Artykuly

Gospodarka: Punkt krytyczny

Światowy system finansowy, pomimo kreatywnej inżynierii
finansowej, do istnienia wymaga stałego wzrostu – jednak w świecie zbliżającym
się do granic nie jest w stanie już dalej rosnąć równie szybko jak wcześniej,
co szczególnie dotyczy gospodarek rozwiniętych, w których nagromadzona piramida
długu, problemy demograficzne, wyczerpanie własnych kluczowych zasobów oraz
brak dalszych możliwości poprawy wydajności przez specjalizację tworzą lepką mieszaninę,
w której ugrzęzły marzenia ekonomistów i polityków o dalszym wzroście. Długo zamiataliśmy
problemy pod dywan, braliśmy na siebie coraz większą górę długu, od finansowego
po środowiskowy, kupując czas i odkładając czas zapłaty „na jutro”. Cóż, dla
coraz większej ilości krajów i grup społecznych to jutro właśnie nadeszło lub
nadchodzi. Nikt nie wie, kiedy
nastąpi krach rynkowy, jednak pojawia się coraz więcej sygnałów wskazujących,
że może on być niepokojąco blisko.

W światowym systemie finansowym mamy piramidę
długu, która może potencjalnie być spłacona jedynie przy wzroście gospodarczym,
i to wysokim. Dotychczasowe działania, czy to w USA, czy w Grecji, Włoszech i
wielu innych krajach, jedynie odsuwają problem w czasie. Sytuacja zmierza więc
w stronę kolejnych bankructw, niewypłacalności instytucji finansowych i państw,
a nawet ich grup.

Niedawno nasz minister finansów stwierdził na
forum unijnym, że jeśli rozpadnie się strefa euro, to
istnieje duże zagrożenie, że UE nie przetrwa tego szoku, czego skutkiem może
być wojna.

Dr Robert Shapiro, doradca prezydentów Clintona i
Obamy, a obecnie w MFW, 5 października wyraził w wiadomościach BBC opinię:

„Jeśli nie zareagują na to [kryzys zadłużeniowy w
Europie] w wiarygodny sposób, to uważam, że w przeciągu dwóch-trzech tygodni posypie
się rynek długu państwowego, co doprowadzi do katastrofy europejskiego systemu
bankowego. I nie mówimy tu o relatywnie niewielkiej belgijskiej Dexii, ale o
największych bankach na świecie – z niemieckimi i francuskimi włącznie, a potem
i brytyjskimi. To rozprzestrzeni się wszędzie, bo globalny system finansowy
jest niesamowicie powiązany – te europejskie banki są powiązane z każdym
liczącym się bankiem w Ameryce, Brytanii, Japonii i reszcie świata. Będzie to
kryzys, jak sądzę, poważniejszy od tego z 2008 roku.”

„Sypanie się domku z kart” może więc zacząć się
na peryferiach, a następnie, przez powiązania systemu finansowego, przenieść
się na inne kraje. Może do tego dojść właściwie w każdej chwili, a szansa na poważne
załamanie rynku jest wysoka, i wciąż rośnie. Roczne oprocentowanie 10-letnich
obligacji greckich wynosi blisko 25%, 2-letnich 75%, a 1-rocznych 150% w
stosunku rocznym – w zasadzie nie ma szansy, że rezultat będzie inny, niż
bankructwo. Według
prezesa EBC Jean-Claude Tricheta
kryzys zadłużenia zagraża europejskiemu systemowi
finansowemu, a zagrożenie przesuwa się z małych gospodarek do niektórych dużych
krajów. Jean-Claude Juncker uważa, że należy unieważnić ponad 60 procent
greckiego długu.

Ostatnia decyzja rządów Belgii, Francji i
Luksemburga o ratowaniu banku Dexia, ze względu na posiadanie dużej ilości
greckich obligacji narażonego na bankructwo, daje do myślenia. Kraje te wykładają na stół
90 mld euro, z czego Belgia aż 54,5 mld
, czyli 17% swojego PKB.  Biorąc pod uwagę historie ratowania banków z
ostatnich kilku lat wcale nie ma gwarancji, że to kwota ostateczna. A co
najistotniejsze, mówimy tu o pieniądzach przeznaczonych na ratowanie tego jednego banku. Grozi to wzięciem
przez belgijskich podatników na swoje barki długu przekraczającego możliwości
kraju i scenariusz eksplozji zadłużenia na modłę irlandzką.

Kiedy dojdzie do bankructwa Grecji, zacznie się
poszerzać strach przed przeniesieniem się choroby na inne kraje, banki i instytucje
ubezpieczeniowe, bo nikt na dobrą sprawę nie wie, kto ma trupy w szafie i ile.
Szczególnym ryzykiem są instrumenty (derywatywy CDS) zabezpieczające przed
bankructwem Grecji. Dług Grecji wynosi 330 mld euro – tak więc jego „60% strzyżenie”
będzie oznaczało wyparowanie 200 mld euro. Kiedy dojdzie do bankructwa tego
kraju, do instytucji ubezpieczających dług zgłoszą się firmy, które wykupiły te
ubezpieczenia, a ubezpieczyciel powinien wypłacić te pieniądze. Ale mówimy o
setkach miliardów dolarów – i najprawdopodobniej ubezpieczyciele (którzy
chętnie przyjmowali wpłaty za ubezpieczenie), przegrawszy ten zakład, ogłoszą
niewypłacalność – a właściwie stwierdzając, że „są zbyt duzi, żeby upaść”, będą
domagać się setek miliardów od podatników. Gdyby w ślady Grecji poszły będące
kolejnymi potencjalnymi kostkami domina Włochy i Hiszpania, których dług przekracza
2500 mld euro, nie będzie jak zasypać tej dziury.

Jeśli dojdzie do bankructwa jednego kraju Zachodu,
to powstanie niebezpieczny precedens i spadnie wiarygodność wszystkich (lub co
najmniej wielu) innych państw. I tak już zadłużone po uszy kraje będą musiały
płacić wyższe odsetki, co spowoduje wzrost długu, dalszy spadek wiarygodności i
wzrost odsetek… aż doprowadzi to do matematycznie pewnego bankructwa.

Jeśli wydaje się komuś, że wielkie instytucje
finansowe są zbyt sprytne, aby ponieść tak olbrzymie straty, to warto
przypomnieć, że kiedy w 2008 roku implodowały CDS rynku nieruchomości w USA, to
właśnie duże banki oraz ubezpieczyciel AIG były głównymi posiadaczami tych –
jak się okazało – śmieciowych papierów. A wiele europejskich instytucji
finansowych ma bilanse w paskudnym stanie. Przeprowadzone kilka miesięcy temu
stress testy europejskich banków pokazały, że choć formalnie nie zaliczyło ich tylko
8 z 90 badanych banków, to inne, m.in. w Hiszpanii i Francji „prześlizgnęły”
się na styk. Są uzasadnione podejrzenia, że banki te „pudrowały” swoje wyniki,
z błogosławieństwem zresztą prowadzącego testy EBA (European Banking Authority).
Dodam jeszcze, że stress testy nie analizowały następstw jakichkolwiek strat na
pożyczkach udzielonych takim krajom jak Grecja, Irlandia czy Portugalia.

Nawis długu jest tak wielki, że w nierosnącej
gospodarce musi zostać zlikwidowany. Oczywiście oznacza to, że dług musi
zniknąć. Banki oczywiście dokładają wszelkich starań, aby koszty tego nie
uderzyły w nie, lecz żeby ponieśli je podatnicy, czy to bezpośrednio pieniędzmi
podatników, czy też z pomocą nowo stworzonych pieniędzy (drukowanie pieniędzy,
tudzież pakiety luzowanie ilościowe QE).

Społeczeństwa coraz silniej protestują przeciwko
temu, że rekiny finansów zgarnęły olbrzymie pieniądze, a za swoje straty wynikające
z nadmiernego (choć przez dłuższy czas bardzo opłacalnego) ryzyka każą płacić
społeczeństwu. Ludzie przestali wierzyć klasie politycznej, uznając, że system
polityczny został przejęty przez grupy interesu i głosowanie na tę czy inną
partię jest stratą czasu – postawa taka jest widoczna w bardzo szybko rosnącym
w siłę ruchu Oburzonych.

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly