Amerykański FED uruchomił trzecią rundę „luzowania ilościowego”, czyli QE 3, tym razem bezterminowo. Europejski Bank Centralny rozpoczął skup długów krajów strefy euro pod ładnym akronimem OMT (Outright Monetary Transaction). Centralny bank Japonii zwiększył skalę skupu z rynku obligacji i przedłużył jej czas trwania. Swoją wersję QE prowadzi też Wielka Brytania, ostatnio zwiększając jej skalę.
EBC ogłosił plan nielimitowanego skupu długu krajów strefy euro, których oprocentowanie obligacji będzie zbyt wysokie. Rynki zareagowały euforią. W najlepszym wariancie już sama „groźba” ECB, że będzie skupować nieograniczoną liczbę obligacji, może zbić oprocentowanie obligacji na tyle, że żaden rzeczywisty skup przez EBC nie będzie potrzebny.
Jednak plan może wzbudzać też sporo wątpliwości.
Po pierwsze, EBC przekracza swój mandat. Formalnie EBC nie może kupować obligacji rządów krajów strefy euro. Jednak EBC w programie OMT nie kupuje ich obligacji – kupuje je na rynku wtórnym.
Czyli, jeśli jakiś podmiot kupi obligacje rządu Grecji czy Hiszpanii, a za chwilę odsprzeda je EBC, to wszystko jest w porządku. Kreatywne.
Po drugie, EBC warunkuje skup akcji wprowadzeniem oszczędności, czyli program OMT dotyczyć będzie jedynie krajów prowadzących działania naprawcze (czyli tnących wydatki zgodnie z zaleceniami MFW, EBC i Komisji Europejskiej). W przypadku zaprzestania reform EBC przerwie skup obligacji. To prawdziwa mina – jeśli pod naciskiem protestów społecznych rząd kraju podłączonego pod kroplówkę EBC postanowi przerwać działania oszczędnościowe, EBC stanie przed dramatycznym wyborem: kontynuować skup obligacji pomimo złamania zobowiązań (tracąc tym samym wiarygodność) czy zrealizować groźbę (z pełną świadomością, że doprowadzi to do eksplozji oprocentowania długu i rychłego bankructwa kraju strefy euro).
Po trzecie, w programie OMT mają nie powstawać nowe pieniądze. Kwoty wydawane na zakup obligacji mają być „sterylizowane”, czyli zbierane z rynku. Co to znaczy i jak ma działać? EBC planuje usunąć równoważną kwotę pieniędzy z rynku, oferując bankom komercyjnym depozyty terminowe.
Ponieważ w obecnej ryzykownej sytuacji banki chętnie lokują pieniądze w uznawanym za bezpieczne miejsce ECB, nie powinno być problemu z zebraniem takich depozytów. Tyle, że wszystko to zaczyna wyglądać jak bilans Bernarda Madoffa: banki pożyczają pieniądze Europejskiemu Bankowi Centralnemu, ten pożycza je rządom, a te nie dość, że są gwarantem banków, to dofinansowują swój sektor bankowy.
Po czwarte. EBC będzie skupować dług o krótkim okresie zapadalności – do trzech lat. Rządy zagrożonych krajów mogą więc dojść do wniosku, że taki właśnie dług będą emitować – bo będzie
to dla nich tańsze. Stopniowo więc dług zadłużonych krajów będzie miał coraz krótszy termin zapadalności. Jeśli pożyczamy pieniądze na 10 lat, to średnio co roku rząd musi oddać (i pożyczyć na nowo, rolując dług, bo tak to obecnie działa) 10% długu. Jeśli pożyczamy pieniądze na 3 lata, to co roku rząd musi na nowo pożyczać 33% długu (który w wielu krajach jest większy od PKB).
Drobne zawirowanie na rynku długu i problemy z pożyczeniem tak wielkich pieniędzy będą oznaczać katastrofę (patrz „po drugie”). I jak EBC będzie później mógł się wycofać z tego programu – rządy zagrożonych krajów nie będą w stanie ich odkupić (bez rolowania), a pozbywanie się obligacji przez EBC na rynku spowodowałoby gwałtowny wzrost oprocentowania.








