Zgodnie z polityką energetyczną kraju do 2020 r. 15% naszej
energii powinno pochodzić ze źródeł odnawialnych. Jednak zamiast pozyskiwać
energię ze źródeł takich, jak np. morskie farmy wiatrowe, polskie elektrownie
znalazły furtkę w postaci współspalania biomasy. Obecnie już 50% tzw. „zielonej
energii” produkowanej w naszym kraju powstaje właśnie ten sposób, a 80%
wykorzystywanej obecnie w tym celu biomasy jest pochodzenia leśnego.
Właściwie wszyscy zgadzają się, że spalanie w kotłach
elektrowni węglowych wysokogatunkowego drewna tylko po to, aby wykazać się, że
energia jest produkowana ze źródła odnawialnego to idiotyzm. Pomysł ten
szczególnie krytykują przemysł meblarski i papierniczy, który musi konkurować o
surowiec z wielkimi elektrowniami, które podbijają cenę drewna, rekompensując
sobie wydatki za pośrednictwem „zielonych certyfikatów”, które otrzymują ze „ekologiczne
współspalanie biomasy”. W latach 2006-2010 firmy współspalające biomasę
uzyskały dodatkowe przychody w postaci zielonych certyfikatów w wysokości
prawie 4 mld zł. Przyznawanie 'zielonych certyfikatów’ i wielkich pieniędzy
firmom produkującym energię ze spalania drewna zmieszanego z węglem to zwykłe
oszustwo. Płacimy za nie wszyscy w rachunkach za energię.
Spalając drewno nie tylko marnujemy cenny surowiec, ale też
wcale nie pomagamy środowisku – wręcz przeciwnie. Fakt powstawania
zanieczyszczeń towarzyszących transportowi biomasy na duże odległości i
spalania drewna w wielkich, nieefektywnych kotłach węglowych sprawia, że
współspalania nie można nazwać produkcją zielonej energii. Tylko w roku 2010
Lasy Państwowe sprzedały ok. 4,5 mln m3 drewna przeznaczając go do
spalenia na cele energetyczne. Ta sama ilość biomasy użyta w małych i
nowoczesnych kotłowniach dałaby dwukrotnie więcej energii, przyczyniając się do
rzeczywistego obniżenia emisji gazów cieplarnianych
Elektrownie korzystają z biomasy leśnej w dużej mierze
pochodzącej z polskich lasów, ale i coraz bardziej zwiększającego się importu.
Biomasa trafia do nas nawet z Afryki. Setki TIR-ów przewozi jej tysiące ton
dziennie. Transport na tak ogromne odległości i związana z tym emisja zanieczyszczeń
sprawia, że nazywanie energii wyprodukowanej z takiej biomasy staje się
ekologicznym absurdem
Krytykujących rozwiązanie ekspertów nikt nie słuchał. Jak to
często bywa, popierany przez lobbystów energetycznych absurd „okopał się w
rzeczywistości”, wszyscy do niego przywykli, a żeby w ogóle zaczęła się dyskusja
na jego temat potrzebna była spektakularna pobudka.
Dostarczył jej Greenpeace, który swoimi kontrowersyjnymi
metodami zmusił do dyskusji na ten temat.
19 marca br. aktywiści Greenpeace z Polski, Węgier, Niemiec,
Czech, Austrii i Słowacji wspięli się na ponad 100 metrową chłodnię kominową
elektrowni w Turowie w województwie dolnośląskim, wywieszając ogromny
transparent z hasłem „WĘGIEL + DREWNO TO NIE ZIELONA ENERGIA”.
Aktywistów aresztowano, jednak wkrótce później ich
zwolniono, a Ministerstwo Gospodarki w obliczu zainteresowania mediów siadło do
rozmów.
Podczas spotkania, które odbyło się 21 marca w Warszawie,
przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki potwierdzili, że zgadzają się z
postulatami Greenpeace w kwestii powstrzymania współspalenia węgla z biomasą.
Ustalono, że ministerstwo dołoży wszelkich starań w celu stopniowego
ograniczenia współspalnia, a w przyszłości całkowitego jego wyeliminowania. Jednocześnie
przedstawiciele ministerstwa podkreślili, że już w tej chwili jest gotowe
rozporządzenie eliminujące współspalnie pełnowartościowego drewna.
Czy jedynie tak agresywne i spektakularne działania mogą
zmusić rządzących do zastanowienia się nad bezsensownymi przepisami?








