdę fascynujący tydzień. Też to zauważyłeś, prawda? A Twoi znajomi? Jeśli jeszcze nie, prześlij im link to tego artykułu.










