Artykuly

Płacenie rolnikom, by powódź zalała domy

Rząd pozwolił lobby rolnemu na pisanie przepisów o ochronie ziemi – na konsekwencje nie trzeba było długo czekać.

Wzdłuż drogi z High Ham do Burrowbridge, wiodącej wzdłuż leżącego na terenach Somerset Levels jeziora, widać ciągnące się pola kukurydzy. W wielu miejscach posiane na zboczach uprawy schodzą prosto do wody. Kiedy pada, woda i gleba spływają do jeziora. Nieczęsto przyczyna i skutek są widoczne tak blisko siebie jak tutaj.

Podczas szczytu nękającej Anglię powodzi udałem się do źródeł Tamizy. Zaraz za znaczącym je kamieniem dostrzegłem górujące nad rzeką zaorane pola, ogołocone na zimę z roślinności i ubite ciężkimi maszynami. Błotnista woda ciekła wzdłuż dróg i spływała do rzeki. Sto kilometrów dalej w dół rzeki znajdzie się w pokojach tamtejszych mieszkańców. Ten sam obrazek można ujrzeć wzdłuż całego biegu Tamizy: 300 kilometrów idiotyzmu, perfekcyjnie zestrojonego do spowodowania katastrofy.

Spotykają się tu dwa problemy, rutynowo bagatelizowane i ignorowane. Zaledwie we wrześniu brytyjski minister środowiska Owen Paterson, zapewniał, że zmiana klimatu „to coś, do czego możemy się zaadaptować, a jako gatunek jesteśmy bardzo dobrzy w adaptacji„. Jeśli dwa miesiące deszczowej i wietrznej pogody doprowadziły do takich problemów, to kto wie, co przyniesie ocieplenie o cztery stopnie?

Druga kwestia jest nie mniej upolityczniona: zakres regulacji prawnych i swobody gospodarczej.

Jak tylko obecny rząd doszedł do władzy, stworzył zespół do przeglądu regulacji rolnych. Jego przewodniczącym został… były dyrektor generalny Krajowego Związku Rolników. Czy można się więc dziwić, że przedstawił rekomendację „całkowicie nowego podejścia do kultury regulacji… Rząd musi mieć zaufanie do biznesu”? Postulaty zespołu, przyjęte przez Patersona, wyglądają teraz równie kretyńsko, jak przemówienie Gordona Browna do bankierów z 2004 roku: „Budżet za budżetem chcę, żebyśmy robili jeszcze więcej, by zachęcać do podejmowania ryzyka.”

Na sześć tygodni przed nastaniem powodzi, czasopismo naukowe „Soil Use and Management” („Wykorzystanie i zarządzanie glebą”) opublikowało artykuł ostrzegający przed nadciągającą katastrofą, stwierdzając, że stan spływu wód powierzchniowych w południowo-zachodniej Anglii, gdzie leżą tereny Somerset Levels, dochodzi do punktu krytycznego. Naukowcy stwierdzili, że w wyniku olbrzymich zmian w sposobie kultywacji terenu, aż w 38% przebadanych miejsc woda – zamiast wsiąkać w grunt – spływała teraz z pól. Rolnicy orali pola, które wcześniej leżały odłogiem i przechodzili z wiosennego siewu na zimowy, pozostawiając na sezon deszczowy gołą ziemię. Najgorsze ze wszystkiego było zaś przejście na uprawy kukurydzy, których areał w kraju od 1970 roku wzrósł z 1400 ha do 160 000 ha. Na 3/4 pól kukurydzy na południowym zachodzie, struktura gleby została zdegradowana w tak poważnym stopniu, że sprzyja powodziom. Z pól wraz z wodą spływają gleba, nawozy i pestycydy. Jak ostrzegał artykuł, nie podejmuje się żadnych istotnych działań mogących zatrzymać ten proces. Data artykułu: Grudzień 2013.

Kukurydza w Wielkiej Brytanii nie jest uprawiana, by karmić nią ludzi, lecz by karmić zwierzęta i – w coraz większym stopniu – samochody. Biopaliwa – antyrozwiązanie problemu zmiany klimatu – nasilają jej konsekwencje, zmniejszając zdolność terenu do magazynowania wody.

Poprzedni rząd dostrzegał ten problem. W 2005 roku opublikował miażdżący katalog następstw tych zmian w wykorzystaniu terenu. Oprócz utraty żyzności gleby i zatruwania cieków wodnych, ostrzegał, że „zwiększony spływ wody i odkładanie się osadów mogą zwiększyć zagrożenie powodziowe”. Kukurydza, przestrzegał, jest szczególnie problematyczna, bo gleba pozostaje odsłonięta przed i po żniwach, bez rżyska czy drobnych roślin, potrzebnych do jej wiązania i ochrony. „Gdzie to tylko możliwe”, stwierdzał dokument, „należy unikać uprawy kukurydzy na terenach o dużym i bardzo dużym narażeniu na erozję”. Rząd Partii Pracy przekuł te rekomendacje na warunki dla subsydiów rolnych. Zgodnie z nimi pod kukurydzą powinny być siane uprawy osłaniające glebę, a pola powinny być orane i obsadzane na zimę roślinami ochronnymi w przeciągu 10 dni od zbiorów, zapobiegając spływowi wody.

Dlaczego więc w Somerset nie realizowano tych zaleceń? Ponieważ obecny rząd zrezygnował z tych warunków dla subsydiów. A nawet więcej – osobnym aktem wyłączył uprawy kukurydzy spod wszelkich obowiązków zabiegów ochronnych.

To się w głowie nie mieści. Uprawa, która najbardziej przyczynia się do powodzi i niszczenia gleby jest jedyną, która jest kompletnie wyłączona spod regulacji.

Kiedy gleba trafia do rzeki, nazywamy ją mułem. Kilkaset metrów od miejsca, gdzie gleba spływała ze wzgórz, trafiłem na baner nad Rzeką Parrett, mówiący: „Powstrzymać powódź, pogłębiać rzeki.” W ten sposób mieszkańcy domagali się działań od rządu. Pomijając już to, że pogłębianie rzeki zwykle powoduje więcej problemów niż rozwiązuje, to podejmowanie takich działań, kiedy jednocześnie z pól spływa strumień błota, jest jak czerpanie łyżeczką wody z wanny, do której leci woda z odkręconego kranu.

Obraz satelitarny z 16 lutego 2014

Obraz satelitarny z 16 lutego pokazuje, dokąd trafia ziemia z angielskich pól uprawnych. Fot. Dundee Satellite Receiving Station

Dlaczego rząd w ogóle zmienił w ten sposób regulacje?

Zgadliście. Zmiany tej zażądał zespół zajmujący się przeglądem regulacji rolnych: wszystkie zasady ochrony gleby warunkujące przyznanie subsydiów powinny zostać zniesione, a zamiast tego być po prostu „rekomendowane”, z pełną dowolnością ich wdrażania przez rolników. Nawet więc jeśli rolnik nie robił nic, by chronić glebę, subsydia dostawał nadal.

Możesz żywić naiwne przekonanie, że za idące w miliardy funtów dopłaty dla bogatych właścicieli ziemskich społeczeństwo dostanie coś w zamian. Coś innego niż nieprzerwane narzekania ze strony Krajowego Związku Rolników. Coś innego niż eksterminacja dzikich zwierząt, ogołacanie wzgórz z roślinności, zanieczyszczanie rzek i wezbrane wody rzek w domach. Jednak lobby rolnicze okazuje się tak skuteczne, że – jak gorzko żartują Anglicy –„Department for Environment, Food and Rural Affairs” (Departament środowiska, żywności i spraw wiejskich), o skrócie Defra, to teraz „Doing Everything Farmers’ Representatives Ask” (Robienie wszystkiego, czego tylko zażyczą sobie przedstawiciele rolników).

Źródło: The Guardian

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly