Artykuly

Klif fiskalny USA i 'operacja ewakuacja’

2012 rok skończył się bardzo
nerwową sylwestrową nocą dla Stanów Zjednoczonych, a być może także dla sporej
części świata. Przez ostatni dzień roku, aż do późnej nocy  w amerykańskim Kongresie trwały gorączkowe
negocjacje i ustalenia w sprawie tzw. klifu fiskalnego.

To nowe określenie wprowadził do
słownika ekonomicznego szef Rezerwy Federalnej USA Ben Bernanke, ujmując w ten
sposób sytuację, w jakiej mogły znaleźć się stany Zjednoczone na początku 2013
roku, gdyby zgodnie z obowiązującymi ustawami musiały gwałtownie zbilansować
swój budżet, kończąc z polityką utrzymywania wysokiego deficytu budżetowego.

W takiej sytuacji gospodarka
Stanów Zjednoczonych natychmiast wpadłaby w głęboką recesję.

Dlaczego? W dużym skrócie
(pisaliśmy o tym m.in. tutaj): jedną
ze składowych PKB jest wysokość deficytu budżetowego: (Wydatki rządowe –
Podatki). Gdyby nie deficyt budżetowy, rzeczywisty wzrost gospodarczy nie
związany z zadłużaniem się byłby ujemny. Wejście w tzw. klif fiskalny
oznaczałoby drastyczne zaciskanie pasa, cięcia w wielu sektorach gospodarki,
zniesienie ulg podatkowych i wiele innych nieprzyjemnych „atrakcji” związanych
z kryzysem.

Jak do tego doszło do tej sytuacji? W sierpniu 2011
roku dług publiczny USA przekroczył ustawowy limit, który wynosił wtedy 14300 mld
dolarów. Ponieważ skonfliktowane partie Demokratyczna i Republikańska nie były
w stanie osiągnąć porozumienia, a żadna z osobna nie była w stanie przeforsować
swojego stanowiska, doszło do klinczu. W wyniku tego stanu rzeczy
Standard&Poors obniżył poziom ratingowy USA z odwiecznego AAA do AA+. Znalazłszy
się pod ścianą, Kongres USA uchwalił ustawę o kontroli budżetu w 2011 r. Ustawa
ta nakazywała tzw. superkomitetowi wypracowanie do końca listopada 2011 planu
rozkładającego na 10 lat cięcia deficytu o łącznej wartości 1200 mld dolarów.
Aby zmotywować polityków do działania, w przypadku nie wypracowania planu
doszłoby do automatycznych cięć fiskalnych. 
Procedura ta miała zacząć obowiązywać od 01.01.2013 roku. Ponadto Wraz z
końcem 2012 r. miały wygasnąć ulgi podatkowe z czasów administracji Busha, ulgi
na składki do systemu opieki socjalnej oraz na tzw. alternatywny minimalny
podatek, przyjęte na początku rządów administracji Obamy. Wchodzą zaś w życie
podatki związane z obamowską ustawą o opiece zdrowotnej.  Oszczędności
fiskalne z tego tytułu miały sięgnąć łącznie 487 mld dolarów. Skutkiem takiego
wstrząsu byłaby recesja.

W Kongresie na linii
republikanie-demokraci doszło jednak do porozumienia. Pod względem technicznym
USA spadły w Nowy Rok z fiskalnego urwiska. Jednak ustawa przyjęta przez
Kongres działa wstecz. Zgodnie z nią, Amerykanie zarabiający rocznie poniżej
400 tys. USD (450 tys. w przypadku rozliczających się wspólnie małżeństw)
zachowają ulgi podatkowe wprowadzone w czasach administracji Busha. Dla
pozostałych podatek dochodowy wzrośnie z 35 proc. do 39,6 proc. Podatki zostaną
więc podwyższone jedynie dla około 2 proc. Amerykanów. Automatyczne cięcia
fiskalne zostaną odroczone o dwa miesiące, co da czas Kongresowi i prezydentowi
na opracowanie długoletniego planu oszczędności budżetowych.

Można powiedzieć, że
kryzys został na chwilę „przypudrowany” na ten czas, co oznacza, że USA na niby
wyszły z kryzysu. Dług publiczny USA wciąż rośnie w tempie 3,7 mld dolarów
dziennie i wynosi obecnie (03.01.2013) już 16,44 bln $.

To oczywiście niewiele
zmienia w sytuacji USA, które znajdują się w swoistej pułapce. Pomimo
bezprecedensowej stymulacji gospodarki przez wysoki deficyt i sztucznie niskie bliskie
zera stopy procentowe zachęcające do brania kredytów, gospodarka USA wciąż nie
chce rosnąć a bezrobocie utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Skończenie z
polityką deficytu wydobędzie na światło dziennie fakt, że wzrost gospodarczy, wzrost
wartości akcji itp. był sztucznie pompowaną fikcją, a gospodarka USA, wraz z
PKB kraju „spadnie z klifu”. Z drugiej strony sytuacja, w której wzrost
gospodarczy jakoś nie chce powrócić, zadłużenie budżetu eksploduje, a dominującym
kupującym papiery rządu USA jest FED, też jest nie do utrzymania na dłuższą
metę.

Dotychczas FED i
Departament Skarbu USA twardo prowadziły politykę mówienia, że wszystko jest
znakomicie i prowadziły politykę łatwego pieniądza. FED rozpoczął skup papierów
hipotecznych o wartości 40 mld dolarów miesięcznie oraz osiągających termin
wykupu obligacji rządowych w wysokości 45 mld dolarów – w sumie ponad 1000
miliardów dolarów rocznie, a Ben Bernanke dawał do zrozumienia, że polityka ta
będzie prowadzona tak długo, jak będzie to potrzebne, a co najmniej do 2015
roku. Jednak ostatnio opublikowane minutki
ze spotkania
FED pokazują, że wcale tak być nie musi. Cytując: „O ile
wszyscy członkowie komitetu są zdania, że program skupu rozpoczęty we wrześniu
był skuteczny i wspierał wzrost, to wyrazili też jednak opinię, że korzyści z
kontynuowanych zakupów są niepewne a potencjalny koszt może rosnąć wraz ze
wzrostem bilansu. (…) Kilku członków komitetu wyraziło opinię, że zakupy
powinny być kontynuowane mniej więcej do końca 2013 roku. (…) Kilku innych
stwierdziło, że byłoby wskazane zmniejszenie skali zakupów lub wręcz ich zaprzestanie
znacznie wcześniej – argumentując to rosnącym ryzykiem niestabilności finansowej
i nadmiernego wzrostu bilansu FED. Jeden z członków komisji uznał
zakupy za nieuzasadnione.”

Kiedy FED przestanie
skupować papiery Departamentu Skarbu, a już szczególnie, jeśli zdecydowałby o
zmniejszeniu swojego zaangażowania w nie, zamiast skupu przechodząc do ich
sprzedaży, nie jest jasne, gdzie Departament Skarbu znalazłby innych nabywców. Można
sobie wyobrazić, że kiedy do tego dojdzie rola Sekretarza Departamentu Skarbu stanie
się wyjątkowo nieprzyjemna.

Przypuszczalnie
Timothy Geithner, piastujący to stanowisko, również doszedł do podobnego
wniosku, ogłaszając,
że zamierza odejść ze stanowiska, jeszcze zanim zakończą się negocjacje w temacie
kolejnego podwyższenia limitu zadłużenia USA
. Pikanterii sytuacji dodaje
fakt, że ponieważ powołanie nowego Sekretarza Skarbu wymaga zatwierdzenia przez
Senat, co może łatwo zostać zablokowane z pomocą często stosowanej ostatnio w
USA obstrukcji parlamentarnej.

W chwili, gdy Stany
Zjednoczone wreszcie zaczynają mierzyć się z rzeczywistością braku wzrostu i
narastającego długu przekraczającego ustawowy limit zadłużenia, FED zaczyna
mieć wątpliwości na temat prowadzenia QE-n (czyli n-tego wcielenia pakietu
luzowania ilościowego), a pozbawiony szefa Departamentu Skarbu może zacząć
przypominać bezgłowego kurczaka. Dodajmy do tego przepychanki między
Republikanami i Demokratami (oraz to, że propozycje żadnej z tych partii nawet
nie zbliżają się do rozwiązania narastającego problemu strukturalnego
deficytu), to trzeba przyznać, że gospodarkę USA czekają „ciekawe czasy”.

Hubert Bułgajewski

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly