Wg banku inwestycyjnego Morgan Stanley przemysł wciąż nie docenia potencjału, jaki drzemie w bateriach Tesli. Producentowi pojazdów elektrycznych udało się drastycznie obniżyć koszt akumulatorów, a co za tym idzie – koszt gromadzenia energii. To może skłonić ludzi do odłączenia się od sieci.
W raporcie z czerwca br. Energia słonecznia i magazynowanie energii analitycy Morgan Stanley stwierdzają, że magazynowanie energii w akumulatorach Tesli, mających powstawać w „Giga-fabryce”, może być przełomem nie tylko w USA i Europie, ale na całym świecie.
W raporcie czytamy: „Zważywszy na stosunkowo wysoki koszt prądu z sieci, uważamy, że część konsumentów w USA i Europie wybierze niezależność energetyczną, produkując i magazynując prąd ze słońca (…) Sądzimy, że rynek nie docenia Tesli – ani skali redukcji kosztów gromadzenia energii, ani potencjału dalszej redukcji do końca dekady, kiedy to Tesla zbuduje swoją Giga-fabrykę”.
Ma to naturalnie poważne implikacje dla operatorów sieci i ich klientów. By chronić zyski, operatorzy już próbują podnieść opłaty stałe. Wg analityków Morgan Stanley, może to przynieść skutki odwrotne od zamierzonych.
Australijskich operatorów sieci poinformowano, że będą musieli zadowolić się mniejszym zyskiem, by zachować konkurencyjność wobec nowych technologii. Operatorzy bronią się, twierdząc, że to zwiększyłoby koszt kapitału. Wskazują również, że ktoś musi ponosić „koszty utopione”, związane z budową sieci.
Raport jasno wskazuje, że koszty obsługi sieci są sztywne i będą tylko rosły, podczas gdy koszty nowych, przełomowych technologii będą spadać i to szybciej, niż przewidują to wielkie firmy energetyczne.
Przeciętne moce produkcyjne typowej firmy produkującej obecnie akumulatory to 40-50 MW pojemności rocznie. Typowy koszy produkcji to 500 dolarów/kWh. Fabryka Tesli ma rocznie wypuszczać na rynek baterie o łącznej pojemności 1000 MW, a może i większej. To obniży koszt produkcji baterii z dzisiejszych 250 dolarów/kWh do 150 dolarów/kWh w roku 2020.

Wg Morgana Stanley’a w Stanach Zjednoczonych może nastąpić punkt krytyczny, kiedy to konsumenci zaczną powszechnie odłączać się od sieci.
„Wzrost opłat stałych za korzystanie z sieci może skłonić ludzi do zakupu akumulatorów i rezygnacji z prądu od operatora. Im więcej klientów wybierze niezależność, tym wyższe rachunki firmy energetyczne będą przerzucać na pozostałych konsumentów, którzy tym samym coraz chętniej będą odłączać się od sieci.”
„Szacujemy, że przy spadku kosztu akumulatora litowo-jonowego rzędu 25 dolarów/kWh całkowity koszt energii u konsumenta spadnie o ok. 1 cent, czyli 15% opłat za korzystanie z sieci.”
Raport wskazuje, że do tej pory koszty gromadzenia energii były zbyt wysokie, by opłacało się rezygnować z prądu z sieci. Jeśli jednak koszt produkcji baterii spadnie do 125-150 dolarów za kilowatogodzinę pojemności, a może i bardziej (jeszcze kilka lat temu było to ponad 500 dolarów/kWh), część konsumentów może wybrać niezależność energetyczną.
„Na przykład w Kalifornii w 2012 roczne przeciętne opłaty stałe za korzystanie z sieci wyniosły 500 dolarów. Prognozuje się istotny wzrost cen energii, rzędu 4-6% rocznie do końca tej dekady.“
„Uważamy, że przyczyną wzrostu cen energii będzie przede wszystkim wzrost opłat sieciowych (a nie cen prądu produkowanego przez duże elektrownie). Stąd też opłaty za korzystanie z sieci mogą rosnąć szybciej, niż 4-6% rocznie. Jeśli będą rosły średnio o 5% rocznie, to w roku 2020 opłaty stałe dla przeciętnego mieszkańca Kalifornii wyniosą 750 dolarów”.
Im wyższe będą opłaty sieciowe dla właścicieli mikroźródeł (przede wszystkim paneli słonecznych), tym większa będzie pokusa, by rozbudować instalację i całkowicie odciąć się od sieci.
Nawet w Europie wyższe opłaty sieciowe mogą zachęcić część konsumentów do rezygnacji z usług operatorów (dzięki produkcji i magazynowaniu energii ze słońca) – choć zapewne wielu właścicieli mikroźródeł pozostanie w sieci.
Może to stymulować rozwój modeli lokalnych usług energetycznych, a to potencjalne źródło zarobku. Już dziś niektórzy gracze, tacy jak RWE, działają w tym obszarze, jednak wg Morgana Stanley’a „liderami tego rynku nie będą duzi operatorzy sieci”.
Morgan Stanley promuje trzy schematy magazynowania energii:
W sieci / pobór prądu z sieci netto wynosi zero. W tym schemacie w dzień konsument odsprzedaje do sieci nadwyżkę prądu wyprodukowaną przez panele fotowoltaiczne, a w nocy pobiera prąd z sieci. W rezultacie zużycie prądu netto z dużych elektrowni podłączonych do sieci jest bardzo niskie lub zerowe.
W sieci / częściowy pobór prądu z sieci. To podejście często stosowane w Europie, gdzie przydomowe elektrownie słoneczne są zbyt małe, by w pełni zaspokoić zapotrzebowanie na prąd i gdzie otoczenie prawne i ekonomiczne nie sprzyja pełnemu odłączeniu od sieci. Należy założyć, że ci konsumenci nie zdecydują się na pełną niezależność energetyczną.
Całkowicie poza siecią. W tym ujęciu, konsumenci zaspokajają swoje potrzeby energetyczne dzięki przydomowym mikroźródłom, wspartym przez system magazynowania i zarządzania energią. Konsumenci mogą wybrać to rozwiązanie z kilku powodów. Np. na niektórych rynkach klienci, którzy zdecydują się na opcję pierwszą muszą płacić wysokie, niemożliwe do ominięcia stałe opłaty sieciowe – ci mogą zdecydować się na pełną niezależność energetyczną.
Powstaje pytanie, jakiej stopy zwrotu oczekują właściciele gospodarstw domowych i inni inwestorzy?
Analitycy Morgan Stanley twierdzą, że przeciętny konsument zadowoliłby się niskim IRR (internal rate of return – wewnętrzna stopa zwrotu), zważywszy na obecne stopy procentowe. Wg raportu „być może wystarczy IRR powyżej zera”. Bardzo możliwe, że pojawią się instrumenty finansowe pokrywające część kosztów inwestycji.

Morgan Stanley szacuje, że dziś przeciętny przydomowy system produkcji i magazynowania energii słonecznej w Europie kosztuje ok. 25 000 euro. To poważny wydatek dla wielu rodzin, jednak analitycy zakładają, że do 2020 r. koszt ten (dla panelu o mocy 5kW i akumulatora o pojemności 12,5kWh) spadnie do zaledwie 12 500 euro, a tym samym wzrośnie dostępność instalacji.

Wg Morgana Stanley’a, nawet jeśli Tesla zamierza produkować akumulatory tylko na użytek swoich samochodów, skala tej produkcji czyni z firmy kluczowego gracza na rynku instalacji do magazynowania energii.
“Obecna skala produkcji modelu S (przy założeniu, że z taśmy schodzi 80 pojazdów dziennie, z akumulatorami o przeciętnej pojemności 80kWh – t.j. 80% w wersji z bateriami 85 kWh, 20% w wersji 60kWh) odpowiada 6,4 MWh pojemności akumulatorów dziennie.”
“Szacujemy, że do roku 2028 Tesla wyprodukuje 3,9 mln pojazdów o łącznej pojemności w USA 237 GWh (443 GWh globalnie) – to 10-krotnie więcej, niż wynosi obecna całkowita pojemność w instalacji magazynujących w USA. Nie uwzględniono tu baterii z odzysku.”
Model S Tesli (wersja 85 kWh) magazynuje energię zdolną zasilić typowe gospodarstwo domowe w USA przez 3,5 dnia.
Do roku 2020 Tesla wyprodukuje 690 tysięcy pojazdów zdolnych zasilić przez godzinę 1,6% amerykańskich gospodarstw domowych.
Do roku 2028 Tesla wyprodukuje 3,9 mln pojazdów zdolnych zasilić przez godzinę 8% amerykańskich gospodarstw domowych.”
Tłumaczenie Marta Śmigrowska, RenewEconomy








