ArtykulyPowiązania

Epidemia eboli – sensowne środki ostrożności

Najbardziej zagrożeni

Największe ryzyko ponoszą ci, którzy mają bliski i długotrwały kontakt z ofiarami wirusa. Do tej grupy zaliczają się: lekarze, pielęgniarki i sanitariusze. Agresywność wirusa warunkuje m.in. to, jak skutecznie przenosi się z jednego nosiciela na kolejnych. Niektóre wirusy robią to po mistrzowsku, np. jeden pacjent chory na odrę zaraża średnio 18 osób. Jak widać na poniższym wykresie, na skali skuteczności transmisji ebola plasuje się po lewej, bezpieczniejszej stronie.

Zakaźność wirusa warunkuje szereg skomplikowanych czynników. Jednym z nich jest to, czy osoba w fazie zakaźnej ma widoczne objawy choroby. Wówczas można jej unikać, bądź podjąć właściwe środki ostrożności. Ofiary eboli, kiedy zaczynają zarażać, są już w bardzo złym stanie. Obawiam się jednak, że musimy przesunąć ebolę na wykresie nieco na prawo. Obecnie aktywny szczep może być znacznie bardziej zakaźny, niż początkowo sądzono. Amerykańskie Centrum ds. Kontroli i Prewencji Chorób Zakaźnych (CDC) wciąż twierdzi, że ebola przenosi się wyłącznie przez bezpośredni kontakt z płynami ustrojowymi zakażonego. Jednak już od 2012 roku wiadomo, że do zarażenia nie jest potrzebny fizyczny kontakt. W ramach eksperymentu w jednym pomieszczeniu umieszczono klatki ze świniami zarażonymi ebolą i oddzielnie ze zdrowymi makakami – w dużej odległości od siebie. Wszystkie małpy uległy zakażeniu pomimo tego, że nie doszło do fizycznej styczności małp ze świniami. Naukowcom nie udało się ustalić, jakiej wielkości były cząsteczki wirusa odpowiedzialne za zakażenie, ani też czy zostały one przeniesione przez ekipę sprzątającą pomieszczenie czy też przewędrowały bezpośrednio ze świń.

Mimo to przekaz jest jasny: zakażenie ebolą jest możliwe bez kontaktu bezpośredniego. Pozostaje pytanie, jakiej wielkości były cząsteczki, które drogą powietrzną przeniosły się na małpy. Duże, a tym samym łatwe do uniknięcia? A może małe, przed którymi trudniej się zabezpieczyć? Wcześniejsze badanie z 1995 r. wykazało, że już niewielkie cząsteczki o średnicy jednego mikrona z łatwością infekowały małpy. To ciekawe, mimo że oba badania przeprowadzono lata temu, eksperci medyczni dopiero teraz zaczynają dyskutować o możliwości zakażenia ebolą drogą kropelkową. Tymczasem CDC oskarżyło pielęgniarkę, która w Dallas zaraziła się ebolą, o złamanie protokołu bezpieczeństwa. Wszystko, co wiemy o eboli, oparte jest na wariackich papierach. Ogromne, zasobne, pełne ekspertów CDC nie sprawdzi w wyszukiwarce, co wiemy i czego nie wiemy o eboli. A potem twierdzi w rekomendacjach, że przed ebolą zabezpiecza maska twarzowa. Tymczasem, o ile nie jest to maska najwyższej jakości (ściśle przylegająca, z filtrem N95), maska twarzowa nie chroni przed kropelkami o średnicy 1 mikrona. Standardowa maska nie zabezpieczy w pełni przed wirusem eboli, czego przykładem jest zapewne pielęgniarka z Dallas oraz liczne przypadki zakażeń pracowników służb medycznych w Afryce.

Co więc powinna rekomendować CDC? Aparat oddechowy. Jak komentuje amerykańskie Centrum Badań nad Chorobami Zakaźnymi (CIDRAP): „Służby medyczne powinny nosić aparaty oddechowe, nie maski twarzowe (…) Aparat oddechowy oczyszczający powietrze, z kapturem bądź hełmem, pod wieloma względami przewyższa maskę z filtrem N95 bądź jej podobne”. Ja osobiście, jeśli już będę musiał lecieć samolotem, w podróż lotniczą zabiorę aparat oddechowy spakowany w bagażu podręcznym. W przypadku, jeśli któryś z pasażerów wzbudzi moje wątpliwości, spokojnie go nałożę i zniosę zaniepokojone spojrzenia współpasażerów. Cząsteczki wielkości mikrona robią na mnie wrażenie. Są ekstremalnie małe, z łatwością przenoszą się w powietrzu i trudno je zatrzymać inaczej, niż na filtrze dobrze przylegającego aparatu oddechowego.

Co dalej?

Wcześniejsze epidemie eboli wybuchały nagle i tak samo nagle wygasały. Zagadką jest, gdzie wirus przyczaja się pomiędzy kolejnymi falami zachorowań. Prawdopodobnie w ciele któregoś ssaka (nosiciela pośredniego), prawdopodobnie nietoperzy. Nikt jednak nie wie na pewno, o który gatunek chodzi. W przeszłości epidemie eboli trwały krótko; pierwsze i ostatnie zachorowanie mogło dzielić zaledwie 26 dni. Tym razem pierwsza ofiara zmarła 28.12.13, dziesięć miesięcy temu. Tym samym mamy do czynienia z najdłużej trwającą epidemią eboli w historii. I nic nie zapowiada, że to już koniec. Zsumowanie ofiar ze wszystkich krajów wskazuje, że zachorowania rosną wykładniczo.

Z jakiegoś powodu ta epidemia trwa dłużej niż poprzednie. Mimo, że niższa jest śmiertelność, to wyższa jest zachorowalność. Z tego względu liczba ofiar śmiertelnych jest rekordowo wysoka.

Powinniśmy wziąć pod uwagę, że dziś wirus przenosi się łatwiej, niż jego starsze szczepy. Szybko się rozprzestrzenia, trudno więc śledzić wędrówki zakażonych i stosować kwarantannę – co skutkowało w przeszłości, ale dziś, w dobie transportu lotniczego, już nie działa. Obok tych logicznych i koniecznych środków zaradczych, należy wprowadzić nowe.

Z powyższego wykresu widać, że zaraza wciąż się rozprzestrzenia, a nie słabnie. Będziemy zatem obserwować wzrost społecznego zaniepokojenia na świecie, które z kolei będzie skutkowało większą liczbą restrykcji rządowych. Według niektórych, nieodpowiedzialnych prognoz, nawet połowa ludzkości umrze na gorączkę krwotoczną, wywołaną przez ebolę. To nierealne, bo znacznie wcześniej poszczególne kraje i kontynenty wejdą w fazę ścisłej izolacji wykluczającą podróże międzynarodowe, za to z agresywną kwarantanną. Dobra wiadomość jest taka, że ebola ma niskie tempo mutacji genowych będące 100 razy niższe, niż w przypadku wirusa grypy typu A. Oznacza to, że ryzyko powstania nowych, bardziej zakaźnych szczepów eboli nie jest tak duże.

Niepokojące reakcje

W moim odczuciu najgorzej zareagowały media w krajach, w których pojawiły się przypadki zachorowań. Media znów robią to, co umieją najlepiej: tworzą atmosferę strachu i zagrożenia wokół statystycznie niewielkiego ryzyka. Diabelnie gęstą atmosferę. Tymczasem naprawdę groźne konsekwencje epidemii pozostają bez komentarza. Zastanawiam się, czy to przeoczenie, czy też świadoma taktyka?

Już dziś jest jasne, że w zachodniej Afryce więcej ludzi umrze na skutek gospodarczych reperkusji epidemii, niż z powodu samego wirusa. Głód, niedożywienie, brak dostępu do podstawowych usług medycznych, to tylko niektóre z zagrożeń. W pozostałych częściach świata już dziś rozważa się ograniczenia w podróżach do krajów objętych epidemią, bądź ich całkowity zakaz.

Spodziewam, że takie decyzje zapadną, o ile zaraza wkrótce nie wygaśnie. Obecnie twierdzi się, że zamknięcie szlaków powietrznych uniemożliwi pomoc zewnętrzną i osłabi rządy zachodniej Afryki. Jakoś nie przemawiają do mnie te argumenty. Ani w przypadku eboli, ani czegoś jeszcze bardziej zakaźnego. A co jeśli gdzieś wybuchnie nowa epidemia grypy hiszpanki? W takim wypadku wolałbym, żeby zakazano podróży do tego miejsca, by epidemia nie rozlała się na większy obszar. W obecnym momencie nie bałbym się mieszkać w Dallas, nawet gdyby mój sąsiad był zarażony ebolą (choć dopilnowałbym, żeby nie zbliżał się do mojej rodziny). Jednak wpadłbym w przerażenie, gdyby się okazało, że leciałem samolotem z dżentelmenem, który przywiózł ebolę do Dallas. Samolot to zamknięta przestrzeń, w której maleńkie cząsteczki rozprzestrzeniają się szybko i skutecznie. Wyobraźmy sobie do tego, że zakażony pasażer pozostawia cząsteczki wirusa na oparciu siedzenia, udaje się do toalety a ktoś inny dotyka tego miejsca. Nawet gdyby zakażenie możliwe było tylko przez kontakt z płynami fizjologicznymi, w maleńkim samolocie o taki kontakt nietrudno.

Jeśli wzrośnie ilość zakażeń na innych kontynentach, można się spodziewać drakońskich restrykcji, które osłabią gospodarkę globalną, w tym gospodarki krajów zachodnich. Może się to skończyć zakazem podróży obejmującym wielkie połacie globu. Możemy również stracić nasze swobody obywatelskie, bo zatroskani urzędnicy narzucą kwarantannę i obejmą ścisłą kontrolą duże obszary aktywności gospodarczej. Nawet jeśli wiele tych środków zaradczych dobrze wygląda na papierze, doświadczenie uczy, że będą wdrażane powoli, niechlujnie, inwazyjnie i zapewne w oparach absurdu. Jeśli epidemia wybuchnie w USA, to wojsko będzie główną siłą reagowania. To dlatego niektóre dziedziny będą zarządzane skutecznie – te pasujące do wojskowego trybu myślenia i planowania. Gorzej z niezliczonymi niuansami, umożliwiającymi milionom ludzi zwyczajne życie, podróż do pracy i aktywność gospodarczą. Naprawdę nie sądzę, że sprawy zajdą tak daleko, jednak ebola jest dla nas jak dzwonek alarmowy. Przypomina, że któregoś dnia wybuchnie prawdziwa wirusowa pandemia. To tylko kwestia czasu.

Pandemia

Wszyscy powinniśmy być przygotowani na pandemię. Zdarza się rzadko, ale kiedy już się zdarza, trzeba poddać wszystko i wszystkich ścisłej kwarantannie. Wszyscy wiemy, że kiedyś pojawi się szczególnie wredny wirus, przeraźliwie zakaźny i wysoce śmiertelny. Jedyna możliwa odpowiedź to wygasić wszelką aktywność i odizolować ludzi od siebie. To mogło (w miarę) łatwo działać, kiedy ludzie żyli na farmach, wyposażeni w znaczne zapasy żywności. Jednak dziś większość ludzi dojeżdża do pracy do gęsto zaludnionych miast i kupuje żywność w zatłoczonych supermarketach. Nietrudno założyć, że w przypadku epidemii ludzie zaczną unikać siebie wzajemnie, co sparaliżuje gospodarkę i uniemożliwi im dostęp do podstawowych dóbr, warunkujących przetrwanie. Jeśli taka dobrowolna kwarantanna potrwa ponad miesiąc, zacznie brakować podstawowych dóbr i usług, takich jak wywóz śmieci, czy produkcja energii (tak na marginesie, w przypadku pandemii znacznie bezpieczniej czułbym się w świecie lokalnej gospodarki z prosumenckimi źródłami energii niż z dostawami energii z wielkiego scentralizowanego systemu energetycznego). Najlepiej przygotować się na taki rozwój wypadków, zanim pojawią się pierwsze oznaki kryzysu. Mój niezbędnik zawiera:

  • Dużo (stosunkowo) tanich masek z filtrem N95 (100 sztuk na członka rodziny) 
  • Jeden dobrej jakości aparat oddechowy na członka rodziny, wraz z zapasem filtrów
  • Zapas jedzenia na co najmniej 3 miesiące (to minimum, ja mam zapas na 12 miesięcy)
  • Gotówka wystarczająca na trzymiesięczne zakupy (w przypadku, gdyby przestały działać karty debetowe i kredytowe) 
  • Woda. Ja mam studnię z pompą ręczną. Inna opcja to filtr wody, zdolny filtrować tysiące litrów wody na przestrzeni kilku miesięcy oraz zbiorniki na wodę o dużej pojemności. Pozostawiłbym je puste, aż zauważę pierwsze oznaki kryzysu (wypełnianie i zmiana wody w zbiornikach to uciążliwa robota). 
  • Leki. Jakiekolwiek leki bierzesz, zrób ich duży zapas – o ile system medyczny daje ci to podstawowe prawo. U mnie w domu leczymy się sami. Mamy generator srebra koloidalnego, wiedzę i dostęp do lokalnych, silnie leczniczych roślin. Tylko nieliczne pomogą w walce z wirusem, ale za to wyleczą 90% innych dolegliwości, z którymi zazwyczaj zgłaszamy się do lekarza. 
  • Dobrej jakości cyfrowy termometr bezdotykowy. Najlepsze pozwolą ci szybko oszacować, czy ktoś ma gorączkę (co jest często najlepszym sposobem wykrycia zakażenia) na odległość.
  • Środek do dezynfekcji. Konieczny, jeśli zamierzasz wprowadzić kogoś z zewnątrz do swojej osobistej strefy kwarantanny. 
  • Do każdego pomieszczenia: oczyszczacze powietrza z filtrem HEPA i wbudowanym „zapperem” (urządzeniem do elektroterapii, przy pomocy prądu usuwającym kurz, bakterie i wirusy). Mam taki w domu, powietrze jest naprawdę świeże i wolne od kurzu.
    • Wentylatory i wiatraczki. Mogą służyć do wytwarzania dodatniego bądź ujemnego ciśnienia. Przyda się, jeśli chcesz objąć strefą kwarantanny garaż, bądź rzadko używany pokój, ale nie chcesz, by powietrze z tych pomieszczeń dostawało się do tych często używanych. 
  • Mnóstwo taśmy klejącej i plastikowych płacht. Są tanie, a pomogą zapieczętować i uszczelnić dom, spadnie więc ryzyko, że wirus dostanie się do środka. 
  • Plan. Może masz krewnych bądź innych bliskich ludzi, którzy mieszkają daleko, a będą szukać u ciebie schronienia w trakcie epidemii. Musisz mieć plan na taką okoliczność. Jak się skontaktujecie? A kiedy już przyjadą, jak zorganizujesz dla nich kwarantannę? Jak długo powinna ona trwać? Kto się nimi zajmie, jeśli złapali wirusa? Jeśli do tego dojdzie, konieczne będzie dodatkowo: 
  • Wyposażenie na wypadek kontaktu z wirusem. W zestawie może się znaleźć pełen strój ochronny, mnóstwo rękawic lateksowych, buty ochronne, aparat oddechowy i coś do ochrony oczu i uszu. Ponieważ to tak duże obciążenie dla pojedynczego gospodarstwa domowego, lepiej by było, aby każde sąsiedztwo miało specjalną strefę kwarantanny i strefę chorych, wyraźnie od siebie odseparowane i prowadzone przez najlepiej wykwalifikowanych członków społeczności.

Obecnie nieszczególnie boję się pandemii. Na mojej liście możliwych
kryzysów znajduje się raczej nisko, jednak na niej jest – z uwagi na
potencjalnie katastrofalne skutki. Co więcej, większość pozycji na
„liście zapasów na wypadek pandemii” znajduje się też na „bazowej liście
zapasów na wypadek kryzysu”. Przygotowanie na pandemię nie wymaga więc
szczególnego dodatkowego wysiłku.

Wnioski

Nie martwię się, że ebolą zarażę się ja, czy ktokolwiek, kogo znam. I pewnie nadal nie będę, nawet jeśli liczba ofiar wzrośnie kilkukrotnie. Ebola nie przenosi się wyjątkowo skutecznie. Zacząłbym się martwić, gdyby wirus zmutował do bardziej zakaźnej formy, albo ogniska zarazy wybuchałyby w innych częściach świata, bo wirus przeniósłby się z ludzkich nosicieli do lokalnych nosicieli pośrednich. Zwłaszcza, gdybym żył w rejonie, gdzie już zanotowano zachorowania. Trzeba zachować ostrożność wobec epidemii eboli.

Krytycznie podchodzę do tego, co mówi CDC i inni tak zwani eksperci, bo czuję, że mają rozliczne powody, by nas uspakajać, ponieważ nie chcą wszczynać alarmu. No cóż, to dobre dla szerokich mas, ale po katastrofie w Fukushimie i wszystkich kłamstwach operatora tych reaktorów firmy TEPCO i japońskiego rządu, stwierdzam, że w obliczu prawdziwego zagrożenia władze przede wszystkim próbują ludzi uspokoić.

I w tym punkcie interes władz jest sprzeczny z interesem obywateli. Epidemia eboli w mniejszym stopniu mnie niepokoi, a w znacznie większym uczy. Wzmacnia moje poczucie, że rządowi rzecznicy uważają nas za idiotów. Uważają, że nie można nam mówić prawdy, bo wpadniemy w panikę. Uświadamia mi to, że czas zrewidować moją listę na wypadek pandemii, bo to jedno z największych nieszczęść, jakie mogą się kiedyś zdarzyć. Otoczka strachu wokół eboli przypomina nam, że media zawsze z pasją powielają historie, które mogą nas przerazić i rozkojarzyć. Niezależnie, czy kryją się za tym jakieś ukryte motywacje, stanowi to silnie zakorzeniony wzorzec zachowań.

Życzę Ci, drogi czytelniku, by ta atmosfera strachu stała się inspiracją do stworzenia (bądź zrewidowania) Twojej listy zapasów na wypadek pandemii. Trzymaj rękę na pulsie, by przygotować się na tą odległą, ale jakże dramatyczną okoliczność.

Opracowanie: Marta Śmigrowska

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly