Na razie niestety jeszcze nie w Polsce, lecz w estońskim Tallinnie. W
przeprowadzonym 25 marca referendum ponad ¾ mieszkańców estońskiej
stolicy poparło wniosek zarządu miasta, od 1 stycznia 2013 roku
zniesione będą opłaty za komunikację miejską.
„Dzięki bezpłatnej komunikacji miejskiej ograniczymy korzystanie z samochodów, zwiększymy mobilność biednych rodzin, a także przyczynimy się do ochrony środowiska w wymiarze lokalnym oraz globalnym” – stwierdził burmistrz Tallinna Edgar Savisaar z Partii Centrum, mającej większość w radzie miejskiej.
Blisko 400-tysięczny Tallinn może więc stać się pierwszym dużym miastem w Europie z darmowym transportem publicznym. Tego typu rozwiązania funkcjonują w mniejszych miejscowościach, np. w stolicy fińskich autonomicznych Wysp Alandzkich Mariehamn czy w szwedzkiej gminie Avesta.
W polskich miastach, podobnie jak dotychczas w Tallinnie, opłaty za bilety pokrywają jedynie 30-40% kosztów funkcjonowania komunikacji – reszta to dotacje. Zwiększenie dopłat z 60-70% do 100% to większe koszty dla budżetu miasta, jednak korzyści również mogą być znaczące – nie tylko te globalne, jak zmniejszenie emisji CO2, ale również na poziomie lokalnym, zarówno gospodarczym, jak i społecznym.
Wielu mieszkańców, mając do dyspozycji bezpłatną komunikację miejską, zrezygnuje z samochodu. Spadną wydatki na paliwo, a pieniądze zamiast popłynąć do Rosji, zostaną wydane na miejscu, zasilając lokalną gospodarkę. Miasto odkorkuje się, spadnie zanieczyszczenie powietrza i hałas. Zmniejszenie liczby aut ułatwi wydzielanie kolejnych buspasów, pasów dla rowerów i wyłączanie kolejnych ulic z ruchu samochodowego.
Według estońskiego projektu opłaty w tallińskiej komunikacji mają nadal obowiązywać turystów oraz pasażerów z innych estońskich gmin. W ten sposób samorząd chce zachęcić przyjeżdżających do pracy w stolicy Estończyków do zameldowania się w Tallinnie oraz płacenia tam podatków.
Polskie miasta również walczą o to, by ich mieszkańcy płacili podatki w nich, a nie siłą bezwładu tam, skąd przyjechali. W dużym stopniu wzrost dopłat z budżetu miasta do transportu publicznego mógłby zostać więc skompensowany wzrostem przychodów z tego źródła.
Można oczywiście skrytykować pomysł jako rozdawnictwo pieniędzy podatników, prowadzące do konieczności zwiększenia podatków czy pogłębienia dziury budżetowej. Jednak biorąc pod uwagę, że sami kierowcy pokrywają jedynie około 30% kosztów ruchu samochodowego (wliczając w to koszty zewnętrzne, od budowy infrastruktury drogowej po koszty zanieczyszczeń, korków i wypadków) są to mądrze wydane pieniądze.








