Artykuly

Richard Heinberg: Paul Krugman i granice pychy

Ekonomista Paul Krugman bez wątpienia mógł poczuć się poirytowany i rozdrażniony poglądem, że mogą być jakieś ograniczenia dla wzrostu gospodarczego: nawiązał do swojego felietonu, w którym zajął się tym zagadnieniem (“Errors and Emissions”, opublikowanego w New York Times 18. września, na który zresztą odpowiedziałem) pisząc kolejny “Slow Steaming and the Supposed Limits”). Wnikanie w stawiane przez Krugmana twierdzenia i argumenty to bardzo ciekawe zajęcie, pozwalające zrozumieć jak myślą ekonomiści, a szczególnie, dlaczego lekceważą prawa fizyki, kiedy przychodzi dyskutować o skończonych zasobach i możliwości nieskończonego wzrostu gospodarczego na skończonej planecie.

Krugman zaczyna od stwierdzenia: „Wydaje się, że w tej chwili możemy wyodrębnić trzy grupy o bardzo różnej postawie – konserwatyści wrodzy ruchom ekologicznym, przeciwnicy kapitalizmu i naukowcy, którzy myślą, że są bystrzejsi od ekonomistów – które zawarły sojusz opierający się na założeniu, że ograniczenie emisji gazów cieplarnianych nie współgra z realnym wzrostem PKB.” Pomija jednak czwartą grupę – ekologicznych ekonomistów takich jak Herman Daly czy Tim Jackson, którzy zajmują stanowisko, że w realnym świecie teorie ekonomiczne podlegają prawom fizyki i ograniczeniom środowiska. Zdaniem Krugmana jedynie mainstreamowi ekonomiści są warci zaufania. Pozostali – nie zgadzający się z nim – muszą wiec mieć błędne poglądy. Wydaje się być zdumiony faktem, że tak wiele osób, wychodzących z różnych punktów, dochodzi do tych samych, błędnych wniosków. Czyżby wszystkie te grupy uświadamiały sobie nieodwołalność działania praw fizyki?

Kolejną salwę Krugman kieruje w fizyka Marka Buchanana i jego esej “Economists are blind to the limits of growth”. Jeszcze w latach 70. mentor Krugmana, Bill Nordhaus, przewodził mainstreamowym ekonomistom w obalaniu tez publikacji “Limits to Growth”. Jeśli jednak sięgniemy do przeszłości, to przyznać trzeba, że Krugman ma pecha. Minione ataki Nordhausa to pomachiwanie szabelką. Analizy istotnych danych z ostatnich czterdziestu lat dowodzą, że realizujemy najgorszy założony scenariusz z raportu “Granice Wzrostu” z 1972 roku.

Zwięzła praca Buchanana ogniskuje się na energii jako najważniejszym ograniczeniu dla nieskończonej ekspansji gospodarki. I choć Buchanan jasno pisze, że stajemy się coraz bardziej wydajni w korzystaniu z energii (jednocześnie pokazując, że wzrost gospodarczy powoduje, że i tak zużywamy coraz więcej energii), to i tak Krugman stwarza pozory, że fizycy nigdy nie słyszeli o wydajności energetycznej. Swój wpis na łamach NYT poświęca głównie tłumaczeniu jednego przypadku opisując, jak to pływające po oceanach statki towarowe redukują swoją prędkość, żeby zmniejszyć ilość spalanego paliwa – jak gdyby był to dowód na rozstrzygającą o wszystkim zasadę, której naukowcy dotąd nie zauważyli. Czy są przypadki, kiedy możemy użyć mniej energii uzyskując ten sam efekt? Oczywiście! Lepszym, nieco bardziej oklepanym przykładem są świetlówki kompaktowe lub LEDy. To dzięki nim możemy zaobserwować znaczący spadek zużycia energii, przy niezmienionym oświetleniu naszych miast.

Dalej jednak Krugman nie trzyma się swoich argumentów. Jeśli uważa, że nie ma żadnych granic wzrostu, ponieważ używanie energii może być bardziej wydajne, wtedy musi również założyć, że nieskończonemu wzrostowi gospodarczemu musi towarzyszyć nieskończona poprawa efektywności energetycznej – aż do poziomu, kiedy to będziemy potrzebować zerowego wkładu energii do podtrzymania nieskończonego wzrostu gospodarki. Oczywiście, jest to czysta fantazja, co potwierdzi każdy fizyk. Energia to zdolność do wykonania pracy i jest ona niezbędna do wygenerowania PKB. Owszem, możemy wydajniej korzystać z energii, ale takie uzyski również podlegają prawu malejących zwrotów: pięć procent poprawy wydajności jest tanie, kolejne pięć kosztuje więcej i tak dalej. Doskonała efektywność w wykorzystywaniu energii w jakimkolwiek procesie jest albo niemożliwa do uzyskania, albo nieskończenie droga (zależnie od tego z której strony życzymy sobie na to spojrzeć).

Nawet zresztą ekstremalna efektywność nie rozwiązuje problemu. Przykład może stanowić choćby postęp w technice oświetleniowej. Świeca daje 0,05–0,09 lumena na wat. Lampa gazowa świeci z intensywnością 1 lm/W. Żarówki żarowe świecą z intensywnością 15 lm/W. Świetlówki są dużo lepsze, dając 50–60 lumenów, a LED 60–100 lumenów na wat. To spektakularny postęp. Problem w tym, że nie może być on już zbyt długo kontynuowany. Dlaczego? Idealne źródło światła, przetwarzające całą energię w światło widzialne, które uznamy za białe, dałoby strumień świetlny 250 lm/W. Jesteśmy już blisko fizycznej granicy optymalizacji źródeł światła. Podobne rozważanie można przeprowadzić dla samochodów, ogrzewania czy samolotów. Po prostu istnieją granice fizyczne, których nie można przekroczyć.

W ostatecznym rozrachunku nie możemy transportować towarów, zużywając zerową ilość energii, nie możemy produkować ich bez zużycia surowców, nie możemy zmniejszyć ilości żywności potrzebnej do wykarmienia ludzi do zera, nie możemy uzyskać wykładniczego wzrostu jedynie z wirtualnych operacji finansowych i pracy umysłowej – tworzenia symfonii, pisania książek czy malowania obrazów, nawet jeśli będą to dzieła na miarę Beethovena, Mickiewicza i Leonarda da Vinci. Do wzrostu gospodarki potrzebujemy przemysłowej produkcji coraz większej ilości rzeczy. To jednak nie może trwać w nieskończoność – każdy wzrost zachodzący w ra¬mach ograniczonego systemu musi się kiedyś skończyć.

Zgaduję zatem, że jeśli i kiedy Paul Krugman skonfrontuje ze sobą logiczne nieprawdopodobieństwo nieskończonego wzrostu w skończonym systemie i podobne nieprawdopodobieństwo nieskończonych udoskonaleń w zakresie wykorzystania energii, wycofa się na bezpieczna pozycję mówiąc mniej więcej: „Tak, ale jeśli istnieją jakieś teoretyczne ograniczenia do wzrostu, to jesteśmy bardzo daleko od miejsca w którym się one ujawnią. Przynajmniej nie w interesującej nas perspektywie czasu”. Jeśli jednak ktoś już by przyznał, że faktycznie istnieją teoretyczne granice wzrostu, to powinien wtedy spytać: „Jakie byłyby widoczne znaki, naszego zderzenia z ograniczeniami?”.

Zasugeruję więc: ogólne rosnące koszty energii (produkcja energii ma obecnie proporcjonalnie większy udział w wypracowanym PKB niż miało to miejsce przed dekadą); spadające wydobycie minerałów na jednostkę wykorzystanej do ich ekstrakcji energii ujawniające się w górnictwie i hutnictwie (obejmuje to pełny wachlarz minerałów zaczynając na antymonie, a kończąc na żelazie); wzrastające koszty środowiskowe oraz ryzyka wynikłe z stosowania procesów produkcji (patrz “zmiana klimatu”).

Pan Krugman pisze: “Skąd to wyobrażenie, że energia jest ważna? Głównie, rzekłbym, nie z jakichś przykładów branych z życia…ponieważ jeśli myślisz o bieżących działaniach gospodarczych, nawet w sposób powierzchowny, to staje się oczywiste, że zawsze są możliwe kompromisy dzięki którym produkujesz więcej jednocześnie zużywając mniej energii”. To stwierdzenie, z którym każdy się zgodzi. Jednak podany przez samego Krugmana przykład dotyczący wydajności energetycznej uwydatnia fakt, że koszty związane z zastosowaniem owych kompromisów zawsze występują. Pisze on, że po 2008 roku, kiedy ceny ropy poszły ostro w górę, morskie firmy transportowe zareagowały, zmniejszając przeciętną prędkość, z którą poruszały się statki. Jest tak dlatego, że ponieważ opory rosną z kwadratem prędkości, więc zmniejszenie prędkości o x% spowoduje znacząco większy spadek ilości spalanego paliwa. Jednak wolniejsze poruszanie się statków oznacza, że do przetransportowania tej samej ilości ładunku potrzeba będzie większej liczby statków – energię zastępuje zatem dodatkowy kapitał i praca załóg. Ta strategia nie wymagała rozwoju nowej technologii. Spedytorzy po prostu „używali swojej floty w inny sposób”.

Komentując felieton Paula Krugmana na stronie New York Times, Ken White (jeden z moich kolegów w Post Carbon Institute) wypunktował, jak te nowe siły rzucone do morskiego transportu towarów wytworzyły (niezauważony przez Krugmana) dodatkowy koszt energetyczny. Budowa nowych jednostek wiąże się przecież z pozyskaniem i rafinacją rud metali oraz pracami związanymi z budową statków. Jeśli spojrzymy zatem na sporą część (nie całość) zysków otrzymanych wskutek działań zwiększających wydajności – to jest z perspektywy systemowej – korzyści drastycznie maleją. Czy tym samym koszt zużytej do tych działań energii może choć równać się równowartości energii zawartej w zaoszczędzonym paliwie? Nie mam żadnych danych, ani nie poczyniłem żadnych kalkulacji w tym temacie. Jednak oszczędności netto na pewno były by niższe, niż zakłada Krugman. Owszem, do pewnego stopnia można korzystać z substytutów w postaci kapitału czy ludzkiej pracy, ale tylko do pewnego punktu. Później i tak trzeba będzie ponosić koszt związany z wydatkowaniem energii. Substytucja jest świadectwem istnienia ograniczeń.

Pan Krugman jawnie twierdzi, że tylko ekonomiści głównego nurtu służą właściwymi przykładami. Opisany wyżej przykład ma pokazać, że tak jest. Dla kontrastu, wg ekonomistów, naukowcy dziedzin ścisłych zajmują się odległymi od realiów gospodarczych abstrakcjami. Dla fizyków, geologów czy biologów to zaskakująca wiadomość, jako że większość z nich na co dzień rozwiązuje konkretne, rzeczywiste problemy.

Kilka przykładów w tym temacie:

  • prawie połowa dzikich zwierząt zniknęła z Ziemi w ciągu 40 ostatnich lat wskutek ekspansji człowieka,
  • koszty wydobycia ropy rosną o około 10% rocznie wskutek wyczerpywania się konwencjonalnych złóż, które napędzały gospodarkę tanią energią przez cały XX wiek,
  • każdego roku tracimy 25 miliardów ton żyznej gleby wskutek stosowania przemysłowego rolnictwa, co przy tej skali zniszczenia doprowadzi do sytuacji, że w większości krajów zabraknie jej przed końcem XXI wieku.
  • Dlaczego Pan Krugman prowadzi krucjatę, która za cel stawia walkę z ideą ograniczeń wzrostu? Myślę, że stoi za tym polityka i szczytne sentymenty, które podkręcają tą postawę. Normalnie unikam zgadywania, jakie motywy stoją za ludzkimi działaniami, ale w tej sytuacji nasuwa mi się taka interpretacja. Jest wyraźnie zaniepokojony zmianą klimatu i życzy sobie, by ludzie zapobiegli najgorszym, dającym się przewidzieć katastrofom, ale jednocześnie ma przekonanie, że politycy nigdy nie wesprą proklimatycznych działań, o ile będzie się to wiązać z ograniczaniem wzrostu. Pisze więc: „Tak. Istnieje dużo możliwości by zredukować emisje gazów cieplarnianych bez zabijania wzrostu gospodarczego.” Zgadzam się. Jest dużo możliwości. Zgodnie z opracowaniem na które się powołuje Krugman – cytuje słowa z własnego felietonu – pierwsze 10 procent ograniczenia emisji może być osiągnięte bez większego bólu. Późniejsze redukcje stają się jednak większym obciążeniem dla gospodarki

    Podobnie jak Paul Krugman, my w Post Carbon Institute jesteśmy głęboko zaniepokojeni zmianą klimatu i chcemy, aby decydenci zastosowali rozwiązania, które ją ograniczą. To prawda: politycy chętniej zabiorą się do roboty, kiedy będą myśleć, że mogą działać bez ponoszenia rzeczywistych kosztów. W takiej sytuacji będzie można liczyć na wypracowanie konkretnych regulacji. Nie uzyskają jednak decydujących efektów, ponieważ zmiany, które wprowadzą, będą mieć zbyt mały zakres oddziaływania. Nie ograniczą emisji gazów w wystarczający sposób. W ten sposób wszyscy stracimy cenny czas.

    Pan Krugman przyznaje, że zmiana klimatu jest poważnym zagrożeniem dla przyszłości ludzi, a tym samym – czy tego chce czy nie – przyznaje również, że istnieją środowiskowe ograniczenia dla wzrostu gospodarczego. Prawdopodobnie utrzymywałby, że zmiana klimatu jest ograniczona jedynie względem gospodarki opartej na paliwach kopalnych i że gospodarka mogłaby nieskończenie rosnąć w oparciu o odnawialne źródła energii. Jeśli jednak otworzymy sekretne pudełko ograniczeń i przyjrzymy się jego zawartości to okaże się, że są w nim całe masy innych, krytycznych dla systemu ograniczeń.

    Bądźmy realistami. Ziemia jest miejscem, które ma swoje granice, a nasza gospodarka jest silnikiem, który korzysta z jej surowców i usług produkując w zamian odpady. Jeśli utrzymamy pracę tego silnika na poziomie, przy którym ekosystem będą w stanie zaabsorbować i zneutralizować szkody stosownie do swojej ekosystemów, to wszystko będzie OK. Jeśli jednak gospodarka rośnie każdego roku, to doprowadzi nas to do miejsca, w którym ekosystemy kaskadowo załamią się – nawet jeśli będziemy używać energii odnawialnej do wydobycia surowców i ich przetworzenia. To, jak używamy energii i surowców może być bardziej efektywne, bez zbędnych strat, ale tylko do pewnego stopnia. Jeśli ziemskie ekosystemy miałyby nieograniczoną zdolność rozszerzania się, to założenie że wzrost gospodarczy może trwać w nieskończoność obroniłoby się. Jest jednak tak, że nasza planeta nie rośnie, zasobów na niej nie przybywa, a nasze wymagania względem jej usług stale rosną.

    W ostatnim swoim felietonie Pan Krugman ironizuje, że: „naukowcy dziedzin ścisłych uważają, że są mądrzejsi od ekonomistów”. Myślę, że znam kilka złośliwych ripost, których mógłbym użyć. Nie uważam jednak, że to czas i miejsce. W każdym razie słowa te pokazują wyraźnie, ile pychy mają w sobie ekonomiści.

    Na podst. Paul Krugman and the limits of hubris, tłumaczenie Krzysztof Giczewski

  • Podobne wpisy

    Więcej w Artykuly