Felietony Ryszarda Kulika pokazują świat okiem ekologa-filozofa, bez liczb i wykresów, ale z głęboką wrażliwością na otaczający nas świat. Choć dla większość naszego społeczeństwa uznałaby te myśli za bardzo krytyczne i radykalne, niewątpliwie warte są refleksji.
Wstaję rano z łóżka, idę myć zęby. W czasie szczotkowania myślę, co też będę jadł
na śniadanie. Gdy jem, moje myśli wędrują do spraw związanych z pracą. Podczas pracy
zastanawiam się, co też mam do załatwienia, kiedy będę w drodze do domu. W domu
myślę o wakacjach, o spacerowaniu po lesie. Gdy jestem już w końcu w tym lesie, moje
myśli ciągle wędrują do spraw, które zostawiłem w domu.
Czy znacie to z własnego doświadczenia?
W naszym umyśle ciągle odtwarzana jest jakaś taśma z myślami, obrazami i sprawami,
które mamy do załatwienia. Ciągle jesteśmy krok do przodu. Zanim gdzieś wyruszymy,
myślimy gdzie będziemy szli, gdy już idziemy, zastanawiamy się, jak to będzie,
gdy dojdziemy, a po dojściu już planujemy kolejną sprawę. Tak oto nigdy nie jesteśmy tu
i teraz. Zawsze albo prawie zawsze krążymy gdzieś w przyszłości lub w przeszłości, żonglując
swoimi myślami. A może to nasze myśli ciągle manipulują nami, nie pozwalając
dostrzec tego, co jest?
Czyż to wszystko nie przypomina snu?
Wygląda na to, że przeżywamy nasze życie w jakimś uśpieniu i poruszamy się jak
w transie, mamieni ciągłym jazgotem naszych myśli.
Cywilizacja, którą stworzyliśmy dodatkowo wpisuje się w ten cały myślowy rozgardiasz
ze swoim pośpiechem, nastawieniem na cel za wszelką cenę, agresywną rozrywką,
reklamą, nerwowym chodzeniem po sklepach czy uzależnieniami, które pozwalają
nam nie kontaktować się z rzeczywistością. Na zewnątrz nieustanny cywilizacyjny jazgot;
wewnątrz nieustanny myślowy jazgot zręcznie nakręcany przez pędzący na oślep
świat. Robimy wszystko, by nie doświadczać życia, choć z pozoru może się wydawać,
że właśnie korzystamy z niego w maksymalnym stopniu. Skaczemy przecież na bungee,
jedziemy daleko na wakacje, szalejemy na nartach czy imprezujemy do białego rana. Robimy
to wszystko rzekomo po to, by w końcu poczuć smak prawdziwego życia. Ulegamy
przeświadczeniu, że prawdziwe, pełne i autentyczne życie wymaga specjalnych
przedsięwzięć, a te oczywiście pieniędzy, które musimy zarabiać w mozolnym trudzie
bezbarwnej codziennej egzystencji. Tak czy owak, ciągle coś musimy robić, starać się
i poszukiwać takich atrakcji, by nasz umysł dał się wciągnąć w jakiś narkotyczny stan
świadomości. Fajerwerki muszą być coraz bardziej wymyślne. Tak oto poprzeczka zostaje
coraz wyżej zawieszana, a my stoimy pośrodku tej wirującej karuzeli świata znudzeni
i zdegustowani, z coraz większym poczuciem niespełnienia. Ile potrzebujemy kanałów
w telewizorze? Pięć, pięćdziesiąt, a może pięćset? Siedzimy więc przed tą współczesną
kapliczką z pilotem jak z różańcem i przerzucamy kanały, mając nadzieję, że w końcu
coś nas zainteresuje. Szukamy prawdziwego życia i ciągle mamy poczucie porażki. Pcha
nas ono następnie do ciągłego działania, do robienia czegokolwiek, bo jeżeli nie, dopada
nas jakiś dziwny niepokój. Ale to właśnie ten niepokój jest wyraźnym sygnałem, że obawiamy
się życia, czyli tego, co jest tu i teraz. Że korzystając z życia, faktycznie uciekamy
przed nim.
Gdzie więc jest to prawdziwe życie? Gdzie go szukać? Można by powiedzieć „szukajcie,
a nie znajdziecie”. Bo przecież nie trzeba szukać tego, co jest zawsze. Nie trzeba
robić nic, bo moje życie jest właśnie teraz. Życia można doświadczać wyłącznie w czasie
teraźniejszym. Ta chwila, która jest, stanowi absolutnie pełną i wyjątkową okoliczność.
Tej chwili niczego nie brak. Ale my ciągle czekamy na coś jeszcze, ciągle jeszcze czegoś
nie mamy albo ciągle do czegoś usilnie dążymy. I tak oto budujemy swój świat oparty
na permanentnym poczuciu braku i niezgody na chwilę obecną. Cały ten cywilizacyjny
gmach jest wielkim krzykiem protestu wobec rzeczywistości takiej, jaka jest. Stanowi
głos protestu wobec życia z jego niewymuszoną prostotą.
To właśnie dlatego budujemy wyciągi w górach – bez nich góry wydają się takie nudne.
To dlatego kupujemy tysiące niepotrzebnych rzeczy – bez nich musielibyśmy spotkać
się ze sobą, z innymi, ze swoim „teraz”. To dlatego ciągle musimy gdzieś jeździć, najlepiej
po szerokich autostradach, goniąc szczęście – bez tego musielibyśmy się zatrzymać
i ryzykowalibyśmy, że wtedy to szczęście mogłoby złapać nas.
Uciekamy od życia tak szybko i skutecznie, że ono nie jest w stanie nas dogonić.
A co się dzieje, gdy na to w końcu pozwalamy? Cóż, dzieją się tak proste i banalne
rzeczy, że może szkoda o nich pisać. Ale może właśnie dlatego to doświadczanie prostoty
świata staje się jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń, jakie mogą stać się
naszym udziałem.
Błękit nieba staje się bardziej niebieski, a trawa bardziej zielona. Łyk wody obmywa
każdą komórkę naszego ciała, oddech jest łagodnym falowaniem całego kosmosu,
a śpiew drozda to najpiękniejsza muzyka, jaką kiedykolwiek słyszeliśmy. Kiedy jesteśmy
uważni, nie istnieje nic prócz tej chwili, która jest najlepszym z darów ofiarowanym nam
przez wszechświat. Ten pełny kontakt z życiem sprawia, że to doświadczenie przepływa
przez nas niczym fala i porywa nas w swój nurt. Ostatecznie zostajemy pochłonięci
przez chwilę, która jest i roztapiamy się w tym doświadczeniu, stopniowo tracąc swoje
granice. To właśnie w takim momencie mamy poczucie, że nie istnieje nic prócz tego
śpiewu drozda. „Nie istnieję ja, który słyszy dźwięk dzwonu – istnieje tylko ten dźwięk”
– jak powiedział kiedyś pewien mnich przeniknięty na wskroś przez doświadczenie swojego
„teraz”. W takiej chwili czas przestaje istnieć, ta krótka chwila staje się wiecznością,
a raczej momentem bezczasowym.
Podobnie jest z przykrymi doświadczeniami. Przed nimi bronimy się jeszcze zacieklej,
bo wydaje się nam, że otwierając się na życie zostaniemy przez nie pokiereszowani
i stłamszeni. To dlatego uciekamy od cierpienia za wszelką cenę, za cenę pełnego życia.
Nie potrafimy tak po prostu cierpieć. Ale gdy w końcu zdobędziemy się na odwagę, to
okaże się, że w tym przepływie nasze oddzielone „ja” stopniowo się rozpuszcza i doświadczany
ból jest ostatecznie łatwiejszy niż wcześniej podtrzymywany i czający się
ciągle lęk przed tym bólem.
Już lepiej doświadczyć cierpienia, niż ciągle się przed nim bronić, budując mur lęku.
Mur, który ostatecznie oddziela nas od życia.
Żeby praktykować uważność w ten sposób nie potrzebujemy żadnych specjalnych
akcesoriów. Nie potrzebujemy żadnej egzotycznej eskapady, żadnej nowej zabawki
czy gadżetu. Jedyne, czego potrzebujemy, to odpuszczenia sobie. Odpuszczenia nawet
tego, że może nam się nie udawać bycie uważnym. Wiec, jeżeli łapię się na tym, że
zamiast widzieć, słyszeć i doświadczać tego, co jest, moje myśli zwodzą mnie w stronę
jakichś różnych spraw, to uśmiecham się do siebie łagodnie i po prostu zauważam, że
właśnie się to dzieje. Odpuszczając sobie w ten sposób napięcie i kontrolę, można na
spokojnie stopniowo zanurzać się w rzekę życia, praktykując uważność w każdej chwili.
To oznacza przeżywanie tej chwili, jakby była twoją ostatnią. Bo w istocie tak jest –
każda chwila jest absolutnie jednorazowa. Wchodząc w nią w pełni, płynąc w niej i stając
się nią, w końcu umieramy dla swego małego „ja” i dotykamy wieczności.
Dzięki uważności zmywanie naczyń jest tak samo pełnym i niezwykłym doświadczeniem
jak egzotyczna podróż. Czyż nie brzmi to jak herezja? Ale jeżeli tak właśnie nie
potrafimy przeżywać swojego życia, to świadczy to jedynie o naszym głębokim upośledzeniu,
które ostatecznie przekłada się na tworzenie świata pędzącego na oślep ku
samozagładzie.
Naszym ratunkiem jest uważność – zapomniana i coraz rzadziej praktykowana sztuka
doświadczania tego, co jest. Uważność, która przyjmuje życie w pełni bez stawiania
mu jakichś warunków.
Jak wyglądałby nasz świat, gdybyśmy tak potrafili żyć?
Felietony Ryszarda Kulika z cyklu „Stąpając mocno po ziemi” jest dostępny tutaj.








