ArtykulyNegocjacje klimatyczne

Amerykanie mają problem z limitami na emisję CO2

Nowe międzynarodowe porozumienie o redukcji emisji gazów cieplarnianych nie ma sensu bez Ameryki. Ale USA nie ułatwiają negocjacji, bo same mają kłopot z przyjęciem własnych limitów CO2. Przed startem szczytu klimatycznego w Kopenhadze przedstawiciele amerykańskiego rządu są (przynajmniej oficjalnie) pełni optymizmu. Pierwszą w historii USA ustawę o redukcji emisji CO2 uda się przyjąć na czas. Tak, żeby cały świat widział, że po ośmiu latach nicnierobienia – narzuconego przez republikańską administrację prezydenta George’a W. Busha – Ameryka dołącza do krajów, które chcą zapobiec groźnym zmianom klimatycznym.

 - Mamy nadzieję osiągnąć postęp legislacyjny wkrótce – zapewnia „Gazetę” Todd Stern, główny przedstawiciel rządu amerykańskiego ds. klimatycznych. – Pojedziemy do Kopenhagi pełni wiary.

Ale ten urzędowy optymizm jest oparty na kruchych podstawach. Dziś już nawet przedstawiciele Partii Demokratycznej (i niemal wszyscy niezależni eksperci) ostrzegają, że nie ma wielu szans, by amerykański Kongres przyjął kluczową ustawę o gazach cieplarnianych (znaną jako Waxman-Markey Bill od nazwisk autorów) przed szczytem klimatycznym ONZ w Kopenhadze.

Waxman-Markey Bill miał być dla USA tym, czym dla UE jest pakiet energetyczno-klimatyczny. Ma wprowadzić system handlu zezwoleniami na emisję CO2 („cap-and-trade”) i nowe standardy energetyczne zwiększające m.in. udział odnawialnych źródeł energii. – Stany Zjednoczone, jeśli przyjmą Waxman-Markey Bill, będą miały system bardzo podobny do europejskiego – zapewnia Stern. Do 2020 r. USA zredukowałyby swoją emisję CO2 o 17 proc. w stosunku do stanu z 2005 r. Z takim dokumentem w ręku amerykańscy negocjatorzy w Kopenhadze mogliby dużo zdziałać. Np. zażądać konkretnych zobowiązań ze strony Chin i Indii. Na razie te kraje tłumaczą, że nie mogą narzucać kosztownych zmian swoim gospodarkom, skoro USA „nic nie robią”.

Tyle że ustawa utknęła w Senacie. Część senatorów chce ją rozwodnić. – Jest duże ryzyko, że Senat nie przyjmie tej jej części, która wprowadza system cap-and-trade – mówi „Gazecie” Andrew Light, ekspert z think-tanku American Progress związanego z administracją prezydenta Baracka Obamy. – Szanse oceniam na 50/50.

Ustawie sprzeciwia się nie tylko Partia Republikańska, ale i potężne lobby przemysłowo-polityczne, które od wielu miesięcy prowadzi kampanię propagandową. „Galon benzyny za 4 dolary. Taka będzie konsekwencja ustawy klimatycznej” – straszą całostronicowe reklamy w amerykańskiej prasie wykupione przez lobbystów. To mit, bo ustawa nie wpłynie na ceny benzyny. Ale przeciętnych Amerykanów przeraża, bo dziś za galon płacą 2,75 dol.

Do walki z ustawą włączyły się najważniejsze prawicowe think-tanki. – Nie można próbować odpowiadać na zmiany klimatyczne, działając wbrew interesom gospodarki – przekonuje Kenneth Green z American Enterprise Institute. – Zresztą większość emisji i tak pochodzi z Chin i Indii. Żeby zrównoważyć wzrost emisji CO2 w Chinach i Indiach, gospodarka Europy i Stanów Zjednoczonych musiałaby się zamknąć – straszy Green. Takie głosy trafiają Amerykanom do wyobraźni.

Prezydent Obama nie bardzo może pomóc w przepychaniu ustawy, bo jest zaangażowany w awanturę o reformę służby zdrowia. Efekt jest taki, że prace nad ustawą mogą trwać do przyszłego roku.

Pozycja negocjacyjna USA w Kopenhadze może więc nie być mocna. Ale administracja rządowa zdaje się nie brać tego pod uwagę i już teraz forsuje własną koncepcję, jak nowe międzynarodowe porozumienie klimatyczne (zastępujące protokół z Kioto, który wkrótce wygaśnie) powinno wyglądać. Nowa umowa międzynarodowa – proponują Amerykanie – nie miałaby jednego wiążącego celu redukcji emisji dla wszystkich państw. I nie miałaby międzynarodowych mechanizmów egzekwowania tego celu. Opierałaby się na „programach narodowych”.

Ale takie podejście ma jedną słabość. Naukowcy obliczyli, że aby zapobiec wzrostowi średniej temperatury o więcej niż 2 stopnie Celsjusza (większy wzrost oznaczałaby katastrofę ekologiczną dla całego świata), kraje rozwinięte muszą zredukować swoje emisje o 25-40 proc. w porównaniu z 1990 r. A to, co dziś można znaleźć w projektach narodowych, daje gorszy wynik. Jak obliczył World Resources Institute (znany amerykański instytut badawczy), programy Japonii, Rosji, Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Norwegii, plan Unii Europejskiej oraz projekt planu amerykańskiego (jeśli będzie przyjęty) – zredukują emisje CO2 o 10-24 proc. To za mało.

pl Źródło: Klimat Dla Ziemi

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly