– Tepco było oczywiście operatorem elektrowni w Fukushimie. Przez całe lata ukrywano fakty, fałszowano raporty, tworzono fikcyjny idylliczny obraz EJ. Znany w Japonii fakt, na świecie nieznany, gdy japoński inżynier Sugaoka otrzymał polecenie sfałszowania zapisu wideo dotyczącego uszkodzonych instalacji, powiadomił organ nadrzędny NISA, który, zamiast przekazać dyspozycje kontrolne, powiadomił Tepco, że mają u siebie kreta, po czym Sugaoka został zwolniony z pracy – pisze Krzysztof Sabara z Centrum Energii Odnawialnej GENESIS.
Atom stop. Historia katastrofy elektrowni jądrowej w Fukushimie
Gdy w kolejnych latach wychodziły na jaw nowe przypadki fałszownia raportów, a były ich setki, w końcu wybuchła afera i Tepco musiało się ukorzyć, ale był to nic nie znaczący gest, a wniosków nie wyciągnięto żadnych, bo zwolnieni, byli szefowie powrócili do firmy jako eksperci. To pokazuje ogrom korupcji w tym biznesie. Szczególnie niepokojące jest to, że organy nadzorujące, takie jak NISA oraz główny promotor EJ METI (japońskie Ministerstwo Gospodarki i Handlu i Przemysłu), którego zadaniem był nadzór nad bezpieczeństwem, świadczą całkiem odmienne funkcje, promujące rozwój tego sektora, więc odcinają społeczeństwo od faktów.
Katsumata doskonale wie jak to się robi. W Japonii, podobnie jak w Polsce, istnieje grupa „użytkowych naukowców”, u nas częściej mówimy „dyżurni naukowcy” lub, to moja definicja, „księżycowi naukowcy” (naukowcy gotowi podjąć się udowodnienia tezy o możliwości zbudowania drabiny łączącej ziemię z księżycem), którzy bardzo chętnie współpracują z koncernami energetycznymi, pisząc na zamówienie opinie dokładnie pod dyktando swoich mocodawców.
Tepco poleca swoich ekspertów do wielu funkcji w różnego rodzaju instytucjach międzynarodowych, by nabrali tam ogłady i uzyskali pozycję (tzw. uśpiony agent kartelu). Po latach bycia za granicą wracają i wtedy zaczyna się powolny, systematyczny proces robienia ludziom z mózgu sieczki. Do głosu dochodzą lokalni „eksperci” (dyżurni naukowcy księżycowi), strona rządowa, która nagle odnajduje „ratunek” w nowej technologii dla zapewnienia „bezpieczeństwa energetycznego”.
Ci księżycowi naukowcy często wykazują niespotykaną aktywność, próbując samodzielnie informować społeczeństwo lub nawet samych rządzących o swoich spostrzeżeniach i „odkryciach”. To oczywiście czysty marketing. Dyżurni naukowcy w swoich, a raczej nie swoich, bo pisanych na zamówienie pracach, próbują bagatelizować zagrożenia wynikające z nowej technologii EJ.
Szczególnie, gdy planowano w Japonii wprowadzić nową technologię MOX, wmawiając społeczeństwu, że japońscy naukowcy znaleźli Świętego Grala energetyki, perpetum mobile, na skutek zastosowania nowego „złotego paliwa” na bazie plutonu Pu-239, czyli mieszane paliwo uranowo-plutonowe. Pluton pochodzący z przerobu wypalonego paliwa miał być swoistą rewolucją.
Wmawiano społeczeństwu, że okres składowania odpadów zmniejszy się prawie 50-krotnie. Oczywiście nie powiedziano, że oznacza to już „zaledwie” okres składowania 3000 lat. Nie powiedziano społeczeństwu o wielu innych kwestiach. Ocena tego typu zachowań jest jednoznaczna i nie wymaga komentarza lub po prostu nie warto tracić czasu na oceny takich postaw. Faktem jest, że zarówno społeczeństwo japońskie jak i polskie jest zasypywane różnego rodzaju opracowaniami, w których ilość wykresów, analiz, przypisów jest zdumiewająca.
Przy tej okazji autorzy takich opracowań wymieniają nazwiska „wybitnych” naukowców – uśpionych agentów karteli atomowych. Często w opracowaniach tych pojawiają się zwykłe fałszerstwa, ale tego przecież nie jest w stanie ocenić zwykły śmiertelnik, a ocena takich prac przez środowisko praktyków, inżynierów jest niemożliwa, ponieważ są najzwyczajniej odcięci od mediów, konferencji, dotacji, sympozjów itp. Ich adwersarze-zwolennicy EJ są wyposażeni przez TEPCO we wszystkie narzędzia XXI wieku.
Tepco „załatwia” granty na badania, obejmuje szczególną opieką przyszłych pracowników, finansuje wyjazdy zagraniczne, staże w najlepszych jednostkach BR, sponsoruje prace naukowe, a nawet finansuje całe uczelnie. Wydawało się, że po 11 marca 2011 roku ten entuzjazm wobec EJ przynamniej zmniejszy się. Nic bardziej mylnego, gdyż dotychczasowi recenzenci wydarzeń, użyteczni naukowcy, starali się wyłącznie marginalizować problem. Jeśli natomiast pojawił się odważny naukowiec mówiący o faktach, stawał się wrogiem nr 1., a to była droga „samobójcza”, na końcu której często stała yakuza. Nie bądźmy jednak naiwni sadząc, że jest tylko jedna siła sprawcza – Tepco, bo przecież z nuklearnej wioski doskonale żyją tacy potentaci jak Hitachi czy Toschiba. To swoisty węzeł gordyjski.
Czy istnieje zagrożenie?
Tu pojawi się jak zawsze 1000 opinii, jedni będą udowadniali, że nic się nie stało, inni powiedzą, że ½ wyspy należy odgrodzić od świata, a powrót na nią będzie możliwy za 3 tysiące lat. Zostawmy te dywagacje. Norma, jaka obowiązywała w Japonii, dotycząca maksymalnego promieniowania radioaktywnego, wynosiła 1 milisiwiert rocznie ( 1 mSv/r) i wszyscy bez wyjątku ją akceptowali.
Po katastrofie rząd japoński postanowił podnieść normę do 20 mSv/r. Co więcej, rząd Japonii ustanowił strefę bezpieczeństwa – ewakuacji wynoszącą 20 km, pomimo zaleceń międzynarodowych instytucji, że należy rozszerzyć ją do 30 km przy jednoczesnej silnej sugestii rządu USA, aby zwiększyć ją do 80 km. Problem polega jeszcze na czymś innym, gdyż, o ile można dyskutować na temat głębokości strefy ewakuacji, uznając, że wyznaczony przez amerykanów obszar jest optymalnym minimum, to ustalenie strefy realnego zagrożenia poza nią jest bardzo trudne, ponieważ stale następuje przemieszczanie się materiału radioaktywnego przez wiatr często nawet setki kilometrów i osiadanie w tzw. hotto spotto (wysepki ziemi o dużym skażeniu). Ile jest takich miejsc? Są ich tysiące.
Konsekwencje realnego oszacowania strat są dla gospodarki niewyobrażalnie wysokie, bo przecież teren skażony w różnym stopniu, na pewno powyżej normy, to aż 10 proc. powierzchni kraju, a ponad 5 tys. km kwadratowych zostanie poddanych bardzo kosztownemu procesowi usunięcia i dezaktywacji materiałów radioaktywnych. To są oczywiście miliardy USD. Dochodzą straty w rolnictwie, bo przecież nikt nie kupi żywności z Tohoku, a nawet z całej wyspy Honsiu. To rodzi oczywiście fale oszustw, przekrętów. Próbuje się eksportować ryż z tamtych rejonów przez nieuczciwych pośredników.
Wracając jednak do generalnego problemu wnikania do organizmów radioaktywnego cezu, to należy stwierdzić, że proces ten jest już zauważalny, a konsekwencje nie do przewidzenia. Z prowadzonych badań jeszcze przez polskich lekarzy (Czarnobyl) należy stwierdzić jednoznacznie, że poziom zachorowalności na nowotwory tarczycy u dzieci, szczególnie z rocznika 1986 i po tej dacie, jest niepokojąco wysoki. Dochodziło i dochodzi do zachorowań całych rodzin, które np. w owym 1986 roku przebywały nieświadomie na powietrzu, a nie zostały poinstruowane o konieczności zażycia jodu. Jakie będą zatem konsekwencje skażenia w przyszłości dla organizmu człowieka, zwierząt, roślin? Już dzisiaj w Fukushimie spotyka się zniekształcone rośliny, zwierzęta.
Naukowcy stwierdzili spadek populacji niektórych gatunków oraz to, że stała ekspozycja na niskie dawki promieniowania jonizującego prowadzi do uszkodzeń genetycznych i zwiększa częstotliwość mutacji komórek. Przeprowadza się liczne badania i eksperymenty i tak np. w laboratorium znajdującym się 1750 km od Fukushimy rozmnożono motyle, gdzie promieniowanie było minimalne. Wykryto jednak nowe mutacje, które nie występowały we wcześniejszej generacji polegające na zniekształceniu czułek. Po sześciu miesiącach ponownie zebrano motyle z bardzo różnych części Japonii i okazało się, że mutacje są jeszcze większe.
Niestety najnowsze odkrycia potwierdzają wcześniejszą tezę (już nie tezę), że długoterminowe promieniowanie nawet w bardzo niskich dawkach powoduje mutacje i morfologiczne nieprawidłowości, co najłatwiej obserwować na ptakach, motylach, płazach, roślinach. Przy okazji obalono mit o dużej odporności owadów na promieniowanie radioaktywne. O tym zjawisku pisze jeden z nielicznych odważnych profesor Joji Otaki z Uniwersytetu Ryukyus na Okinawie.
Jakie podjęto działania?
Należy powiedzieć, że trwają intensywne prace dotyczące usunięcia skutków katastrofy, ale niestety warunki pracy w „strefie śmierci” są nieporównywalne do niczego na ziemi. Człowiek w strefie śmierci nie wytrzyma jednej minuty. Śmiertelna dla robotów okazała się temperatura związana z ekstremalnym poziomem promieniowania, które panuje we wnętrzu elektrowni. W konsekwencji żadna z pięciu wysłanych maszyn nie wykonała zadania, a zespół naprawczy stracił z nimi kontakt. Zadanie polegało na usunięciu zużytych prętów paliwowych, a w dalszej perspektywie koniecznie jest usunięcie stopionych prętów. Ponieważ inne metody zawiodły, roboty są jedyną nadzieją na odnalezienie i uprzątnięcie tego szczególnie niebezpiecznego „złomu”. Konieczne będzie oczywiście opracowanie nowych i jeszcze wytrzymalszych maszyn. Do tej pory uległo zniszczeniu kilkanaście wysoko zaawansowanych urządzeń.
Tepco musi nie tylko usunąć „złom” z wnętrza elektrowni, ale również zabezpieczyć cały teren, aby skażona woda nie dostawała się do oceanu. Na terenie i w pobliżu elektrowni znajduje się jej około miliona ton. Część jest przechowywana w zbiornikach, ale woda i tak powoli ucieka z nich do oceanu. Mało wiemy na temat tego, co dzieje się w EJ Fukushima, ale np. 10 maja 2015 r. nastąpił gwałtowny skok temperatury w reaktorze nr 2 i nadal rośnie. Władze nie informują o skutkach.
Jednak pozostały liczne pytania związane z brakiem wielu danych z powodu braku dostępu do wnętrza reaktorów, a to stawia wielki znak zapytania również co do ostatecznych kosztów i terminu usunięcia skutków.
Ocenia się, że usunięcie skutków katastrofy będzie trwało nawet 50-100 lat.
Tepco zapłaciło wysoką cenę, gdyż tylko w latach 2012-2013 musiało wyasygnować kwotę powyżej 40 mld USD na odszkodowania, a w kolejnych latach pokrywać koszty reanimacji środowiska związane z zamknięciem elektrowni. Straty kartelu sięgają setek miliardów USD. Tym razem sam premier Japonii nie był tak „łaskawy” i doprowadził do przejęcia pakietu większościowego, co spowodowało spadek cen akcji firmy o 90 proc.
Rząd uparł się jednak by ratować Tepco. Nie sądźmy jednak, że była to zemsta za lata upokorzeń, a wręcz przeciwnie próba ratowania przyjaciela, któremu on i pozostali członkowie rządu zawdzięczają wszystko, a poza tym w Tepco pracują całe rodziny rządzących. Nie sądźmy także, że krzywda stała się komuś z Tepco, pomimo tego, że zarząd podał się do dymisji to i tak wylądował jak kot na cztery łapy, otrzymując prominentne posady w innych spółkach córkach Tepco.
Czytaj dalej w portalu Gramwzielone.pl








