Fala rekordowych upałów przetoczyła się pod koniec lipca przez Stany Zjednoczone. Temperatura przekraczała w cieniu 40 stopni. Pomimo środków ostrożności nie udało się niestety uniknąć ofiar śmiertelnych. W stanie New Jersey odnotowano 42 stopnie Celsjusza.

Fala upałów. Fot. disaster-emergency
To o 2 stopnie więcej niż podczas poprzedniego rekordowo ciepłego dnia w 2001 roku. Trzeba też zauważyć, że pomiary prowadzi się tam od 1935 roku, czyli od 76 lat.
W największych miastach wschodniego wybrzeża USA ekstremalnie wysokiej temperaturze towarzyszyła duża wilgotność powietrza, która sprawiała, że temperatura odczuwalna sięgała blisko 50 stopni.
Mieszkańcy po prostu dusili się w nieklimatyzowanych pomieszczeniach. Władze zalecały, o ile jest to możliwe, pozostawanie w domach w godzinach największego upału.
Osoby starsze i pracujący na wolnym powietrzu nie zawsze się do tego stosowali, co skutkowało falą osłabnięć, przez co szpitale były przepełnione. Na skutek przegrzania organizmu zmarły 22 osoby.
Nawet nocami temperatura nie spadała poniżej 30 stopni, a wilgoć stawała się nie do wytrzymania. Centra chłodzenia, czyli punkty, gdzie można skorzystać z darmowych napojów i klimatyzacji, były oblegane.
W Nowym Jorku i Waszyngtonie, gdzie temperatura wzrosła do 40 i 41 stopni (do rekordu wszech czasów zabrakło zaledwie kilku dziesiątych stopnia), mieszkańcy zbierali się w parkach. Znalezienie cienia w pobliżu fontanny graniczyło z cudem.
Sprzedawcy mówią o rekordowych utargach ze sprzedaży napojów chłodzących, lodów i klimatyzatorów. Tymczasem służby energetyczne odnotowały rekordowe zużycie energii elektrycznej, przez co część mieszkańców największych metropolii na kilka godzin dziennie była odcinana od prądu.
W Chicago, po upałach dochodzących do 37 stopni w cieniu, przeszły liczne burze. W ciągu tylko jednej godziny spadło prawie 40 litrów deszczu na metr kwadratowy ziemi. W niektórych częściach miasta pod wodą znalazły się ulice.
Więcej: Twoja Pogoda








