Chiny i USA nie dokonały przełomu podczas ostatniej rundy rozmów klimatycznych w środę. Dwa kraje odpowiedzialne za prawie połowę światowych emisji gazów cieplarnianych zakończyły właśnie trzeci dzień negocjacji w Pekinie.
Wciąż zostało jeszcze kilka miesięcy do grudniowego spotkania w Kopenhadze, na którym 181 państw, ma zamiar pod egidą ONZ wypracować nowy pakt klimatyczny. Jednakże ślimacze tempo, z jakim dwaj najwięksi emiterzy przymierzają się do kompromisu, może zniechęcić innych do pójścia na ustępstwa podczas poprzedzającej spotkanie w Kopenhadze rundy negocjacji w Bonn.
Todd Stern, kierujący amerykańską delegacją, starał się wypowiedzieć optymistycznie na temat ustaleń, jednak trudno mu było ukryć fakt, że rozmowy nie zakończyły się postępem. Podsumował je dyplomatycznie: „Podczas naszych spotkań, pogłębiliśmy dialog z naszymi chińskimi partnerami poprzez otwarte przedyskutowanie wyzwań, które musimy pokonać i okazji, które musimy wykorzystać, jeśli my i świat mamy osiągnąć międzynarodowe porozumienie klimatyczne”.
„Spotkania te są krokiem w dobrym kierunku na drodze do Kopenhagi oraz w wyznaczaniu światowej drogi do czystej energetycznie przyszłości”, dodali Amerykanie.
Chińscy przedstawiciele podkreślali, że dwa kraje powinny mieć „wspólne, ale zróżnicowane podejście”. Za tą opinią kryje się jednak głównie niechęć do przyjęcia formalnego krajowego zobowiązania do redukcji chińskich emisji.

Problemem w negocjacjach jest także kwestią ograniczenia emisji gazów cieplarnianych przez USA. Kongres USA rozważa do roku 2020 zredukowanie emisji do 83 procent względem roku 2005. Chiny żądają, by do roku 2020 USA obcięło swoje emisje do poziomu 40 procent poniżej emisji z roku 1990. To zupełnie inny rząd wielkości. Chiny domagają się także, by USA zobligowało się do przekazywania 1 procenta swojego PKB na rzecz rozwoju czystych technologii w Chinach oraz w innych krajach rozwijających się.
USA odpowiada, że żądania krajów rozwijających się są absolutnie nierealne.
Zarówno stanowisko Chin jak i USA w sprawie tego, co kraje te mogą i powinny wnieść do negocjacji, wykazuje wręcz ideologiczny podział stanowisk. Obserwatorzy obawiają się, że może to spowodować podział reszty świata wzdłuż linii przebiegającej pomiędzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się.
więcej w Financial Times










