Gigant amerykańskiej energetyki węglowej Southern Company pożegnał się z ideą „czystej” energii z węgla. Firma przerwała budowę podobno przełomowej instalacji zgazowania węgla z wychwytem CO2. Opóźnienie było kilkuletnie, a imprezę zamiast początkowych 3, wyceniano ostatnio już na 7,5 mld dol.
Jeszcze klika lat temu uważano, że nowy blok w elektrowni Kemper County w stanie Mississippi może okazać się omalże rewolucją i udowodnić, że można węgiel spalać w sposób czysty. Ale od dłuższego czasu wiadomo było, że upadek projektu jest kwestią czasu. Nie dość, że budowa miała trzyletnie opóźnienie, to koszty rosły lawinowo, przekraczając pierwotny budżet o ponad 4 mld dol.
W USA dość powszechnie się uważa, że Southern lekceważyło sobie narastające problemy technologiczne, czując poparcie polityczne dla projektu ze strony i władz federalnych, i ówczesnego gubernatora stanu. Firma kalkulowała, że regulatorzy pozwolą jej ze względu na „rewolucyjność” projektu, przerzucić po prostu dodatkowe koszty na konsumentów. Tym dotkliwsza była ostatnia decyzja miejscowego regulatora, który stwierdził w końcu, że nie ma mowy o rozkładaniu kosztów, a żabę z „czystego węgla” mają zjeść akcjonariusze. Jak zwykle, zarobią prawnicy, którzy będą ustalać ostateczną formę porozumienia. A z tego, co się udało już zbudować, powstanie nowy blok energetyczny, ale na zwykły gaz ziemny.
„Czysty” węglowy blok w Kemper powstawał w technologii zgazowania IGCC, z wychwytem CO2 poprzedzającym spalanie (pre-combustion). Po zgazowaniu węgla otrzymany tzw. gaz syntezowy (mieszanina wodoru oraz tlenku i dwutlenku węgla) jest poddawany specjalnemu procesowi chemicznemu i ostatecznie zawiera jedynie wodór i do 50 proc. CO2. Dwutlenek jest częściowo wychwytywany, a pozostała mieszanina z dużą zawartością wodoru – spalana w turbinie gazowej. Teoretycznie metoda ta jest bardziej wydajna niż wychwyt CO2 z gazów spalinowych (post-combustion), ale w praktyce stanowi nie lada wyzwanie technologiczne. Tak jak i efektywne zgazowanie, o którym wiadomo na pewno tyle, że jest kilka razy droższe od tradycyjnej technologii węglowej.
W przypadku pre-combustion, amerykański Departament Energii szacuje dzisiejsze koszty wychwytu tony CO2 to 60 dolarów, a za barierę nie do przeskoczenia uważa 40 dolarów za tonę. Zresztą szacunki te raczej nie mają już większego znaczenia, bo po klapie Kemper mało prawdopodobne, by ktoś zechciał szybko powtarzać kosztowną nauczkę. Naturalnie w Ameryce, bo w Polsce ostatnio temat zgazowania węgla powraca co chwilę. Na przykład minister energii powtórzył ostatnio, że prawdopodobnie elektrownia ze zgazowaniem węgla powstanie pod Lublinem. Oczywiście bez żadnego wychwytu CO2, co nie przeszkadza polskim decydentom dalej nazywać tej technologii „czystą”.
W USA prywatna firma utopiła miliardy, licząc, że dzięki politycznemu poparciu uda jej się „upchnąć” te straty w rachunkach konsumentów, ale się przeliczyła. W Polsce, jeżeli projekt zgazowania w ogóle ruszy, nikt się nie przeliczy. W całą imprezę zaangażowane będą wyłącznie podmioty pod kontrolą państwa, więc kosztami nikt się nie będzie przejmował. A do rachunków doliczy się kolejną składkę na „bezpieczeństwo”.
Źródło: REO.pl








