ArtykulyPowiązania

Dramatyczny wzrost cen prądu – to już się dzieje

Od lat słyszymy, że wyczerpywanie zasobów węgla, wstrzymywanie odnawialnych źródeł energii i potrzeba redukcji emisji CO2 spowodują wzrost cen prądu w Polsce. W 2018 roku czarne prognozy stały się faktem. W środku upalnego lata, gdy większość Polaków zajęta jest wakacjami lub pracą, a media śledzą głównie rozpoczynającą się kampanię wyborczą, ceny energii elektrycznej w Polsce osiągnęły najwyższe w historii poziomy. W poniedziałek bazowa cena hurtowa energii elektrycznej na Towarowej Giełdzie Energii sięgnęła 270,73 zł/MWh. Nie mówimy tu o chwilowej cenie prądu w szczytowych godzinach zapotrzebowania, ale o średniej cenie prądu na cały IV kwartał tego roku. Energia zakontraktowana na przyszły rok kosztuje 249,50 zł/MWh. Jeszcze rok temu cena ta wynosiła ok. 165 zł/MWh i taki poziom był uważany za normalny również w 2015 i 2016.

Rysunek 1. Cena energii elektrycznej kontraktowanej na 2019 rok. Źródło: TGE.

Ceny hurtowe bardzo szybko przełożą się na ceny dla przeciętnego Kowalskiego. Wzrost ceny giełdowej o 85 zł netto oznacza, że po dodaniu VATu cena rośnie już o 105 zł/MWh. Przeciętne gospodarstwo domowe zużywające ok. 2 MWh rocznie zapłaci ponad 200 zł rocznie więcej za same własne rachunki. Do tego trzeba dodać wzrost cen praktycznie wszystkich produktów. Chleb w piekarni wypiekany jest zazwyczaj w piecach elektrycznych. Woda do naszych domów jest pompowana elektrycznie. Zużycie w rolnictwie i przemyśle jest ogromne. Handel też wymaga wielkich ilości prądu. Przeciętny supermarket zużywa megawatogodzinę energii w ciągu dwóch dni, z czego większość na chłodzenie żywności. Łącznie droższy prąd będzie kosztował przeciętną rodzinę ponad 300 zł rocznie. To więcej niż wynosi przyznana właśnie rządowa wyprawka.

Skąd tak duży wzrost ceny prądu? Część winy można zwalić na czynniki globalne, ale znacznie więcej jest wynikiem naszych własnych złych decyzji i zaniedbań.

1. Powód pierwszy – wzrost cen surowców.

Po obniżce cen surowców w 2014 roku i spektakularnym minimum osiągniętym 20 stycznia 2016 roku ceny ropy gazu i węgla zaczęły odbijać. Dla każdego stałego czytelnika Ziemi na Rozdrożu przyczyny są oczywiste. Paliwa kopalne są coraz trudniej dostępne, więc każda kolejna porcja kosztuje coraz więcej. Przejściowo ceny ropy mogą spaść wskutek zniszczenia popytu – tak jak podczas kryzysu w 2009 roku lub podczas niedawnej recesji w krajach południowej Europy. Dziś jednak o kryzysie się nie mówi, światowa gospodarka rośnie, więc ceny ropy Brent podskoczyły w ciągu roku o prawie 50%. Dla polskich elektrowni istotniejsza jest cena węgla – ta wzrosła w ciągu roku z 200 zł do ok. 240 zł. Przyjmując przeciętną sprawność polskich elektrowni na poziomie 34% daje nam to wzrost ceny prądu na poziomie 17 zł/MWh.

2. Powód drugi – wzrost ceny uprawnień do emisji CO2

Emisja CO2 zmienia klimat naszej planety, a w konsekwencji powoduje szkody dla nas wszystkich – fale upałów, burze, straty w rolnictwie, koszty dopasowania infrastruktury a w przyszłości również głód, migracje i zalanie wszystkich nisko położonych terenów. Rozsądnie byłoby obciążyć zanieczyszczających wysokim podatkiem, aby zmusić ich do redukcji emisji, a docelowo zaprzestania szkodliwych działań. Taki był cel wprowadzenia przez Unię Europejską opłat za emisję CO2. Niestety zamiast prostego i przewidywalnego systemu opłat (takiego jak podatek węglowy lub akcyza) zdecydowano się na stworzenie giełdowego koszmarku w postaci uprawnień do emisji. Jest to instrument finansowy, który jest wydawany przez państwo i musi być skupowany po bliżej nieokreślonej stawce przez niektóre podmioty będące końcowymi konsumentami paliw. Cena uprawnień do emisji zmienia się w zależności od przewidywanego zapotrzebowania. Póki kryzys na południu Europy nie schodził z pierwszych stron gazet, ceny uprawnień były niskie, bo inwestorzy spodziewali się załamania gospodarczego i związanej z tym redukcji zużycia paliw. Podobnie inwestycje w energię odnawialną obniżały cenę uprawnień, bo zmniejszały pulę kupowaną przez pozostałe na rynku konwencjonalne elektrownie. Przez lata ceny uprawnień do emisji utrzymywały się na niskim poziomie (poniżej 7 euro za tonę CO2). Dzisiaj koniunktura w Europie jest niezła, więc energetyka i przemysł zwiększają produkcję a ponieważ wiąże się to z wyższą emisją CO2 muszą kupować dodatkowe uprawnienia na rynku. Komisja Europejska dodatkowo przenosi część uprawnień do „rezerwy stabilizacyjnej” czyli zabiera je z rynku aby jeszcze podnieść cenę. Efekty są spektakularne – w ciągu roku cena uprawnień wzrosła z 5,20 €/t CO2 do ponad 20 €/t CO2, co przekłada się na wzrost ceny polskiego prądu o ok. 65 zł/MWh.

Rysunek 2. Cena uprawnień do emisji EU ETS. Źródło.

3. Powód trzeci – wzrost ceny zielonych certyfikatów

Trzeci, mniej istotny powód to wzrost ceny tzw. „zielonych certyfikatów” z niecałych 40 zł/MWh rok temu do prawie 130 zł/MWh obecnie. „Zielone certyfikaty” to forma wsparcia od spółek energetycznych dla producentów energii ze źródeł odnawialnych. Producent energii odnawialnej (np. wiatrowej) otrzymuje ilość świadectw proporcjonalną do produkcji prądu, które sprzedaje spółkom handlującym energią. W 2017 roku elektrownie wiatrowe w Polsce wyprodukowały ok. 14 TWh prądu, do tego trzeba dodać małe elektrownie wodne, fotowoltaikę i część instalacji spalających biomasę. Przyjmując ostrożnie, że o certyfikaty ubiegają się producenci jednej dziesiątej polskiej energii elektrycznej wzrost ich ceny powinien podnieść cenę prądu o 9 zł/MWh. Dzisiejsze notowania certyfikatów nie są wysokie – w latach 2009-2012 ich cena utrzymywała się powyżej 250 zł/MWh.

Rysunek 3. Ceny zielonych certyfikatów. Źródło.

4. Powód czwarty – nacjonalizacja energetyki

Po prawie trzydziestu latach eksperymentu z własnością prywatną w energetyce ponownie powracamy do modelu, w którym praktycznie wszystkie zakłady wytwórcze należą do państwa. W zeszłym roku PGE odkupiło od francuskiego giganta EDF elektrownię węglową w Rybniku oraz sieci ciepłownicze w kilku miastach za 4,5 mld zł. Wcześniej państwowa Enea kupiła za ponad 1 mld zł elektrownię Połaniec od francuskiego Engie. Dodatkowo w ciągu ostatnich kilku lat państwowe spółki energetyczne wpompowały miliardy złotych w górnictwo (m.in. przejmując udziały kontrolne w jak dotąd prywatnej kopalni Bogdanka). Jednocześnie trwa budowa dwóch bloków energetycznych w kopalni Opole za 11 mld zł, oraz kolejnego wielkiego bloku w Jaworznie za ok. 6 mld zł. Niedawno ukończono rozruch bloku 1075 MW w Kozienicach o wartości ponad 6 mld zł. Polscy wytwórcy energii wydali na tę inwestycje łącznie ok. 30 mld zł i będą chcieli odzyskać pieniądze z opłat za prąd. Przyjmując, że czas zwrotu wyniesie 5 lat (na horyzoncie jest przecież budowa elektrowni jądrowej i wsparcie elektromobilności) nasi wytwórcy powinni doliczać do marży ok. 36 zł od każdej sprzedanej w Polsce megawatogodziny prądu.

5. Powód piąty – upały i susza

Polska energetyka nie radzi sobie dobrze z wysokimi temperaturami, zwłaszcza gdy towarzyszy im susza. Latem zapotrzebowanie na prąd nie jest tak wysokie jak zimą, ale wysokie temperatury powodują, że elektrownie cieplne (czyli wszystkie wykorzystujące spalanie) tracą 5-10% mocy maksymalnej. Latem również przeprowadzana jest większość dłuższych remontów. Niskie poziomy wody w rzekach również utrudniają chłodzenie elektrowni – wiele z nich (m.in. Połaniec, Kozienice) jest chłodzonych bezpośrednio wodą z rzeki. Ilość oddawanego ciepła jest tak ogromna, że wystarczy aby ogrzać całą wodę w Wiśle o kilka stopni. Przepisy o ochronie ryb ograniczają maksymalną temperaturę wody zrzucanej do rzeki – elektrownie muszą się dostosować zmniejszając produkcję. Kolejne gorące i suche lato przypomniało, że upalne dni stają się dla Polski normą, a prąd powinien być droższy, aby zrekompensować energetyce rosnące koszty. Wpływ klimatu jest trudny do dokładnego zmierzenia, ale na pewno zdążył podnieść już cenę energii o kilka zł/MWh.

6. Powód szósty – zatrzymanie inwestycji w OZE

Od 2015 roku ma miejsce bezprecendsowa ofensywa rządu przeciwko odnawialnym źródłom energii, przede wszystkim wiatrowym. Nowa władza nie tylko podcięła podstawy ekonomiczne funkcjonowania branży obcinając wsparcie i dokładając dodatkowe opłaty, ale też zakazała stawiania nowych elektrowni wiatrowych w dużej odległości od zabudowań. Na skutek tego inwestycje w elektrownie wiatrowe spadły prawie do zera, a potencjalni zainteresowani innymi technologiami (np. fotowoltaiką, biogazem) obawiają się, że państwo potraktuje ich tak samo. Brak nowych inwestycji to wyższe ceny prądu – źródła odnawialne o niskich kosztach zmiennych (zwłaszcza wytwarzanie z wiatru i słońca) wypychają z rynku najdroższe źródła konwencjonalne powodując obniżenie ceny giełdowej energii a w dłuższej perspektywie również obniżenie ceny energii dla konsumenta.

7. Powód siódmy – polityka zagraniczna rządu

W 2018 roku stało się jasne, że polski rząd nie jest w stanie załatwiać ważnych spraw w Komisji Europejskiej na zasadzie negocjacji i porozumienia. Polska energetyka bardzo liczyła na ulgowe traktowanie przez Unię Europejską ze względu na historyczne uzależnienie Polski od węgla. Jesteśmy jedynym krajem w UE o tak wysokiej emisji dwutlenku węgla z każdej kilowatogodziny prądu i z każdego produktu wytworzonego przez gospodarkę. Większość państw UE widzi dekarbonizację jako szansę na zwiększenie własnej konkurencyjności. Obecny polski rząd zwleka z przyłączeniem się do tych działań, a równocześnie nie jest w stanie stworzyć grupy państw na tyle silnej, aby powstrzymać ten trend. W tej sytuacji polska energetyka traci podmiotowość i staje się biernym odbiorcą regulacji napisanych przez większość podejmującą decyzje w UE. Najwięksi polscy wytwórcy energii nie mają reprezentantów o rzeczywistym wpływie na kształt regulacji i będą musieli dostosować się do przepisów tworzonych z myślą o ich konkurentach z Francji, Słowacji, Finlandii, Danii czy Portugalii. Koszty będą musiały zostać zapłacone przez konsumentów energii, którzy nie mają wyboru, bo połączenia międzygraniczne nie umożliwiają importu dużej ilości energii z zagranicy.

Bernard Swoczyna

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly