ArtykulyPowiązania

Bauman: Panika wśród pasożytów, czyli komu bije dzwon

Jak sugeruje polska wersja Wikipedii, pasożyt to „organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia. Pasożytnictwo to oddziaływanie antagonistyczne między organizmami, które przynosi korzyść jedynie pasożytowi; żywicielowi, zwanemu czasem gospodarzem, związek ten przynosi wyłącznie szkody. Pasożyt może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia, a nawet śmierci”. Angielski Słownik Oksfordzki podąża z miejsca do sedna sprawy: pasożyt to zwierzę lub roślina „żerujące na innym organizmie”, a także „osoba, której rola lub czyny przypominają pasożyty zwierzęce”.

Tym „innym organizmem”, na którym żeruje gatunek pasożytniczy zwany Homo sapiens, jest planeta zwana Ziemią. To właśnie ją doprowadzić on może „do wyniszczenia, a nawet śmierci”; tyle że w odróżnieniu od pasożytów zwierzęcych czy roślinnych nie znajdzie żywiciela zastępczego. W odróżnieniu od tych innych stworzeń, dla których nazwę „pasożyt” wymyślił (by dopiero grubo poniewczasie pojąć, że do jego własnego sposobu-bycia-w-świecie ta nazwa jak ulał pasuje), pasożyt zwany Homo sapiens jest więc jedynym z pasożytów, który doprowadzając organizm żywiciela „do wyniszczenia, a nawet śmierci”, nie może nie doprowadzić zarazem do „wyniszczenia, a nawet śmierci” samego siebie. Tę wyjątkowość zawdzięcza Homo sapiens temu właśnie, że jest sapiens; że myśli – że stawia sobie cele i szuka, nie bez powodzenia, środków ku nim wiodących. Im lepiej mu to się udawało i udaje, tym bliżej mu do wyginięcia: do samozniszczenia i zbiorowej śmierci.

Nie od pierwszej chwili gatunek ludzki mógł się chełpić takim niebywałym potencjałem – co najwyżej ćwiczył od czasu do czasu swe niezwykłe samobójcze kwalifikacje tu i ówdzie, jak choćby w przypadku Wyspy Wielkanocnej, odległej o 3500 mil morskich od najbliższego kontynentu. Na początku XVI stulecia mieszkańcy Wyspy opływali w dostatki (Wyspa Wielkanocna, powiada Harald Welzer, oferowała w tamtych czasach „warunki średniej klasy raju”), gdy jednak w XVIII wieku dotarli do nich pierwsi Europejczycy, a wśród nich kapitan James Cook, zoczyli ziemię całkowicie pozbawioną drzew i niemal bezludną; nieliczni jej mieszkańcy byli „drobni, pochyleni, bojaźliwi i ponurzy” i tylko szczury służyły im za zwierzynę łowną. Żaden potop, huragan, trzęsienie ziemi i żaden obcy najeźdźca nie przepędził tubylców z rajskich ogrodów na przedpola zagłady: powędrowali ku zagładzie o własnych siłach, prowadzeni własną przemyślnością. O własnych siłach, prowadzeni własną przemyślnością, my, ludzie nowocześni, wędrujemy wypróbowaną przez nich drogą. Tyle że dziś, zbrojni w nowoczesne ambicje i technikę na ich miarę skrojoną, jesteśmy już „siłą złego” dla planety, a nie wybranych jej zakątków.

Z listy pozornie niezwiązanych ze sobą kataklizmów, jak kruszenie się więzi wspólnotowych, wojny domowe, których zakończenia powaśnione strony boją się bardziej niż ich bezkresności, imperializmy sąsiedzkie i rzezie międzyplemienne, rosnące rzesze uchodźców i wygnańców, otchłanna, a wciąż pogłębiająca się i wciąż liczniejszych nabierająca wymiarów nierówność społeczna, rozrost pustyń równoległy do kurczenia się pastwisk i ziem uprawnych itd, itd., wyłania się ponura wizja zbiorowego obłędu; obłędu tym przeraźliwszego, że samonapędzającego się i samoprzyspieszającego. W tym szaleństwie, by za Szekspirem powtórzyć, jest metoda. Podobna do tej, dodajmy, która każe lemingom tłoczyć się ku przepaści, depcząc się nawzajem i tratując po drodze.

A że do tego dojść prędzej czy później musi, jeśli ludzkie lemingi nie otrzeźwieją, nie pójdą po rozum do głowy i nie przyhamują swych stadnych popędów, ostrzegała już sto lat temu Róża Luksemburg. Już wtedy wytłumaczyła, dlaczego alarm jest uzasadniony. Sposób życia przyjęty od pewnego czasu przez gatunek Homo sapiens, sposób ochrzczony mianem „kapitalizmu”, polegał już wtedy, jak i dziś polega, nie tyle na samoodtwarzaniu się, ile na kompulsywnej ekspansji; nie mógł kapitalistyczny sposób życia i ludzkiego współżycia trwać inaczej niż na drodze „reprodukcji rozszerzonej” wbudowanej w jego sposób istnienia – będącej jego sposobem istnienia.

Gdyby Róży nie uśmiercono i pozwolono jej dożyć nieco późniejszych czasów, wskazałaby zapewne na panikę, w jaką wpadają kapitalistyczne rządy na wieść o „zerowym wzroście”, nie mówiąc już o „ujemnym” – i zauważyłaby, że taka panika nie dziwi, jako że wszystkie dostępne kapitalizmowi sposoby radzenia sobie z kłopotami, które sam na co dzień i w masowej skali wytwarza, zakładają nieprzerwany wzrost dochodów. A znów ów wzrost dochodów „reprodukcją rozszerzoną” zwany jest nie do pomyślenia bez znajdowania i przechwytywania pod eksploatację coraz to nowych „ziem dziewiczych”, dotąd przez kapitalizm nietkniętych, a więc jeszcze jego logice samopożerania nie poddanych, z sił żywotnych (czytaj: dochodowego potencjału, zdolności pomnażania zysków) jeszcze nie wyssanych i z żyzności nie obrabowanych. Ale jak każdy rolnik prędzej czy później na własnej skórze doświadczy, co się z żyzności gleby uszczknęło, trzeba glebie przywrócić, a im więcej się uszczknie, tym kosztowniejsze będzie odrabianie straty. Prędzej czy później dalsze inwestycje okażą się nieopłacalne. Wczoraj dziewicze i pełne rozrodczego wigoru ziemie, dziś wyschłe i jałowe, wypadnie porzucić na pastwę wiecznie łakomych pustyń. Na szczęście dla kapitalizmu są inne jeszcze ziemie w dziewictwie trwające…

Róża nie dożyła chwili, w której to ostatnie zdanie miało – musiało – przestać być prawdziwe. A ta chwila właśnie nadchodzi. Wyprawa kapitalizmu na podbój globu dobiega swego naturalnego, by tak rzec, kresu. Kapitalizm zwyciężył – w skali tym razem globalnej. A to znaczy: wchłonął już wszystko, co było do wchłonięcia, a czego wchłanianie było jego sposobem życia: jedyną dostępną mu formą istnienia. Jak to ujął Francis Fukuyama, nie całkiem zdając sobie sprawę ze złowieszczego sensu swego obwieszczenia, historia się skończyła… A jak cierpko owe zakończenie czy kończenie się historii podsumowuje Harald Welzer: „Ten eksperyment świata trwa dopiero 40 tysięcy lat, jego zachodni wariant 250 lat – a w tym nieznacząco krótkim okresie zniszczono więcej fundamentów przeżycia niż przez poprzednie 39 750. Zniszczone fundamenty przetrwania to nie tylko unicestwione szanse przeszłości, ale także przyszłości”.

Tę ostatnią, 250 lat sobie zaledwie liczącą kapitalistyczną fazę podboju planety przez Homo sapiens, zwiemy globalizacją. Obecny stan planety, udokumentowany przez Haralda Welzera, jest jej następstwem. Za znamię główne tego stanu uznaje on „wojny klimatyczne” czy ściślej biorąc, „wojny o zasoby” – wyrywanie sobie wzajemnie okruchów z biesiadnego stołu dopiero co suto dla uczczenia zwycięstwa zastawionego. „Wojny klimatyczne” można by z równym powodzeniem nazwać „globalizacyjnymi”. Główną (jedyną?) w nich stawką jest prawo do globalnego statusu; prawo zwycięzców oczywiście – bo jeśli o pokonanych chodzi, zdobyte przez zwycięzców prawo do globalności równa się przymusowemu zlokalizowaniu – dożywotniemu skazaniu na lokalność (czytaj: na wygrzebywanie niedojedzonych resztek z miejscowych kubłów na śmieci). Co jest dla jednych trofeum zwycięskiej wojny wyzwoleńczej, odbija się innym statusem glebae adscripti – przygwożdżenia do gruntu. W skali ogólnoplanetarnej, jak i wewnątrz państwowo-narodowych opłotków, swoboda poruszania się po świecie (czyli ucieczki z terenów wyjałowionych i zdewastowanych i pozostawiania ruin tubylcom do uprzątania) jest dziś najbardziej pożądanym z przywilejów klasowych i głównym, być może i jedynym czynnikiem, ale w każdym razie metaczynnikiem, społecznej globalnej i lokalnej nierówności; i najbardziej miarodajnym wskaźnikiem społecznych podziałów. Dziś – to znaczy w fazie bezpardonowej walki o podział raptownie kurczących się dóbr, jaka następuje po kończącej się już fazie wykłócania się o udział w radośnie i niefrasobliwie, bez przejmowania się następstwami pomnażanych dobrach.

Wojny klaustrofobiczne

U podstaw rozdzierających dziś świat konfliktów tkwi świadomość albo podświadome i niewyartykułowane, ale nie mniej przez to dojmujące poczucie ciasnoty; jeśli w nadchodzących stuleciach będzie jeszcze komu historiografią się zajmować, być może nasze czasy zapisane zostaną w annałach historycznych jako epoka wojen klaustrofobicznych. Kto ma czego przed intruzami pilnować, wymyśla dla ochrony dobytku przed włamywaczami Schengen i Frontex, owe współczesne odpowiedniki średniowiecznych upstrzonych strzelnicami wałów, mostów zwodzonych i fos; albo naszpikowany kamerami szpiegowskimi mur wzdłuż granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku; albo obozy przechwytujące uciekinierów tuż przy granicy krajów, z których ich przepędzono – a więc w bezpiecznej odległości od własnych spichlerzy i zbiorników wody pitnej. Kto zaś nie ma nadziei na to, by się na miejscu dorobić czegokolwiek, co warte byłoby ochrony, ciuła obole na spłacenie przemytniczych charonów, obiecujących przewieźć przez morza do ziemi obiecanej, które może i mogłyby do wybrzeży krainy mlekiem i miodem płynącej przycumować, gdyby nie to, że – jak zauważa Welzer – „uchodźcy ci zostaną odesłani lub umrą” dlatego, „że w krajach strefy Schengen panuje zgoda, co do tego, że są oni niechciani”…

Wszystkie te zjawiska, i wiele innych z nimi związanych, Welzer zebrał starannie, jak chyba nikt przed nim, i wnikliwiej niż inni opisał. Wprawdzie przyrodnicy piszą dużo o wyniszczaniu przyrody, a wraz nią i środków ludzkiego utrzymania, ale zgodnie z wymogami i kompetencjami swego zawodu skupiają wzrok na przyrodniczych właśnie procesach. A wszak, jak słusznie upiera się Welzer, te przyrodnicze ponoć kataklizmy zarówno ze względu na swe przyczyny, jak i następstwa są katastrofami społecznymi: „Wszystko to nie są katastrofy naturalne choćby z tego względu, że ich źródłem są procesy wywołane przez ludzi. Ich skutki są w każdym razie społeczne. Oznaczają one konflikty wszystkich tych, którzy korzystają ze wspólnych, zbyt skromnych zasobów. A także tych, którzy muszą opuścić niedające się już zamieszkać obszary i chcą się osiedlić tam, gdzie jest już ktoś inny. Oznaczają też dewastację przyszłości”. Cóż z tego! Socjologowie czy politolodzy zapatrzeni w tabele statystyczne odprawiają „katastrofy naturalne” na margines swoich zainteresowań wraz z pozostałymi „anomaliami” zakłócającymi tu i ówdzie normalny bieg rzeczy, porządek społeczny i spokój ducha jego badaczy.

„Nauki społeczne i badania kultury są całkowicie zafiksowane na normalności i ślepe na katastrofy. (…) Tymczasem po stronie nauk społecznych i kulturowych panuje cisza, tak jakby zjawiska w rodzaju załamywania się społeczeństwa, konfliktu o zasoby, masowych migracji, zagrożeń bezpieczeństwa, lęku, radykalizacji, ekonomii wojny i przemocy i tak dalej nie podpadały pod ich kompetencje”. A tymczasem, jak dowodzi Welzer, katastrofy społeczne odsłaniają kulisy społeczeństwa, ujawniają jego funkcjonalne i dysfunkcjonalne zależności, które inaczej pozostałyby ukryte; uchylają drzwi pozwalające dojrzeć życie podziemne społeczeństwa i tym samym ukazują, na jakich założeniach co do „normalności” opiera się jego funkcjonowanie. Pokazują nierówności szans życiowych i szans przeżycia, które w czasach „normalności” łagodzone są przez różne instytucje i rozdzielone według dzielnic czy miejsc pracy, a przez to mniej widoczne. Zdzierają wreszcie zasłonę ze słabości administracji, które występują przecież także wówczas, gdy nikt ich nie sprawdza, i wskazują, że za każdym razem przemoc stanowi dostępną opcję działania.

Ukąszeni przez tse-tse

Czas najwyższy przebudzić się ze zbiorowej śpiączki. Wprawdzie nie tylko socjologów mucha tse-tse ukąsiła, ale to oni właśnie, wespół z pozostałymi przedstawicielami nauk społecznych i kulturoznawczych, większą od innych dźwigają odpowiedzialność za wydobywanie ukąszonych ze śpiączki. Rzecz w tym bowiem, że w odróżnieniu od dawnych czasów natura gróźb, jakich należałoby się wystrzegać, jest daleka od jasności – te spośród gróźb najpotworniejsze wyskakują z ukrycia jak grasujący na drogach bandyci.

O nadciągającym ociepleniu klimatu nie powiadomi nas żaden z pięciu zmysłów, a i jego następstw byśmy się nie domyślili, gdyby eksperci nam w tym nie dopomogli. Moc naszej wyobraźni, jak Günther Anders, wielki filozof ery Auschwitz, Kołymy i Nagasaki, uparcie choć, niestety, bezskutecznie przypominał, pozostała daleko w tyle za mocą naszych zrealizowanych już lub potencjalnych dokonań: nieporównanie więcej potrafimy wyrządzić szkody, niż sobie wyobrazić. Przejęci zadaniami do wykonania na bieżąco i wedle nich mierzący walor własnych poczynań, nie mamy ani czasu, ani okazji, by unaoczniać sobie ich efekty niezaplanowane, współbieżne lub uboczne – które to efekty wymazujemy z pola widzenia jako do spraw aktualnie na wokandzie nie tylko się nie odnoszące, ale i w ich załatwieniu przeszkadzające – a to przez odrywanie od nich uwagi i rozpraszanie zasobów na ich właśnie załatwienie przeznaczonych. A w rezultacie, jak powiada Welzer, począwszy od nowożytnej pracy niewolniczej i bezlitosnego wyzysku kolonii aż po zniszczenie w dobie wczesnego uprzemysłowienia fundamentów przetrwania ludzi, którzy nie mieli z tym procesem ani trochę do czynienia, historia wolnego, demokratycznego i oświeconego Zachodu pisze własną kontrhistorię niewoli, poniżenia i kontroświecenia.

Pasożytniczy Zachód

Z tej dialektyki, co pokażą przyszłe skutki zmiany klimatycznej, Oświecenie się nie wyplącze. I na niej też polegnie.

Polegnie – jeśli zgodnie z dotychczasowym naszym obyczajem reagować będziemy na wieści o grożącej katastrofie intensyfikowaniem wysiłków, które do niej doprowadziły; jak to niedawno uczyniliśmy, decyzją naszych rządów i za poradą ich uczonych doradców, w odpowiedzi na załamanie się gospodarki napędzanej rosnącą konsumpcją i rosnącym zadłużeniem; a co gorsza, uczyniliśmy bezrefleksyjnie, odruchowo niemal, i bez większych wyrzutów sumienia. Jak Harald Welzer stara się nam uświadomić, gdyby tę strategię zbiorowo przez nas stosowaną „przenieść na poziom jednostki”, to mielibyśmy przed oczami obraz osoby socjopatycznej, która nie widzi żadnego problemu w tym, że zarabia 70 razy więcej niż wszyscy inni, konsumując zarazem ogromną część ich zasobów, do tego zużywa 15 razy więcej energii, wody i pożywienia, a wreszcie, w porównaniu z mniej uprzywilejowanymi, oddaje środowisku dziewięciokrotnie więcej szkodliwych substancji. Ten socjopata byłby do tego wszystkiego kompletnie niezainteresowany warunkami życia swoich dzieci i wnuków oraz brałby ze spokojem pod uwagę fakt, że z jego – i jemu podobnych – powodu 852 miliony ludzi na świecie cierpi głód, a 20 milionów zmuszonych jest do ucieczki. Człowieka tego rodzaju, zgodnie ze wszystkimi normatywnymi kryteriami, uznano by za społecznie niezintegrowanego, a mówiąc prościej – za niebezpiecznego pasożyta.

Może i nie jest do końca jasne, jak należałoby nasz sposób życia zmienić, aby pęd ku „wyniszczeniu, a nawet śmierci” planety, a wraz z nią rodu ludzkiego, powstrzymać. Ale jedno stanie się, mam nadzieję, dla uważnego czytelnika tej książki oczywiste: że „róbmy tak dalej” opcją nie jest, że brnąć w to dalej jest zbrodnią – wobec siebie, naszych potomków, ludzkości i planety. Bo, jak stwierdza Welzer, przyjrzawszy się bacznie wszystkim możliwym działaniom ratunkowym, „bezmyślne i doraźne trwanie w nienadającym sensu uniwersum globalnego kapitalizmu nie wystarczy”. „Trzeba się zdobyć”, powiada, „na wizje, koncepcje bądź tylko pomysły, które jeszcze nie zostały pomyślane”. I wyprzedzając zarzuty ludzi mylących brak wyobraźni i moralnego wyczulenia z realizmem i trzeźwością postawy, dodaje: „Takie rozwiązanie może brzmieć naiwnie, ale nie jest. Naiwne jest za to wyobrażenie, że pędzący pociąg postępującego zniweczenia życiowych szans wielu ludzi zmieni swą prędkość i kierunek, jeśli tylko będziemy w jego wnętrzu biec przeciwnie do kierunku jazdy”.

Jednego jeszcze zarzutu wobec autora książki można się spodziewać – zważywszy, że nie zabraknie wśród czytelników zwolenników filozofii „róbmy tak dalej” – a mianowicie zarzutu przedwczesności alarmu i zbytecznego straszenia ludzi. Welzer sam przyznaje, że pisał tę książkę, pragnąc gorąco, by praktyka ludzka zadała jego tezom kłam i aby mroczne przepowiednie się nie sprawdziły. A w odpowiedzi na sugestię dziennikarza, że wypada go zaliczyć do grona „siewców paniki”, wspomniany już Günther Anders odparł, że uważa miano „siewcy paniki” za zaszczytne i nosi je z dumą, bowiem „w naszych czasach najważniejszym zadaniem moralnym jest uświadamianie ludzi, iż winni czuć się zaalarmowani i że lęki, jakie ich gnębią, nie są bezzasadne”.

Książkę można kupić Tutaj.

Skrócona wersja przedmowy Zygmunta Baumana do polskiego wydania Wojen klimatycznych Haralda Welzera ukazała się w „Gazecie Wyborczej”, 3-4 października 2010. Krytyka Polityczna.

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly