ArtykulyPowiązania

Dmitrij Orłow: Szóste stadium upadku – koniec środowiska

Nie chcemy zmieniać tego, kim jesteśmy, aby żyć w zgodzie z naturą; chcemy, aby przyroda dostosowała się do nas, a my żebyśmy pozostali tacy, jacy jesteśmy. W międzyczasie nadal prowadzimy wojnę ze smutnymi resztkami plemion, które kiedyś żyły w równowadze z naturą, oferując im “edukację”, “rozwój gospodarczy” i szansę zagrania pośledniej rólki w naszych zgubnych, ekonomicznych grach o sumie ujemnej. W obliczu takich opcji ich często obserwowana skłonność do nicnierobienia i pijaństwa wygląda na wybór absolutnie racjonalny. Minimalizuje szkody. Ale i tak może już być za późno. Przedstawię tylko dwa przykłady; jeśli nie przypadną Wam do gustu, istnieje mnóstwo innych.

Kup sobie bilet lotniczy do wybranego tropikalnego raju i zakwateruj się w kurorcie położonym nad brzegiem oceanu. Wstań o świcie i udaj się na plażę. Zobaczysz mnóstwo ciemnoskórych ludzi z taczkami, wiadrami, łopatami i grabiami, którzy zgarniają wyrzucone nocą na brzeg odpady, aby w oczach turystów plaża prezentowała się schludnie, bezpiecznie i reprezentacyjnie. A teraz udaj się na spacer wzdłuż brzegu, poza skupisko kurortów i hoteli, gdzie plaża nie jest na okrągło grabiona do czysta. Przekonasz się, że usłana jest odpadami tak obficie, że przebrnięcie przez nią bywa niemal niemożliwością. Zalega tam trochę materiału pochodzenia naturalnego, drewno i wodorosty, ale większość zanieczyszczeń ma charakter syntetyczny. Wiele z nich składa się z polipropylenu, siatki nylonowej, liny i styropianowych pławików pozostawionych przez rybołówstwo przemysłowe. Kolejna duża kategoria to jednorazowe pojemniki: kremy do opalania i butelki po szamponie, butelki po detergentach, butelki po wodzie mineralnej, pojemniki typu fast-food i tak dalej. Tajfuny i huragany mają interesujący wpływ organizacyjny na plastikowe śmieci, zatem obok stosów dzbanów po oleju silnikowym znajdziecie stosy plastikowych naczyń, a obok nich stosy butelek po wodzie, jakby ktoś rzeczywiście zadał sobie trud ich posortowania. Na plaży w pobliżu Tulum w Meksyku znalazłem kiedyś całą kolekcję plastikowych sandałów dziecięcych w różnych kolorach, fasonach i rozmiarach.

Pozostawione na plaży plastikowe śmieci ulegają z czasem foto-degradacji, odbarwiają się, kruszeją, rozkładają na coraz to mniejsze i mniejsze kawałki. Końcowy rezultat tego procesu to plastikowy pył, która może utrzymywać się w środowisku przez stulecia. Powoduje spustoszenie w ekosystemie, ponieważ wiele zwierząt myli plastikowe cząstki z pożywieniem i połyka je lub karmi nimi swój młode. Plastikowe resztki rozpuszczają się w brzuchu, powodując zatrucie, gromadzą się też w przewodzie pokarmowym, zatykając go lub wypełniając całkowicie żołądek, powodując śmierć głodową. Dewastacja utrzyma się przez wiele wieków, a proces ten jest w toku: ocean umiera. Na dużych jego obszarach plastikowe cząstki przewyższają liczebnością plankton, który stanowi podstawę oceanicznego łańcucha pokarmowego.

Działania ludzi na Ziemi przypominają opanowywanie przez kosmitów obcej planety, zamieszkiwanej przez bezbronne istoty. Ostatecznym skutkiem może być nawet zniszczenie życia na Ziemi, lub w najlepszym razie wyginięcie znacznej liczby gatunków zwierząt i roślin.

Wyniszczające skutki plagi plastiku obecne są także na lądzie. Zgromadzone przez służby sanitarne odpady z tworzyw sztucznych są zazwyczaj spalane, ponieważ ich recykling byłby zbyt kosztowny. Plastik może zostać spalony stosunkowo bezpiecznie i czysto, ale wymaga to bardzo wysokich temperatur i może być wykonywane jedynie w specjalistycznych instalacjach. Elektrownie mogą spalać plastik jako paliwo, ale plastikowe śmieci są rozproszonym źródłem energii, wymagają dużo miejsca, same zużywają dużo energii, a koszty transportu do elektrowni mogą spowodować ujemny bilans energetyczny. Zatem całe mnóstwo plastikowych śmieci spala się po prostu w otwartych dołach, w niskich temperaturach, uwalniając przy tym do atmosfery szeroką gamę toksycznych substancji chemicznych, włącznie z tymi, które zakłócają funkcjonowanie układów hormonalnych zwierząt. Konsekwencje obejmują nieprawidłowości rozwojowe narządów płciowych, bezpłodność i otyłość. Patologiczna nadwaga w wielu częściach świata osiągnęła już rozmiary epidemii, dotyka nie tylko ludzi, ale również inne gatunki. Tutaj pogrzebana jest nasza przyszłość: zakłady chemiczne nadal masowo produkują materiały syntetyczne, większość z nich trafia do środowiska i rozkładając się, powoli uwalnia swój ładunek toksyn. W tym samym czasie ludzie i zwierzęta przeobrażają się w otyłe, bezpłodne kreatury. Najpierw dowiadują się, że nie są w stanie urodzić zdolnego do rozrodu męskiego potomstwa. Proces już trwa: liczba plemników spada w całym rozwiniętym świecie. Następnie nie będą mogli wydać na świat normalnych, męskich niemowląt bez zaburzeń płciowych. Potem nie będą zdolni powić męskiego potomstwa, co dotyka wiele gatunków morskich. Ostatecznie spotyka ich wymarcie.

Miej na uwadze, że realizacja tego scenariusza nie wymaga żadnej katastrofy czy wypadku, wystarczy niezakłócony, codzienny bieg spraw. Za każdym razem, kiedy kupujesz butelkę szamponu, butelkę wody lub kanapkę zawiniętą w plastik lub zamkniętą w winylowym pudełku, posuwasz jego realizację naprzód. Wystarczy, aby przemysł petrochemiczny [który dostarcza materiał wsadowy – przede wszystkim ropę i gaz ziemny] i zakłady chemiczne, które przetwarzają je w tworzywa sztuczne, funkcjonowały nadal. Nie wiemy, czy ilość plastiku i toksyn towarzyszących, obecnych już w środowisku, wystarczy, aby doprowadzić do naszego wyginięcia.

Jeszcze w czasach młodości naszych dziadków nie było tego problemu, bo sztucznych związków organicznych prawie nie produkowaliśmy. Jednak w ubiegłym wieku światowa produkcja syntetycznych związków chemicznych wzrosła praktycznie od zera w latach 40. do 200 mln ton w 2000 roku. Fabryki chemiczne na całym świecie wytwarzają jakieś 100 000 związków chemicznych, z których 30 000 produkowanych jest w ilościach powyżej 1 tony rocznie. Oczywiście, zgodnie z logiką obecnego systemu wzrostu, planujemy dalszy wzrost produkcji, według planów przemysłu chemicznego szybszy od wzrostu światowego PKB.

Ale z pewnością nie chcemy zrezygnować z chemii syntetycznej i powrócić do nauki o materiałach sprzed roku 1950, bo tak się składa, że byłby to kiepski interes. Cóż, prawdopodobnie nie chcesz być ofiarą gatunkowego wymierania, ale jeśli zdecydujesz, że i tak Nas to spotka, prawdopodobnie zapragniesz trwać w wygodzie i ucywilizowaniu aż do samego końca. A życie bez nowoczesnych syntetyków byłoby przecież niekomfortowe, prawda?

Ten tragiczny rezultat może nie być nieunikniony. A jeżeli nie jest nieunikniony, to stanowi główny problem, który warto rozwiązać. Rozwiązanie może być niemal arbitralnie kosztowne pod względem utraty życia i fortuny. Zasugeruję pokornie, że warte jest wszystkich pieniędzy świata, a także kilku miliardów istnień, bo jeśli rozwiązanie nie zostanie znalezione, owa fortuna i życie tak czy inaczej przepadną.

Pozostawia to nas – osoby zorientowane na przetrwanie – na abstrakcyjnym, bezosobowym poziomie, z pragnieniem, aby finansowy, handlowy i polityczny upadek globalny nastąpił wcześniej niż później.

Rozwiązanie musi się znaleźć, ale nie wiem, jak miałoby wyglądać. Za niepewne uważam beztroskie założenie, iż upadek cywilizacji po prostu upora się z tym problemem za nas. Niektórzy ludzie mogą uznać ten temat za tak przygnębiający, że poczują potrzebę, aby położyć się [w wygodnej pozycji, na czymś ciepłym i miękkim] i umrzeć. Lecz mogą być i tacy, u których duch walki tli się jeszcze i którzy swoim dzieciom i wnukom chcą pozostawić planetę umożliwiającą przetrwanie. Nie oczekujmy, że skorzystają z tradycyjnych, ortodoksyjnych metod, aby zgodnie pracować i bawić się z innymi, lub okażą uprzejmość i rozsądek w relacjach z resztą z nas. Należy tylko żywić nadzieję, że mają plan i zabiorą się do roboty.

Fragment artykułu Dmitriego Orłowa, via Exignorant (całość tłumaczenia)

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly