Europa z przerażeniem patrzyła, jak leciały na łeb na szyję kursy akcji
na giełdach. Po raz kolejny obniżył się kurs wspólnej waluty euro, bo
pojawiły się informacje o upadku hiszpańskiego banku oraz dramatyczne
ostrzeżenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który bezwzględnie
punktował problemy stojące przed hiszpańską gospodarką. Inwestorzy
wpadli w panikę, a politycy znów wstrzymali oddech, bo zagrożona jest
cała strefa euro.

Hiszpański kryzys. Rys. malvasíaBlog
Zaczęło się od reakcji hiszpańskiego banku centralnego, który ruszył na ratunek CajaSur. Ten ostatni bank ma prawie pół tysiąca oddziałów i 1,5 mld euro trudnych kredytów. To już druga regionalna kasa oszczędnościowa, która pilnie potrzebuje pomocy.
Smutny obraz Hiszpanii
W tym samym czasie Międzynarodowy Fundusz Walutowy wydał komunikat, który przestrzega Hiszpanię, iż za chwilę może pójść śladami Grecji i zacząć dramatycznie prosić o pomoc z zewnątrz. A gospodarka tego kraju jest nieporównywalnie większa od greckiej i taki ruch Madrytu zatrząsłby jeszcze bardziej euro.
Wyzwania są poważne: dysfunkcjonalny rynek pracy, bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości, z której schodzi powietrze, ogromny deficyt budżetowy, nadmiernie rozbudowany sektor publiczny, duże zadłużenie zewnętrzne, anemiczny wzrost wydajności pracy, niska konkurencyjność i obszary słabości w sektorze bankowym – obnażają bezlitośnie analitycy MFW słabości hiszpańskiej gospodarki.
Hiszpańska minister finansów Elena Salgado nie zgadza się jednak z tą diagnozą: – Nasz system finansowy jest wypłacalny. Nie można powiedzieć, że jest zagrożony z powodu kłopotów tak małej instytucji jak CajaSur, ale oczywiście było ważne, aby wysłać sygnał siły, kontroli nad sytuacją, wypłacalności.
Madryt już oszczędza
I na dowód, że nie jest tak źle, jak to malują analitycy MFW, Madryt przedstawił szeroki program oszczędności fiskalnych. Właśnie wprowadzono zakaz zaciągania długoterminowych kredytów przez władze lokalne do końca przyszłego roku. Jest to element ogłoszonego w tym miesiącu programu, który w okresie dwóch lat ma zredukować deficyt budżetowy o 15 mld euro. Rząd chce też zamrozić państwowe emerytury i obniżyć płace pracowników administracji państwowej średnio o 5 proc. To jednak już budzi sprzeciw społeczeństwa.
A MFW apeluje do Madrytu o szybkie zreformowanie nieelastycznych przepisów regulujących rynek pracy oraz niedomagającego systemu bankowego. Odpowiedź pracowników sektora publicznego jest taka: strajk. W tej sytuacji europejska waluta spadła do poziomu 1,2376 za dolara.
– Korzenie problemów euro sięgają bardzo głęboko, z jednej strony kraje tej strefy mają jedną walutę, ale polityka fiskalna w sprawie tej waluty jest pozostawiona każdemu z krajów tej strefy – mówi japoński minister finansów Naoto Kan. – Mam jednak nadzieję, że rynki finansowe niebawem uspokoją się.
Sytuacja jest jednak bardzo trudna, a komisarz Europejskiej Unii Ekonomicznej Olli Rehn ostrzega, że jeśli poszczególne kraje nie przystąpią, i to jak najszybciej, do poważnych reform, to trudno będzie mówić o gospodarczym wzroście i możliwości zażegnania kryzysu. Użył on nawet zwrotu, że jeśli nie przystąpi się szybko do programów naprawczych, będzie to stracona dekada dla Europy.
Nakłada się na to jeszcze wyraźna niechęć wielu europejskich stolic do pomysłu niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, która domaga się, by wyposażyć Brukselę w narzędzia pozwalające jej na dyscyplinowanie budżetów poszczególnych krajów strefy euro. Londyn, który do tej strefy nie należy, jest jednak takim ruchom zdecydowanie przeciwny, nie chce, by Bruksela miała możliwość dokonywania korekt krajowych budżetów. Nowy brytyjski premier David Cameron zagroził podczas swego niedawnego pobytu w Berlinie Angeli Merkel, że nie godzi się na zmiany w obecnych zapisach traktatu lizbońskiego. A jeśli takie zmiany miałyby być dokonane, to tylko i wyłącznie za zgodą wszystkich członków Unii Europejskiej.
Bruksela obawia się jednak, że gdyby do takich zmian miało dojść, Cameron wykorzystałby to jako pretekst do rozpisania na Wyspach referendum w sprawie zasad działania Unii Europejskiej, co groziłoby jej rozsadzeniem od środka.
W sytuacji jednak, kiedy nie ma jednego ośrodka, który kierowałby akcją ratowania euro, europejska waluta dołuje. Nie ma środków, by zmusić poszczególne kraje do liberalizowania swoich rynków, na co zwracają uwagę specjaliści. Takie kraje jak na przykład Grecja, która jest w centrum kryzysowego ogniska, regularnie ignoruje wezwania Unii Europejskiej do liberalizacji rynku. Kolejnym takim krajem są Włochy.
A bez wspólnych działań trudno mówić o ratowaniu euro. Przy obecnych powiązaniach rynków finansowych wystarczy bowiem konflikt w odległej części świata, by odbiło się to na pozycji euro. Tak się stało po tym, jak na giełdach w Hongkongu, Singapurze, Indonezji, Chinach, Indii, Tajlandii czy Australii zanotowano spadki. Te z kolei związane były z rosnącym napięciem na Półwyspie Koreańskim, gdzie Phenian już otwarcie mówi, iż ruszy do wojny, jeśli zostanie zaatakowany przez sąsiada z Południa.
Stagnacja w Eurolandzie
Adam Posen, członek komisji polityki monetarnej Bank of England, ostrzega, że zawirowania w krajach strefy euro nie pozostaną też bez wpływu na sytuację brytyjską. – Ograniczmy się do stwierdzenia, że na następne kilka lat perspektywy silnego wzrostu w większości krajów Eurolandu są mało realne – mówi Posen.
Do tego trzeba jeszcze dodać problemy na Węgrzech, gdzie nowy prawicowy rząd, jak mówią jego przedstawiciele, znalazł w finansowych szafach same trupy. To ogromne długi i pustki w państwowej kasie po poprzednikach. Na podobne problemy narzekała też obecna ekipa Camerona na Wyspach, która musi zaczynać rządy od niepopularnych kroków, od cięć budżetowych i oszczędności. A takie kroki nie podobają się żadnemu społeczeństwu.
Do europejskich krajów jeszcze nie dotarło, że czas kontynentu słynącego z dobrobytu socjalnego kończy się, i to nieodwołalnie, a przykre przebudzenie właśnie następuje.
Kazimierz Sikorski, Patrick Hosking
Źródło: Polska








