ArtykulyPowiązania

Dlaczego ludzi ekologia nudzi?

Uwaga: nie będę nikogo przekonywać, że lodowce topnieją, a dwutlenek węgla im w tym pomaga. Co więcej – wytłumaczę, dlaczego efekt cieplarniany większość z nas średnio grzeje.

Ekologia nudzi?Dobrze, napiszmy otwarcie: ekologia to nuda. Niezwykle słuszna i ze wszech miar pożyteczna, ale jednak nuda. A teraz, zanim zginę z rąk oburzonych ekologów przysypana stosem (posegregowanych) śmieci, powiem wam, dlaczego tak myślę. Dlaczego myśli tak wielu ludzi, mimo że publicznie nikt się do tego nie przyzna.

Dopóki wygłaszanie haseł, popieranie akcji, mentalne spychanie wielorybów do oceanów i obnoszenie się z płóciennymi torbami nic nas nie kosztuje – wszyscy jesteśmy ekologami. Bycie ekologicznym to dziś rodzaj publicznego lansu. Sytuacja zmienia się w domowym zaciszu. Woda z kranu leje się, tak jak się lała, żarówki świecą się niepotrzebnie godzinami i rzadko kiedy znajdujemy w sobie tyle samozaparcia, by do sklepu pojechać rowerem, a nie samochodem. Teksty o ekologii w prasie? Popieramy, ale ziewamy. Tylko firmy, które dają do nich reklamy, myślą, że ktoś z zapartym tchem przeczyta o efekcie cieplarnianym czy rosnącym poziomie wód w oceanach.

Bo choć z pewnością wszyscy jak jeden mąż przyznamy, że trzeba robić więcej dla ochrony środowiska, ekologia nas nuży i męczy. Dlaczego? Co takiego dzieje się w naszych mózgach, że nasze szare komórki tak trudno zazieleniają się ekologicznymi ideami?

Do odpowiedzi na to pytanie powołano w USA poważną instytucję naukową. Nazywa się Center for Research on Evironmental Decisions (CRED) i zajmuje się badaniami nad stosunkiem przeciętnego Amerykanina do ochrony środowiska. Po co? Bo ładujący miliony dolarów w ekologię amerykański rząd chce wiedzieć, dlaczego pojedynczy obywatel ma to w nosie. I choć badania dotyczą Amerykanów, równie dobrze możemy odnieść je do siebie. O naszym ekologicznym oportunizmie nie decyduje bowiem kultura, w której się wychowujemy (a w każdym razie w małym stopniu), lecz mechanizmy psychologiczne wspólne dla całego ludzkiego gatunku. Ich rozszyfrowaniem zajął się sztab psychologów i socjologów.

W zasadzie sprawa wcale nie jest taka nowa – przecież wraz z powstaniem wiedzy o ochronie środowiska nie wykwitł w naszym mózgu żaden nowy ekoośrodek. Wszystkie struktury, w których przetwarzamy zielone dane, tkwią tam już od dawna. Czym się zajmują? Podejmowaniem decyzji. Szacowaniem zysków i strat. Oceną ryzyka i związanym z tym zapewnieniem przeżycia. Ekologiczny czy nie – nic ich to nie obchodzi. Wybór jest wyborem. A naszymi wyborami rządzą z góry określone zasady.

Mózg to księgowy, nie idealista

Po pierwsze, tak jesteśmy skonstruowani, że bardziej niż na odległych zyskach zależy nam, by nie ponosić strat dzisiaj. Wyobraźmy sobie, że za sto lat na Ziemi będzie się lepiej żyło, jeśli dziś kupimy ekologiczny (i na razie droższy) samochód. Kto gotowy? No właśnie. I tak jest ze wszystkim. Dlaczego mam nie zjeść mandarynki (pomyśl o śladzie węglowym, jaki pozostawia w środowisku jej transport do twojego warzywniaka)? Dlaczego mam się uganiać po mieście za ekologicznym proszkiem do prania, skoro tani mogę kupić za rogiem?

Zysk z rezygnacji z naszych przyzwyczajeń jest tak odległy w czasie i przestrzeni, że dla naszego osadzonego tu i teraz umysłu prawie nie istnieje. Zmieniamy się tylko wtedy, gdy zysk jest natychmiastowy. Oszczędzamy wodę, kiedy mieszkamy w domu z małym szambem, segregujemy śmieci, jeśli to sprawia, że płacimy mniej za ich wywóz. Zwykła ekonomia. Nasz mózg to księgowy, nie idealista. Na dodatek o materialistycznym podejściu do świata – dlatego nie lubi niczego przyjmować na wiarę. Ufa zmysłom i doświadczeniu. Więc pomyślmy – jaki efekt cieplarniany, skoro w zeszłym roku w styczniu było -20 stopni Celsjusza? I mówią, że woda w oceanach podnosi się co pewien czas o centymetr. I że gdzieś hen, daleko, topnieją lodowce. Ktoś to widział? Może ci na Alasce.

No właśnie, naukowcy postanowili to sprawdzić. No bo już gdzie jak gdzie, ale na Alasce świadomość topnienia lodowców powinna być duża. W 2005 roku doktor Anthony Leiserowitz ze School of Forestry and Environmental Studies w Yale University pojechał ocenić świadomość Alaskan. Co stwierdził? Poza Eskimosami żyjącymi z polowań (zauważyli oni, że zwierząt ubywa i że rozpuszcza się lód) nikt inny nie uważał zmian klimatycznych za realne zagrożenie. Dlaczego? Czemu nasz mózg jest głuchy i ślepy na syreny ekologów?

Daniel Gilbert, psycholog z Harvard University, twierdzi, że problem globalnego ocieplenia zgrabnie omija wszystkie mechanizmy alarmowe, jakie wyewoluowały w naszym mózgu. Dlatego trudno nam uwierzyć, że zmiany klimatyczne są naprawdę groźne. Nie mają żadnej cechy, którą można by na zdrowy rozum zakwalifikować jako zagrażającą. Są bowiem stopniowe (a zatem w zasadzie niewidzialne). Są „nieożywione” (a nasza instalacja alarmowa w drodze ewolucji wyspecjalizowała się do reagowania na działania ludzi czy zwierząt). Wymagają racjonalnego, a nie emocjonalnego przetworzenia. Tymczasem to właśnie emocje – strach, wstręt, złość – a nie rozsądek kierują naszym instynktem samozachowawczym.

Nie da się martwić wszystkim

Elke Weber, psycholog z Columbia University, członek CRED, pokazuje jeszcze jedną pułapkę, w którą wpada myślenie o środowisku: nazywa ją ograniczonymi zasobami zmartwień. – Każdy z nas – tłumaczy badaczka – ma pewną ograniczoną pulę rzeczy, którymi jest w stanie się przejmować. Dlatego kiedy niepokoimy się kryzysem finansowym, sprawy ekologii wypadają poza obszar naszych zainteresowań.

W sytuacjach zagrożenia mamy też – czego dowodzą badania psychologów – niezwykłą łatwość zaspokajania swego bezpieczeństwa. Wystarczy, że podejmiemy tylko jedno działanie (często wcale nie najbardziej optymalne), które sprawi, że poczujemy się lepiej, a już osiadamy na laurach i nie próbujemy robić nic więcej. Psychologowie z CRED ilustrują to przykładem argentyńskich rolników. Ich uprawy zagrożone były powodzią. Zaoferowano im kilka możliwości zabezpieczenia się przed nieszczęściem: lepsze magazyny, finansowe ubezpieczenie zbiorów, drenaż pól. I co? Ci, którzy mieli magazyny, nie dokonywali melioracji ani nie korzystali z ubezpieczenia. Ci, którzy meliorowali, nie budowali magazynów, a ci, którzy się zabezpieczali finansowo, także uznawali, że zrobili już wystarczająco dużo.

Podobny model zachowania przejawiamy wobec zagrożeń ekologicznych: oszczędzamy energię, to marnujemy wodę. Segregujemy śmieci, więc nie inwestujemy w panele słoneczne. Amerykanie wybrali Obamę, więc uznali, że środowisku od razu zrobiło się od tego lepiej (tak mówią sondaże przeprowadzone wśród Demokratów).

Instynkt stadny

Czy zatem przyszłość Ziemi została pogrzebana w naszych niereformowalnych mózgach? Cóż. Dobrze nie jest. Choć pewną szansą dla programów ekologicznych jest nasz instynkt stadny. Wystarczy go dobrze wykorzystać. Jako zwierzęta społeczne chętniej bowiem robimy coś, co robią też inni. Zwłaszcza zaś ci, których uważamy za członków tej samej co nasza formacji społecznej. Mówi o tym teoria wpływu społecznego. Jeden z głównych specjalistów od niej, amerykański psycholog Robert Cialdini, sprawdził to w prosty sposób. W pokojach jednego z hoteli umieścił kartki nawołujące do oszczędnego korzystania z ręczników. Na jednych kartonikach jako przyczynę podał dbałość o środowisko (trzeba rzadziej prać, zużywa się mniej detergentów), na innych napisał, że robi tak większość gości. I co? O 30 procent lepszy efekt uzyskał, używając tego drugiego argumentu.

Okazuje się także, że jako stado jesteśmy skorzy do większych poświęceń dla zysków w odległej przyszłości. Mówiąc do stada, uzyska się lepszy efekt, niż próbując nawracać jednostki. Jest tu jednakże jeszcze jedna pułapka: nie wolno w stadzie (ani w jednostce) budzić poczucia winy. To właśnie zniechęca nas do ekologii – dyskomfort wobec samych siebie

Dla naszego własnego dobra mózg bardzo dba o to, byśmy mieli o sobie dość dobre mniemanie. W tym celu dokonuje dyskretnych manipulacji w naszych wspomnieniach, wybiela pewne fakty, inne pokazuje w nieco zmienionym świetle. Tymczasem ekologiczni bojownicy wszelkiej maści robią wszystko, by wytrącić nas z tej psychologicznej nirwany. Mówią: to my jesteśmy winni tego zła, którego doświadcza planeta. To człowiek odpowiada za emisję cieplarnianych gazów, dziurę ozonową i wymieranie lasów deszczowych. Skutkiem tej argumentacji jest poczucie winy. A my nie lubimy czuć się winni, więc wypieramy problem. Chcecie mnie skłonić, żebym mniej śmieciła, róbcie to tak, żebym nie przestawała się lubić. Inaczej będę ignorować to, co do mnie mówicie. Globalne ocieplenie? To nie mój problem…

Tak to działa.

autor: Olga Woźniak     źródło: Przekrój

pl Więcej: Fundacja Rokor

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly