Artykuly

Ekonomiści a spowolnienie światowej gospodarki cz. 2: Hamowanie

W Gazecie Wyborczej pojawiło się ostatnio sprawozdanie z panelu dyskusyjnego Towarzystwa Ekonomistów Polskich, na którym ekonomiści dyskutowali, dlaczego gospodarka światowa w ostatnich latach rośnie wolno i jak długo sytuacja ta potrwa.

W poprzedniej części przyjrzeliśmy się
czynnikom, które przyczyniły się do bezprecedensowego wzrostu
gospodarczego w minionych pokoleniach. W tej części zobaczymy, że
większość z tych stymulujących wzrost czynników przestaje działać, a
coraz więcej zaczyna działać hamująco.

Hamowanie

Droga do miejsca, w którym się znaleźliśmy, była bardzo logiczna. Paliwa kopalne umożliwiły wzrost naszej populacji do ponad 7 miliardów ludzi, a znaczącej ich części życie w bezprecedensowo wygodny z perspektywy historycznej sposób. Zwolniły nas z obaw przed głodem i konieczności codziennej pracy w pocie czoła – tym samym pozwalając na powszechną edukację i gwałtowny rozwój technologii. Zasiliły też wykładniczy wzrost gospodarczy. Stały się naszym prawdziwym skarbem.

Jednak jedyną stałą rzeczą są zmiany. Model, który miał rację bytu w XIX i XX wieku, w naszym stuleciu dochodzi do swego kresu. Jest też bardzo możliwe, że kończy się też sama epoka bezprecedensowego wzrostu znana nam z poprzednich pokoleń. Na początku książki przyjrzeliśmy się czynnikom, które stworzyły stymulujący wzrost koktajl. Coraz więcej z nich przestaje działać w kierunku wzrostu, a zaczyna zaciągać hamulec.

Wzrost populacji? Globalnie rzecz biorąc, o ile nie nastąpi jakaś katastrofa, wzrost liczby ludzi na Ziemi powyżej 10 miliardów jest już praktycznie zagwarantowany, a nawet jeszcze w tym stuleciu może sięgnąć 13 miliardów. Samo w sobie jest to katastrofą dla zasobów i środowiska. Wieczny wzrost populacji nie jest ani możliwy ani pożądany. Jeśli uważasz, że to nie problem, spróbuj wyobrazić sobie Ziemię zamieszkałą przez 100 czy 200 miliardów ludzi – już teraz, kiedy jest nas trochę ponad 7 miliardów, zajęliśmy praktycznie wszystkie tereny nadające się na ziemie rolne i pastwiska, a przypadający na osobę areał ziem uprawnych do 2050 roku spadnie do zaledwie 0,07 ha na osobę (to połowa tego, co w 1996 roku). Wzrost populacji zamiast być korzyścią gospodarczą, przybliża nas do katastrofy.

Owszem, w krajach uprzemysłowionych (Europa, USA, Japonia, …) przyrost naturalny wyhamowuje lub wręcz się odwraca. Jednak moment, w którym następuje koniec wzrostu, a następnie spadek populacji, z punktu widzenia systemu finansowo-gospodarczego mogącego istnieć jedynie w warunkach wzrostu wykładniczego jest olbrzymim problemem. Będzie nie tylko coraz mniej pracowników, ale też coraz więcej emerytów, których trzeba będzie utrzymać – obrazowo mówiąc, z „piramidy demograficznej” zrobi się „grzyb demograficzny”. W miarę starzenia się społeczeństw będą spadać nie tylko nadwyżki dostępne na wzrost i inwestycje, ale też spadać będzie innowacyjność. Nie będzie trzeba budować nowych domów, wyposażać ich i rozbudowywać infrastruktury, co dla wzrostu gospodarczego jest zabójcze.

Nowe, tanie zasoby? Nie ma już dziewiczych terenów, na których czekałyby na nas nienaruszone ziemie rolne, lasy, łowiska, złoża ropy i kopalne. Zasoby odnawialne są eksploatowane szybciej niż się odtwarzają, gwałtownie przesuwa się też granica jakości eksploatowanych złóż zasobów nieodnawialnych: ropy, gazu, węgla, rud metali, fosforu i wielu innych. Dziś nie ma już złóż ropy, takich jak 100 lat temu w Teksasie – coraz zażarciej i z rosnącymi kosztami (także społecznymi, środowiskowymi i czasowymi) „skrobiemy dno beczki”.

Koszty zewnętrzne i problemy środowiskowe stają się przygniatające. Widzimy je w zmianie klimatu, wymieraniu gatunków, zanieczyszczonych rzekach, rosnących strefach beztlenowych, erozji gleb, wysychających jeziorach, przesycaniu środowiska związkami hormonalnie czynnymi i długiej liście innych problemów. Zajmujący się środowiskiem naukowcy coraz częściej mówią o trwającym właśnie Szóstym Wielkim Wymieraniu w historii Ziemi i początku Antropocenu – epoki na dobre i na złe ukształtowanej działaniami człowieka.

Globalizacja? Zawłaszczona przez korporacje staje się wielkim wyścigiem do dna: wielki biznes idzie tam, gdzie ma najlepsze warunki: tam, gdzie nie ma przepisów ochrony środowiska (najtaniej jest wylać ścieki do rzeki), podatków (wielkie korporacje, w odróżnieniu od małych firm, wiedzą jak uniknąć ich płacenia) czy praw pracowniczych (praca pracujących po 14 godzin przez 7 dni w tygodniu nastolatek bez ubezpieczenia jest najtańsza). Wraz z rozpowszechnianiem globalizacji z krajów uprzemysłowionych, na przykład Stanów Zjednoczonych czy Europy zaczęły znikać solidne miejsca pracy w sektorze produkcji, potem w usługach biznesowych, projektowaniu, logistyce, badaniach – czyli wszystkich tych dziedzinach, w których pracę znajdowali kiedyś absolwenci uczelni. Zadało to olbrzymi cios klasie średniej, bo to przez te miejsca pracy wiodły tradycyjne ścieżki awansu społecznego w społeczeństwie. Ponieważ w tych warunkach dobrą pracę mają zapewnioną tylko ci, którzy wywodzą się z bogatych rodzin, skutkuje to wzrostem rozwarstwienia i zanik szans awansu społecznego. Dopóki istniał Związek Radziecki, który promował alternatywny system gospodarczy, w krajach kapitalistycznych istniała konieczność utrzymywania systemu atrakcyjnego dla większości społeczeństwa. Wraz z upadkiem ZSRR znikła też alternatywa dla neoliberalnej gospodarki a wraz z nią hamulce dla narastania nierówności i degeneracji kapitalizmu w system w którym społeczeństwa mają coraz mniej do powiedzenia, a korporacje coraz więcej. Proces ten dopiero się rozpoczął i dopiero przyszłość przyniesie odpowiedź na pytanie, czy społeczeństwa zdołają go zatrzymać i odwrócić, czy też doprowadzi do świata władzy korporacji i orwelliańskiej kontroli społeczeństwa.

System finansowy, który powinien służyć realnej gospodarce, został zawłaszczony przez wielkie banki, które zamieniły go w wielkie kasyno. Wielkie instytucje finansowe bezkarnie manipulują rynkami, wciskają klientom niekorzystne dla nich rozwiązania finansowe, rozregulowują rynki transakcjami wysokiej częstotliwości, kupują ustawy i robią wiele innych rzeczy które służą ich zyskom, a szkodzą gospodarce i społeczeństwu. Są przy tym tak bezkarne, jakby stały ponad prawem. Jeśli jakiś bank zostaje złapany, zarząd nie idzie za kraty, co najwyżej bank płaci grzywnę, z reguły znacznie mniejszą od zysków.

Odpowiedzią systemu finansowego na spowodowane m.in. globalizacją osłabienie klasy średniej i spadek zarobków większości społeczeństwa było obniżenie stóp procentowych i zachęcanie do utrzymania poziomu życia na kredyt. Najbogatsi, pożyczając za pośrednictwem rosnącego systemu bankowego swoje pieniądze na procent i korzystając z inżynierii finansowej, bogacą się coraz bardziej, podczas gdy dochody klasy średniej i niższej spadają, a odsetki od długu (zarówno osobistego, jak i pań¬stwowego) obciążają ich dochody, prowadząc do coraz większego zadłużania się. Globalne korporacje, takie jak Google, Apple czy Starbucks, zatrudniające sztaby prawników i doradców podatkowych, tworzą skomplikowane międzynarodowe struktury, pozwalające im na unikanie płacenia podatków. Pozbawione tych dochodów państwa odbijają to sobie wyżej opodatkowując podatników i mniejsze firmy, nie mające możliwości ucieczki przed fiskusem. W miarę jak oligarchiczna gospodarka się rozprzestrzenia, a władza korporacyjnych baronów i banksterów rośnie, system ma coraz mniej wspólnego z wolnym i uczciwym rynkiem, produktywna część społeczeństwa ma się coraz gorzej, a nierówności narastają, podkopując stabilność społeczeństw. Sprzyja temu ostatni masowy dodruk pieniędzy – pozostają one w większości w kasynie systemu finansowego, pompując ceny akcji i innych instrumentów finansowych, zapewniając instytucjom finansowym, korporacjom i najbogatszym rekordowe zyski. Górny 1% najbogatszych zbiera owoce zysku dla siebie, posiadając już połowę całego majątku światowego. W tych warunkach klasa średnia, wolny rynek i sam kapitalizm podupadają. W tej sytuacji nie działają już obniżki podatków czy ułatwienia dla przedsiębiorców, trudno też o ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć? Proces ten nie może oczywiście trwać w nieskończoność – w pewnym momencie dochodzi do destrukcyjnego dla gospodarki kryzysu finansowego.

Poziom specjalizacji pracy doszedł już do swojego progu i trudno liczyć na dalsze korzyści z tego procesu. Wręcz przeciwnie, tak daleko posunięta specjalizacja zaczyna nas uwierać, bo tracimy umiejętności spoza wąskiego zakresu naszej pracy. Jako pracownicy zaczynamy myśleć bardzo wąsko i coraz trudniej porozumieć się z ekspertami z innych dziedzin. Pogarsza się też umiejętność radzenia sobie w nietypowych sytuacjach.

Edukacja? Tutaj też nie jest dobrze – w Polsce postanowiliśmy produkować taśmowo studentów, nie szkodzi, że w kierunkach, po których nie będzie dla nich pracy. To, czego chcą się uczyć młodzi ludzie; to, czego uczą się w szkołach i na uczelniach oraz to, jakich kompetencji potrzebuje rynek pracy przyszłości to niestety trzy wzajemnie ortogonalne rzeczywistości.

Technologie? Owszem, ich rozwój wciąż ciągnie wzrost gospodarczy. Ale czy sam da radę? Wiele wskazuje zresztą na to, że na polu rozwoju nowych technologii też możemy oczekiwać spowolnienia. O tym napiszę w kolejnym artykule.

Widzimy, że czynniki, które zapewniły nam pokolenia wykładniczego wzrostu gospodarczego, zaczynają wygasać lub wręcz zaczynają działać w drugą stronę. Na razie obserwujemy dopiero spowalnianie wzrostu gospodarczego, a nie jego zatrzymanie się lub spadek, ale już samo to oznacza dogłębną zmianę warunków makroekonomicznych. Nic dziwnego, że ekonomiści czują się zagubieni – widzą, że światowa gospodarka zachowuje się „jakoś dziwnie”, inaczej niż „zawsze”, a sprawdzone wcześniej narzędzia polityk gospodarczych, monetarnych i fiskalnych jakoś nie działają tak, jak powinny.

Dzieje się tak, ponieważ obowiązujące obecnie teorie ekonomiczne zostały stworzone i przetestowane w warunkach świata wzrostu. W sytuacji, w której warunki te przestają działać, uważane za oczywiste „prawa ekonomii” (które wcale nie są prawami podobnymi na przykład do „praw fizyki”, lecz raczej zbiorem empirycznych obserwacji przeprowadzonych w pewnych szczególnych warunkach) przestają działać. Wraz z rosnącą konsternacja i nieskutecznością standardowych mechanizmów pobudzania wzrostu gospodarczego sternicy naszych gospodarek częściej sięga się po tzw. „niestandardowe instrumenty polityki pieniężnej”, takie jak zerowe (lub wręcz ujemne) stopy procentowe, pakiety luzowania ilościowego (czyli masowy dodruk pieniędzy przez banki centralne), wykup bezwartościowych aktywów po cenie nominalnej i inne operacje, które wcześniej nie były stosowane (lub ewentualnie zaledwie dekadę temu były do przypisane kategorii kretynizmów gospodarczych zarezerwowanych dla tak zwanych republik bananowych).

Trwają dyskusje, czy luzowanie ilościowe działa i jest korzystne, czy jest bez sensu lub wręcz jest szkodliwe. Czy należy ratować działającą gospodarkę, na przykład zapewniając firmom nieoprocentowany kredyt, czy raczej pozwolić na oczyszczającą recesję, która wymiecie nieefektywności i odda zasoby do dyspozycji nowym graczom. W środowisku ekonomistów nie ma nawet konsensusu względem tego, jakie były przyczyny kryzysu. Słyszy się wiele wyjaśnień, często wzajemnie sprzecznych, co trafnie podsumowuje dowcip:

Spotyka się dwóch analityków ekonomicznych. „Nic nie rozumiem z ostatniego kryzysu” – mówi jeden. Drugi odpowiada z przekonaniem: „Chodźmy na kawę, wytłumaczę ci”. Na to pierwszy: „Wytłumaczyć to i ja potrafię”.

Coraz częściej spotykanym wyjaśnieniem jest mówienie o „cyklu gospodarczym”, „cyklu koniunkturalnym”, „cyklu surowcowym” bądź jakiejś innej odmianie „cyklu”. Ekonomistom pozwala to przejść do porządku dziennego nad niezrozumieniem zachodzących zdarzeń na gruncie ekonomii z czasów świata wzrostu, a jednocześnie zbudować optymistyczną narrację (bo rynek potrzebuje optymistycznej narracji, żeby zachęcić konsumentów do konsumowania, a inwestorów do inwestowania) i uspokoić społeczeństwa, że będzie dobrze. Mówienie o „cyklach” oznacza mniej więcej tyle: „Nie wiem co się dzieje, ale się do tego nie przyznam, jednak właśnie wyjaśniłem Wam, że skoro mamy cykl, to przecież po tak długim okresie prosperity okres gorszej koniunktury jest normalny, ale (jak to w cyklu), okres prosperity po nim oczywiście wróci”.

Niestety, idąc w tym kierunku zaklinamy rzeczywistość i udajemy, że można dalej robić to, co do tej pory – podczas gdy – jeśli chcemy myśleć o zdrowej sytuacji gospodarczej – potrzebne są bardzo głębokie zmiany. Mówiąc inaczej – jeśli chcemy, żeby pozostało po staremu (żebyśmy mogli się cieszyć dobrym i stabilnym światem, z miejscami pracy i zdrową gospodarką, o naszym zdrowiu i stanie środowiska nie wspominając), to wiele będzie musiało się zmienić. I to szybko.

Części negatywnych procesów możemy przeciwdziałać, bo są częścią działania mechanizmów społecznych i gospodarczych, na przykład wprowadzając polityki ukierunkowane na ograniczanie stopnia nierówności, ograniczając skalę finansjalizacji gospodarki i zysków największych korporacji, poprawiając jakość systemu edukacyjnego czy wprowadzając wycenę kosztów zewnętrznych.

Do niektórych – tych stanowiących część fizycznej rzeczywistości – przyjdzie nam się lepiej lub gorzej dostosować. Są wśród nich wyczerpywanie się łatwo dostępnych zasobów, ograniczenia środowiska w absorpcji naszych odpadów, starzenie się społeczeństwa czy coraz większa ilość skomplikowanej wiedzy do opanowania.

Marcin Popkiewicz

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly