Biały Dom ogłosił nowe propozycje – nigdy już podatnicy amerykańscy nie będą zakładnikami banków zbyt dużych, by upaść – mówił prezydent Barack Obama.

To m.in. bardzo ryzykowne inwestycje wielkich banków amerykańskich przyczyniły się do wybuchu globalnego kryzysu finansowego w roku 2008. Rządy George’a Busha i Obamy na ich ratowanie wydały około pół biliona dolarów (większość tych pieniędzy banki już zwróciły).
Teraz rząd USA proponuje, by banki nie mogły prowadzić najbardziej ryzykownych inwestycji, m.in. przez hedge funds. Banki nie mogłyby też prowadzić funduszy inwestycyjnych tylko ze środkami własnymi, swych udziałowców lub swych menedżerów – każda inwestycja musiałaby zawierać środki klientów banków i dawać zyski także im. – W skrócie: możesz być bankiem albo możesz być funduszem inwestycyjnym wysokiego ryzyka, ale nie możesz być i jednym, i drugim – tłumaczył wczoraj jeden z doradców Obamy dziennikowi „Wall Street Journal”. Kolejna propozycja mówi o ograniczeniach w kupowaniu przez wielkie amerykańskie banki innych banków lub instytucji finansowych, choć szczegóły nie są tu jeszcze znane. Już od 16 lat nie są możliwe takie połączenia banków, w wyniku których powstałby kolos mający ponad 10 proc. rynku USA.
„Obama zmusza firmy, by wybrały, czy chcą być bankami korzystającymi z przywilejów dawanych przez państwo (np. pożyczanie tańszego pieniądza z Fed), czy też chcą gonić za maksymalnymi zyskami” – pisze „Washington Post”.
Po ogłoszeniu propozycji rządu USA Dow Jones spadł w czwartek o 2 proc., z wielkich banków najbardziej (7 proc.) Goldman Sachs, który generuje ok. 10 proc. zysków z funduszy inwestycyjnych. Inne banki mówiły wczoraj, że boją się zmniejszenia zysków, ale też tłumaczyły, jak Bank of America, że od czasu kryzysu „zakończyły już z prowadzeniem najbardziej ryzykownych funduszy”. Prywatnie wielu członków zarządów banków mówiło jednak mediom, że „na pewno nie da już nigdy więcej pieniędzy Obamie na kampanię”. W 2008 roku Obama dostał ich z Wall Street nadspodziewanie dużo.
Wczoraj Dow spadł do połowy dnia już tylko o 0,4 proc., zdaniem analityków m.in. z powodu uspokajającej wypowiedzi szefa komisji finansów Izby Reprezentantów Barneya Franka, że nowe propozycje nie wejdą w życie wcześniej niż za trzy lata. Większość komentatorów uważa, że Obamie uda się przeprowadzić w Kongresie USA swe propozycje, gdyż Wall Street nienawidzi dziś większość Amerykanów. Według sondaży ponad 60 proc. narzeka, że to banki, a nie zwykli obywatele, są głównymi beneficjantami ogromnej pomocy państwa podczas wciąż trwającego kryzysu.
Jak pisze „New York Times”, próba stawienia czoła bankom jest elementem nowej strategii prezydenta Obamy, która ma polegać na bardziej populistycznym przekazie. Wewnątrz obozu Obamy jest także zwycięstwem Paula Volckera, b. szefa Fed i szefa rady doradców ekonomicznych prezydenta, nad ministrem skarbu Timothym Geithnerem, który bliższy Wall Street sprzeciwiał się mocniejszym regulacjom nakładanym na banki.
Źródło: Gazeta.pl








