ArtykulyZmiany klimatu

Bob Inglis – Republikanin zaangażowany w przeciwdziałanie zmianie klimatu

Wygłoszone przez kongresmena w 2010 roku oświadczenie, że wierzy w wywołaną przez człowieka zmianę klimatu przyczyniła się do utraty przez niego stanowiska. Dlaczego więc ciągle stara się przekonać swoich sceptycznych kolegów konserwatystów?

Bob Inglis

Fot. United States Congress

„Herezja” wygłoszona przez Boba Inglisa w 2010 roku przypuszczalnie przyczyniła się do utraty przez niego miejsca w Kongresie. Mający wówczas za sobą 12 lat w Izbie Reprezentantów republikanin z jednego z najbardziej konserwatywnych okręgów w Karolinie Południowej, powiedział podczas spotkania z wyborcami, że wierzy w wywołaną przez ludzi zmianę klimatu. Zamieszanie, jakie wywołał tą wypowiedzią pomogło zwyciężyć jego kontrkandydatowi wspieranemu przez Partię Herbacianą.

Po opuszczeniu Kongresu Inglis założył Inicjatywę ds. Energii i Przedsiębiorczości (Energy and Enterprise Initiative) na Uniwersytecie George Masona. Organizacja ta wzięła na siebie trudne zadanie przekonania amerykańskich konserwatystów, że zmiana klimatu zachodzi naprawdę, a kluczem do rozwiązania problemu są działania opierające się na zasadach wolnego rynku. Inglis preferuje wycofanie subsydiów do wszelkich form produkcji energii – od paliw kopalnych do fotowoltaiki i wprowadzenie podatku węglowego, jako najuczciwszej metody, aby zanieczyszczający płacili za emisje gazów cieplarnianych, które powodują.
W wywiadzie z Rogerem Cohnem, redaktorem Yale Environment 360, Inglis mówi o tym, jak zmieniało się jego stanowisko od czasu, gdy zaprzeczał zmianie klimatu, dlaczego sprzeciwia się systemowi cap-and-trade, dlaczego konserwatyści są tak oporni wobec przyznania, że zmiana klimatu ma miejsce i dlaczego jego grupa skupia się na przekonywaniu republikanów. „Próbujemy przekonać konserwatystów, że są oni ważniejsi, niż kiedykolwiek sami przypuszczali” mówi Inglis, „bo to oni mają odpowiedź, którą jest wolny rynek. A jest to lepsze rozwiązanie niż narzucone przez państwo regulacje.”

Yale Environment 360: Jaki jest cel Inicjatywy ds. Energii i Przedsiębiorczości?

Bob Inglis: Celem jest utworzenie prawdziwej konkurencji pomiędzy różnymi źródłami energii i w rezultacie rozwiązanie naszych problemów klimatycznych i energetycznych przy wykorzystaniu mechanizmów wolnego rynku. To po prostu kwestia porównania prawdziwej ceny energii z różnych źródeł, co nastąpi jedynie, gdy wyeliminujemy wszystkie subsydia, gdyż subsydia zniekształcają rynek. Oraz, co oczywiste, musimy uwzględnić wszystkie koszty wytwarzania energii, co również będzie miało wpływ na rynek. Pierwszy z naszych postulatów popiera większość konserwatystów, właśnie o tym mówią teraz konserwatywne media – o zniesieniu subsydiów do produkcji energii. Obecnie media koncentrują się na Solyndrze – firmie, która mimo znacznej pomocy publicznej zbankrutowała po nadejściu kryzysu finansowego i innych, wspieranych przez administrację Obamy, ale jesteśmy pewni, że konserwatyści szybko zorientują się, że zrezygnowanie z subsydiów powinno dotyczyć też pozostałych źródeł energii, w tym paliw kopalnych. O tym nie mówią media, ale mamy nadzieję, że szybko uda nam się dotrzeć z tym przekazem do republikanów, gdyż propozycja zniesienia subsydiów do paliw kopalnych odnosi się do fundamentu konserwatyzmu: „Nie wolno mi robić na swojej własności niczego, co szkodzi tobie i twojej własności”.

e360: A producenci paliw kopalnych „szkodzą tobie i twojej własności”?

Bob Inglis: Tak. Produkcja prądu z węgla w USA jest odpowiedzialna za 23600 przedwczesnych zgonów rocznie. Przez choroby związane ze spalaniem węgla tracimy w ciągu roku ponad 3 miliony dni roboczych. To są realne i policzalne straty, których nie widać na rachunku z zakładu energetycznego. Jesteś więc błogo nieświadomy prawdziwej ceny swojego prądu. A skoro energia wydaje się tak tania, nie inwestujesz w źródła alternatywne, bo nie widzisz potrzeby inwestowania w nie. Mieszkam w Karolinie Południowej. Mógłbym mieć na przykład kolektor słoneczny do podgrzewania wody, ale nie mam. Ktoś prezentujący podejście altruistyczne mógłby umieścić na dachu taki kolektor, ale ja mam dwoje dzieci w college’u i nie stać mnie na bycie altruistycznym. Gdyby jednak mój rachunek odzwierciedlał prawdziwą cenę prądu, spojrzałbym na sprawę inaczej.

e360: Więc prawdziwe koszty zostałyby uwzględnione wskutek wprowadzenia podatku węglowego?

Bob Inglis: Tak, to dobra metoda przybliżenia tych kosztów. Ostatnio na Harvardzie miałem okazję spotkać się z Billem Hoganem, ekonomistą, który wskazuje, że najlepszą metodą przeniesienia kosztów na emitenta byłoby wystawienie konkretnego rachunku każdemu emitentowi. W ten sposób uzyskałbyś najdoskonalsze porównanie kosztów. Myślę, że to jest właściwe rozwiązanie.

e360: Prace Inicjatywy ds. Energii i Przedsiębiorczości służą przekonaniu konserwatystów do podatku węglowego?

Bob Inglis: Zgadza się. Próbujemy przekonać konserwatystów, że to właśnie oni są istotni, gdyż wartości które wyznają, w tym przywiązanie do przedsiębiorczości i wolnego rynku, pomogą lepiej poradzić sobie z problemem, niż stosowane obecnie subsydia. Podatek węglowy jest też lepszy, niż proponowane niegdyś przez niektórych republikanów systemy zachęt podatkowych, które zmieniają się w czasie i prowadzą do zwiększenia biurokracji.

Wierzymy, że w końcu konserwatyści otrzeźwieją, zwrócą się w kierunku wartości, które niegdyś wyznawali i dostrzegą, jak wielka zmianę może przynieść taki impuls cenowy.

e360: Jak myślisz, dlaczego twoim kolegom-konserwatystom tak trudno zaakceptować stanowisko nauki i przyjąć, że obecnie zachodząca zmiana klimatu jest spowodowana przez człowieka?

Bob Inglis: Cóż, jest wiele przyczyn, po pierwsze, światopogląd większości ludzi zatroskanych o zmiany klimatu jest zupełnie odmienny od ich własnego, co prowadzi do instynktownego odrzucenia ich poglądów i postrzegania naukowców jako bezbożników stojących w jednym rzędzie ze zwolennikami „dużego rządu” ingerującego w gospodarkę i wtrącającego się w prywatne życie.

e360: Ty również byłeś sceptyczny wobec teorii globalnego ocieplenia, gdy wchodziłeś do Kongresu w latach 90-tych. Czy możesz opisać swoją ewolucję od denialisty, do człowieka głęboko zaangażowanego w przeciwdziałanie zmianom klimatu?

Bob Inglis: Gdy po raz pierwszy zasiadałem w Kongresie (1993-99) miałem bardzo lekceważący stosunek do globalnego ocieplenia, mówiąc, że „tylko tak nam się wydaje”. Podczas swojej konferencji prasowej udało mi się nawet bardzo skutecznie ośmieszyć Ala Gore’a. W 1999 przegrałem wybory i ponownie dostałem się do Kongresu dopiero w 2005 roku, gdzie zasiadałem do 2010 roku. W międzyczasie moje dzieci zaczęły dorastać. Mój syn, który pierwszy raz głosował w 2004 roku powiedział: „Wiesz, Tato, zagłosuję na Ciebie, ale musisz zmienić swoje działania w kwestii ochrony środowiska”. Podobne stanowisko prezentowała moja żona i cztery moje córki. Zorientowałem się, że mam nowy elektorat, i to ważny, bo mógł zmienić zamki w drzwiach, gdybym zawiódł jego oczekiwania.

To była pierwsza przyczyna. Drugą było to, że zaraz po powrocie do Kongresu dostałem się do Komisji Naukowej Kongresu (House Committee on Science and Technology) i wkrótce musiałem odwiedzić bazę naukową Stanów Zjednoczonych na Antarktydzie (USA wydają rocznie 300 milionów dolarów na badania regionów polarnych).

e360: Kiedy to było?

Bob Inglis: W 2006 roku. Na Antarktydzie byłem dwukrotnie. To było fascynujące. Biegun południowy jest pustynią, na którą spada tylko kilka milimetrów deszczu rocznie. Znajduje się on prawie trzy kilometry nad poziomem morza, z czego większość to lądolód. Wierciliśmy przez ten lód, aby uzyskać próbki atmosfery ziemskiej sprzed tysięcy lat i dane dotyczące stężenia CO2. Uzyskane wyniki pokazują długi czas stabilności i nagły wzrost stężenia CO2 skorelowany z Rewolucją Przemysłową.

e360: Opowiedz więcej o tym przełomowym momencie kampanii w 2010 roku, podczas spotkania w namiocie, jeśli dobrze pamiętam w Spartanburgu.

Bob Inglis: Tak, miało to miejsce na lotnisku Landrum. To małe lądowisko, które stanowi świetne miejsce dla imprez wyborczych. Pytanie pochodziło od reportera pewnego chrześcijańskiego radia, który prowadził dyskusję. „Teraz pytanie do Boba Inglisa: Czy wierzy pan, tak czy nie, że zmiana klimatu jest spowodowana działalnością człowieka?” Cóż, mam paskudny nawyk szczerego odpowiadania na pytania od widowni, więc powiedziałem „Tak”. Wtedy widownia zaczęła buczeć i syczeć.

To samo pytanie zadano później mojemu konkurentowi, który pokonał mnie w wyborach. Człowiek ten, były prokurator, udzielił fantastycznej odpowiedzi: „Biorąc pod uwagę, że nie zostało to udowodnione w stopniu satysfakcjonującym moich wyborców, odpowiedź brzmi ‘nie, zmiana klimatu nie jest spowodowana działalnością człowieka”.

e360: Bardzo prawnicza odpowiedź.

Bob Inglis: Czy uważasz, że właśnie tak powinniśmy traktować zagadnienia naukowe – proponować ludziom, aby sami o nich decydowali? „Co sądzisz o grawitacji – istnieje, czy nie?” Cóż, niech ludzie decydują! To była szczególnie dobra odpowiedź dla niego w tamtym momencie. Zapewniła mu aplauz wśród zebranych.

e360: Jak uważasz, co Stany Zjednoczone mogą zrobić, aby rzeczywiście zmienić coś w sprawie zmiany klimatu?

Bob Inglis: Myślę, że powinniśmy działać poprzez wpływanie na ceny. To oznacza taką zmianę polityki ekonomicznej, aby w cenie energii zawarte były wszystkie koszty jej wytworzenia, oraz zlikwidowanie subsydiów. Projekt ustawy, którą złożyłem w Kongresie jest jedną z metod, aby to osiągnąć. Są oczywiście inne metody, lecz mój projekt zakłada wprowadzenie podatku węglowego w wysokości 15 dolarów za tonę dwutlenku węgla, który rósłby w ciągu następnych 30 lat do 100 dolarów za tonę. Oczywiście cena ta może ulec zmianie, co wynika z następnego założenia do projektu: każdy dolar pobierany poprzez podatek węglowy byłby następnie zwracany podatnikowi poprzez obniżkę podatku dochodowego. Nie byłby to więc dodatkowy podatek, lecz zmiana jednego podatku na inny, co nie spowoduje wzrostu udziału rządu w gospodarce, lecz wyceni i ograniczy towarzyszące spalaniu paliw kopalnych koszty zewnętrzne.

Kolejnym kluczowym elementem pakietu jest wprowadzenie cła korygującego, które byłoby nakładane na towary importowane, zaś zdejmowane z towarów eksportowanych, chyba że eksporter również wprowadzi podatek węglowy, wówczas cło nie byłoby nakładane. Uważam, że wprowadzenie tego cła jest konieczne, gdyż inaczej zakłady produkcyjne i miejsca pracy będą przenoszone do krajów, które wykorzystują energię mniej efektywnie i w konsekwencji emituje się więcej CO2.

e360: Czy to, co zaproponowałeś w Kongresie, było alternatywą dla systemu cap-and-trade, który też był tam wtedy dyskutowany?

Bob Inglis: Zgadza się, głosowałem przeciwko systemowi cap-and-trade.

e360: Dlaczego?

Bob Inglis: Był beznadziejnie skomplikowany, oraz poprzez darmową pulę uprawnień zapewniał największym trucicielom możliwość darmowego wypuszczania do atmosfery ogromnych ilości zanieczyszczeń, co było zawstydzające i podkopywało zaufanie do całego systemu. Był niebezpieczny dla amerykańskiego przemysłu. Wiem, że system ten posiadał pewien rodzaj cła korygującego, jednak nic nie wskazuje na to, że cło to przynosi efekty. System cap-and-trade był nowym podatkiem nałożonym na amerykański przemysł, któremu nie towarzyszyło obniżenie innych podatków, a ja jestem przeciwnikiem dużego rządu. Jestem konserwatystą, dlatego popieram plan naprawy gospodarki jeśli nie prowadzi on do wzrostu fiskalizmu. I dlatego uważam, że wprowadzeniu podatku węglowego powinna towarzyszyć obniżka innych podatków o tej samej wysokości.

Moja propozycja nazywa się Ustawa o Zwiększeniu Pensji i Obniżeniu Emisji Węglowych (Raise Wages, Cut Carbon bill) i jeśli poszukasz w Google’u, myślę, że bez problemu znajdziesz jej treść. Moja ustawa liczy 15 stron, podczas gdy ustawa wprowadzając system cap-and-trade ma aż 1200 stron.

e360: Kierujesz swój przekaz do konserwatystów i środowisk biznesowych? Do kogo adresujesz swoją propozycję i jak masz zamiar ich przekonać?

Bob Inglis: Spędzamy mnóstwo czasu na kampusach college’ów, przemawiając do republikanów, federalistów i młodych ewangelików. Mówimy do nich, gdyż są otwarci na wiedzę, studiują ekonomię, fizykę i chemię. Są rozczarowani konserwatywnymi mediami, gdyż to, co w nich słyszą, nie zgadza się z tym, czego nauczyli się na zajęciach z ekonomii, fizyki i chemii. Pomagamy im zobaczyć, że istnieje droga pozwalająca połączyć bycie konserwatystą i przeciwnikiem nadmiernego rozrostu budżetu federalnego z odpowiedzialnością społeczną. Musicie być odpowiedzialni. Każde zachowanie ma swoje konsekwencje, więc połączcie koszty zewnętrzne postępowania z jego ceną, aby rynek mógł je ocenić.

Ci studenci są otwarci na nasz przekaz, który, mam nadzieję, przekażą następnie swoim rodzicom i dziadkom. Ci są dla nas trudniejszym celem, szczególnie dziadkowie, którzy postrzegają nasze propozycje jako atak na swój sposób życia.

e360: Czy myślisz, że aktywiści ekologiczni są po części odpowiedzialni za to nastawienie, bo ich działania polegały czasem na oburzaniu się na ludzi i ich odpowiedzialność za obecny stan rzeczy?

Bob Inglis: Po części tak, gdyż jest trochę tak, jak mówił mój kolega podczas jednej z kampanii: „Lubimy zmiany, ale nikt z nas nie lubi być zmieniany”. Chcemy być inicjatorami zmian i sami kierować swoim życiem, a nie podporządkowywać się kursowi narzuconemu przez kogoś innego.

Bardzo często, gdy lewa strona społeczeństwa rozmawia o tych kwestiach z prawicą, to dyskusja przebiega mniej więcej tak: „My wiemy lepiej od was. Jesteście ciemnogrodem. Jesteśmy dużo mądrzejsi od was. Mamy naukowców, którzy mówią nam to i tamto. Zaprojektujemy system regulacyjny, który naprawi obecną sytuację, bo nie możemy ufać, że wy podejmiecie dobrą decyzję”. Tak prowadzona dyskusja pogłębia tylko przepaść między obiema stronami.

Tłumaczenie Bernard Swoczyna

ang Na podstawie: The Guardian

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly