O tegorocznej konferencji Heartland Institute być może czytaliście już na blogu Piotra Kościelniaka. Ja jestem szczerze zdziwiony tym, że nie mieliście szansy czytać o niej nigdzie indziej.
Przypomnę, że pierwsza konferencja Heartland, będąca odpowiedzią środowisk denialistycznych na publikację czwartego raportu IPCC, była niewątpliwie ogromnym sukcesem, a zaprezentowany na niej raport „Nature, Not Human Activity Rules the Climate” do dzisiaj krąży po internetach jako wiarygodne źródło informacji na temat zmian klimatycznych.
Potem jednak zainteresowanie opadło, być może w zalewie innych „sceptycznych” atrakcji, jakich nie brakowało w ubiegłym roku. A przecież wydawać by się mogło, że po „Climategate” media odwrócą się od doszczętnie i ostatecznie skompromitowanej klimatologii, a niezależni, walczący w imię libertariańskich wartości sceptycy zostaną w końcu należycie docenieni, i doczekają się publicznego uznania za odsłonięcie szalbierstw i fałszerstw ideologii globalnego ocieplenia.
Tymczasem konferencja została niemal całkowicie zignorowana — jedynym godnym uwagi wyjątkiem było niezawodne Fox News, które z całego programu wybrało akurat najbardziej groteskową prezentację o globalnym ochłodzeniu Dona Easterbrooka.
Nie brzmiało to wiarygodnie w świetle świeżych danych o rekordowo ciepłym kwietniu, co dotarło nawet do dziennikarzy Foxa. Co gorsza, coraz trudniej jest już odwołać się do tradycyjnych argumentów o miejskich wyspach ciepła, fałszerstwach i usuwaniu danych ze stacji meteorologicznych, bo kwiecień był również bardzo ciepły w analizach opartych o pomiary satelitarne, którym żadne wyspy ciepła niestraszne.

Choć trudno w to uwierzyć, powierzchnia naszego kraju stanowi zaledwie 0,06% powierzchni całego globu. Dlatego, drodzy czytelnicy, mówimy o średniej globalnej, opierając się o pomiary z całego świata, a nie tylko rzut okiem na termometr za oknem. Źródło danych: analiza UAH, kwiecień 2010.
Nóż w plecy wbił denialistom sam Roy Spencer, który miał przyznać BBC, że jego własne badania stanowią niezależne potwierdzenie wyników Phila Jonesa z CRU:
Frankly our data set agrees with his, so unless we are all making the same mistake we’re not likely to find out anything new from the data anyway.
Szczerze mówiąc, nasz zestaw danych zgadza się z jego, więc o ile wszyscy nie robimy tego samego błędu, to z danych nie wyczytamy raczej niczego nowego.
Prezentacja Spencera była zresztą jedną z niewielu godnych uwagi, jako że wnosiła coś – albo przynajmniej próbowała wnieść – do naszej wiedzy o klimacie. Oczywiście Spencer na konferencji Heartland mógł sobie pozwolić na znacznie swobodniejszą interpretację wyników własnych badań, niż robił to w swoim artykule z JGR-A, a jego najnowsza popularna książka (promowana na konferencji), o tytule The Great Global Warming Blunder: How Mother Nature Fooled the World’s Top Climate Scientists, nie pozostawia czytelnikowi złudzeń, kto ma rację w sporze o globalne ocieplenie. Według BBC Spencer miał jednak tyle uczciwości by przyznać, że może się mylić. Inni prelegenci takich wątpliwości nie mieli, a ich referaty dokumentują permamentny kryzys „nauki sceptycznej” i wyraźne zmęczenie materiału.
Joseph D’Aleo znów opowiadał bajki o stacjach meteorologicznych, mimo że pół Internetu od dłuższego czasu nie zajmuje się niczym innym, jak próbą wytłumaczenia mu, że się myli. Tom Segalstad jak zwykle mówił o cyklu węglowym i rdzeniach lodowych, cytując swoje „badania” przeprowadzne wraz z Jaworowskim. Nils-Axel Morner znowu przekonywał, że poziom oceanów nie wzrasta; Ian Plimer znów twierdził, że erupcje wulkaniczne mają dominujący wpływ na stężenie atmosferyczne CO2. Najdziwniejsze jest to, że na konferencji byli przecież „sceptycy”, których opinie na te tematy są jak najbardziej zgodne z ustaleniami mainstreamowej nauki: wspomniany Spencer, Lindzen, czy nawet McIntyre (ba, niektórzy nawet w swoich slajdach powoływali się na dane, które zdaniem innych prelegentów były sfałszowane). Pomimo tego nie było żadnych polemik ani sporów, zwyciężył duch wzajemnego szacunku i otwartości na inne poglądy, a jedyne kontrowersje dotyczyły nie omawianych kwestii naukowych, tylko tego czy naukowcy powinni być ścigani przez prokuratorów, czy też nie.
Nie wierzę oczywiście, że nikły oddźwięk medialny konferencji wynikał z miałkości prezentowanych tam „alternatyw” wobec klimatologii; zapewne denialiści padli ofiarą własnego sukcesu, gdyż samo ich istnienie przestało być sensacyjnym „newsem” o którym trzeba poinformować opinię publiczną. Wydaje mi się natomiast, że coraz wyraźniej widać iż „Climategate” okazała się być dla denializmu klimatycznego ślepą uliczką. Za dużo pary poszło w próbę udowodnienia, że analizy zmian temperatur przeprowadzanych przez CRU i inne ośrodki są nierzetelne i niewiarygodne; zbyt często mówiono o globalnym ochłodzeniu i „ukrywaniu spadku”. A ponieważ denialiści są zbyt dobrze wychowani, by wytykać wzajemnie swoje błędy, na kolejnych imprezach Heartland zapewne znów usłyszymy referaty opisujące alternatywną rzeczywistość, w której Ziemia szybko wchodzi w zlodowacenie, poziomy mórz spadają, efekt cieplarniany nie istnieje, a na Antarktydzie pada śnieg zmrożonego CO2.
Źródło: DoskonaleSzare










