Udzielenie przez europejski Bank Centralny europejskim bankom wartej 1000 mld euro pożyczki oprocentowanej na 1% zamiotło pod dywan problem wypłacalności europejskich banków. Za pożyczone pieniądze banki skupują oprocentowane na 6% obligacje, na czym dobrze zarabiają, a rządy krajów PIIGS cieszą się, że mają kupców na obligacje za niższy niż dotychczas procent. Wszystko pięknie.
Choć może nie wszystko. Jak donosi Bloomberg o sytuacji w Hiszpanii:
Rosnąca liczba niespłacanych pożyczek wywołuje wątpliwości inwestorów odnośnie zapewnień rządu hiszpańskiego, że sektor bankowy jest już oczyszczony i nie będzie dalej obciążać finansów publicznych. Odsetek niespłacanych pożyczek wzrósł w lutym do 8,16%, co jest najwyższym poziomem od 1994 roku. W 2007 roku było to mniej niż 1%. Względem lutego zeszłego roku oznacza to wzrost liczby niespłacanych kredytów o 110%. Podnosi to oszacowania wysokości „zagrożonego” kredytu do 143,8 mld euro.
To fatalna wiadomość. Zachodni system bankowy został dostosowany do działania przy poziomie bankructw rzędu 1%, a nie 8%. Dlaczego? Z powodu dźwigni finansowej. Przy typowej dla europejskiego systemu bankowego dźwigni rzędu 30:1, strata na poziomie 3,3% jest równa poziomowi kapitału.
Sytuacja ta oznacza nie tylko zagrożenie dla banków prywatnych, ale też, a może nawet przede wszystkim dla sektora finansów publicznych (Bloomberg):
Hiszpańskie, włoskie i portugalskie banki po dziurki w uszach wypchały się wypuszczanymi przez ich rządy obligacjami. Dług rządu Hiszpanii będący w rękach podmiotów krajowych wzrósł w ciągu 2 miesięcy o 26 procent, do 220 mld euro. Banki włoskie w ciągu trzech miesięcy zwiększyły swoje zaangażowanie w rządowe obligacje o 31 procent, do 267 mld euro.
Nic dziwnego, skoro mogą pożyczyć pieniądze na 1%, a za to „kupić” dług rządu Hiszpanii oprocentowany na 6%. W tym interesie jeszcze lepsze jest to, że te rządowe papiery dłużne są oficjalnie uznawane za 100% zabezpieczenie, można ich więc użyć w transakcjach REPO (zabezpieczonych papierami wartościowymi) ponownie. I ponownie. I znowu. I jeszcze raz. Jednym słowem, banki nie mają zysku na poziomie 5%, ale jego wielokrotność. Wykonanie takiej operacji 10-krotnie daje 50% zysk.
Jak to działa? Zacznijmy z kapitałem bankowym równym 1 mld euro. Kupujemy 1 mld hiszpańskich obligacji, które dają 6% zwrotu. Używamy ich jako zabezpieczenia transakcji REPO w EBC i pożyczamy z niego kolejny miliard, oprocentowany na 1%. Jeśli operację powtórzymy 10-krotnie, to odsetki w ciągu roku dadzą nam 10*50 mld = 500 mln. To całkiem niezły interes. Z naszego 1 mld kapitału, z naszej „inwestycji” mamy 50% zwrotu rocznie! Do tego bez ryzyka.
Czy aby na pewno? W Grecji doszło już do “strzyżenia” inwestorów. By zmniejszyć swe gigantyczne zadłużenie i utrzymać się w strefie euro, Grecja dokonała konwersji swych obligacji, opiewających łącznie na 177 mld euro. Ich posiadacze musieli się pogodzić ze stratami, wynoszącymi przeciętnie trzy czwarte zainwestowanych w te papiery kwot.
Co jeśli w Hiszpanii dojdzie do podobnego scenariusza? Bank o kapitale 1 mld straci kilka miliardów euro. Będzie niewypłacalny. I nie mówimy o jednym czy dwóch bankach. Mówimy o wylewarowanym do granic możliwości europejskim systemie bankowym.








