Jedno wielkie Serengeti. W Europie, Azji, Amerykach, Australii…
Mamuty, jelenie olbrzymie, nosorożce włochate i wiele innych rodzajów wymarłych już zwierząt żyło w Europie zaledwie 14 tysięcy lat temu. Prehistoryczni ludzie stworzyli wspaniałe i liczne obrazy tych stworzeń, upamiętniając je choćby w formie słynnych malowideł w jaskiniach Francji i Hiszpanii. To właśnie dzięki nim większość z nas zdaje sobie sprawę, że Europę zamieszkiwały tak duże zwierzęta. Jednak zdecydowana większość ludzi nie ma pojęcia, że w czasie, gdy powstawały te słynne dzieła sztuki Paleolitu, podobna kolekcja megafauny przemierzała wszystkie kontynenty z wyjątkiem Antarktydy.
I tak na przykład jeszcze zaledwie około 13 000 lat temu obie Ameryki były zasiedlone przez zdumiewająco różnorodne społeczności wielkich ssaków i ptaków. Były wśród nich gatunki, których większość ludzi nigdy nie spodziewałaby się w Nowym Świecie, takie jak gepardy, wielbłądy i słonie. I nie wystarczy powiedzieć że „Ameryki były zamieszkane przez słonie”, bo zdanie to nie mówi, jak wiele rodzajów słoni (trąbowców) żyło na tych kontynentach. A było ich nie mniej niż 7 gatunków.
Słonie te dzieliły prerie, pampy i lasy Nowego Świata z ponad 20 gatunkami lądowych leniwców. Największe z nich, należące do rodzajów Megatherium i Eremotherium, dochodziły do rozmiarów słoni afrykańskich. Mamuty kolumbijskie były zaś od nich jeszcze większe.
Laik mógłby się spodziewać, że nasza wiedza dotycząca tych gigantycznych stworzeń pochodzi głównie ze skamieniałych kości, jak w przypadku dinozaurów. Jednak te zwierzęta istniały tak niedawno, że ich szczątki trudno nazwać skamieniałościami, bo często mamy do dyspozycji fragmenty tkanek, skóry, włosów i odchodów. Semiskamieniałości tego typu mówią nam, że również północna Azja była rodzajem „wielkiego Serengeti” raptem 13 000 lat temu. Syberyjskie Serengeti zamieszkiwały podobne do europejskich mamuty, a także dwa gatunki trawożernych nosorożców: Nosorożec włochaty (Coelodonta antiquitatis) oraz ogromny jednorożec (Elasmotherium sibiricum).
Australia była kolejnym rajem dla dużych gatunków zwierząt, z których wiele przekraczało ciężar 100 kilogramów. Były wśród nich torbacze będące odpowiednikami lwów i nosorożców oraz wielkie ptaki i gady. Ten niezwykły konglomerat gigantów zaczął zanikać około 50 000 lat temu. Nieco wcześniej niż jego odpowiedniki z Eurazji czy Ameryk, ale z ewolucyjnego punktu widzenia to niemal jak wczoraj.
W ciągu tych 50 000 lat, w mgnieniu oka, światowa reprezentacja megafauny licząca setki gatunków, gwałtownie zniknęła z powierzchni Ziemi.
Gwałtowne zniknięcie
Świadomość tego że te zwierzęta istniały, skłania do zadania sobie pytania: dlaczego wyginęły? XIX wieczni paleontolodzy, którzy pierwszy uświadomili sobie istnienie tych zwierząt, wywnioskowali, że zostały one eksterminowane przez inne nowoodkryte zjawisko: epokę lodowcową.
Jednak im więcej dowiadywaliśmy się o zlodowaceniach, tym bardziej stawało się jasne, że ostatnia epoka lodowcowa wpłynęła na różnorodność gatunkową megafauny w równie znikomy sposób, co 9 poprzednich epok lodowcowych, występujących na przestrzeni ostatniego miliona lat. Zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, czy między 10 a 50 tysięcy lat temu zaszło jakieś inne destrukcyjne zjawisko – zaburzenie, które w przeciwieństwie do cyklicznych zlodowaceń, miało charakter jednorazowy.
Najmocniejszym kandydatem na taki jednorazowy wstrząs jest migracja praludzi z Afryki. Wszędzie tam, gdzie zniknęły „wielkie Serengeti”, na krótko przed ich zniknięciem na arenie pojawia się Homo sapiens. Człowiek opuścił Afrykę najprawdopodobniej między 100 a 70 tysięcy lat temu (być może wcześniej). Do Australii trafił przypuszczalnie 55 tysięcy lat temu, w Europie pojawił się około 40 tysięcy lat temu, na Syberii około 30 tysięcy lat temu, a do Ameryki dostał się wkrótce potem. Z wyjątkiem Europy i Azji Południowej, te nowe terytoria przed przybyciem naszego gatunku nigdy wcześniej nie doświadczyły obecności żadnego hominidy (podobnie jak Europa, południowe części Azji już wcześniej były zamieszkałe przez hominidów, którzy wyemigrowali z Afryki na długo wcześniej, nim uczynił to Homo Sapiens).
Fakt, że każde z tych olbrzymich Serengeti znikało wkrótce po tym, jak pojawiał się tam nasz gatunek, silnie sugeruje związek przyczynowo-skutkowy wskazujący naszą odpowiedzialność za te zniknięcia. U rosnącej rzeszy naukowców podejrzenie to przeszło w pewność.
W 1987 Isaak Asimov w swej książce „Beginnigs” napisał:
„Oczywiście, że to ludzie byli za to odpowiedzialni. Nawet jeśli aktywnie nie polowali na zwierzęta, a założę się że to robili, to stopniowo zajmowali ich przestrzeń życiową. Duże zwierzęta są szczególnie wrażliwe na takie zmiany warunków środowiska. Potrzebują dużo pożywienia, a więc także dużo przestrzeni, w której mogłyby je znaleźć. Są stosunkowo nieliczne, rosną bardzo powoli, mają zazwyczaj jedno młode w każdym miocie, a jakby tego było mało, w długich odstępach czasu”.
Podobnie zdanie wyraził też John Alloy, biolog z Narodowego Centrum Analiz Ekologicznych z Santa Barbara w 1999 roku, odnosząc się do północnoamerykańskiego Serengeti:
„Moim zdaniem nadmierne zabijanie północno amerykańskiej megafauny przez ludzi zostało udowodnione tak przekonująco, jak tylko hipoteza historyczna może być udowodniona. Wszystkie kluczowe dowody były dostępne już lata temu i dosadnie odrzucają rywalizujące hipotezy zorientowane na inne przyczyny. Czas wymierań, ich gwałtowność, selektywność i porządek geograficzny układają się w spójną, antropogeniczną przyczynę. Inne wyjaśnienia po prostu nie maja sensu, a dalsze testowanie hipotezy antropogenicznej nie jest już konieczne”.
Jednak skoro wyjaśnienie to zostało udowodnione tak jednoznacznie, jak uważają ci dwaj badacze, to dlaczego ludzie o tym nie mówią? Dlaczego tak niewielu ludzi w organizacjach ekologicznych i ochrony środowiska jest świadomych tego, że utracone Serengeti w ogóle istniały? I w końcu, dlaczego ci, którzy o nich wiedzą – specjaliści paleontolodzy czy kuratorzy muzeów – ciągle trzymają się intelektualnie nieuzasadnionych wierzeń, że megafauna została zniszczona przez zmiany klimatu w czasie epoki lodowcowej?
To przecież niemożliwe!
Przyczyną tego, że historia zniszczonych przez ludzi Serengeti nie przebiła się do szerszej świadomości społecznej jest to, że zaprzecza ona wszystkiemu, co myślimy, że wiemy o naszym gatunku. Dla wielu z nas nadal jest oczywiste, że pierwsi ludzie w Amerykach czy Australii żyli w harmonii z przyrodą. Dominuje szeroko przyjęta wiara, że żaden przedstawiciel Homo sapiens nie doprowadził do wyginięcia innego gatunku przed nastaniem rewolucji przemysłowej. Dlatego już samo rozpatrzenie możliwości, że nasz gatunek mógł zniszczyć tamte ekosystemy, wymagałoby całkowicie innej koncepcji środowiskowej historii człowieka.
Ta nowa historia zaczynałaby się od bardzo niepopularnego dziś faktu, że członkowie rodziny ludzkiej nauczyli się polować na zwierzęta większe od nich już u schyłku Pliocenu. Dalej powiedziałaby nam, że we wczesnym Pleistocenie około 1,4 miliona lat temu, możliwości technologiczne jednego z hominidów zwanego Homo erectus, stały się na tyle potężne, by spowodować wymarcie kilku dużych gatunków zwierząt w Afryce i Azji Południowej. Historia ta opisywałaby, jak wzrost tych możliwości technologicznych przyspieszył pod koniec Plejstocenu, umożliwiając naszemu gatunkowi wkroczenie do Australii, Azji północnej i Nowego Świata, gdzie spotkał i eksterminował wiele dużych gatunków ssaków, ptaków i gadów – które w przeciwieństwie do swoich odpowiedników w Afryce i Azji Południowej – nie miały żadnej szansy, by stopniowo rozwinąć środki obronne przeciwko rosnącej pomysłowości hominidów.
Ta nowa historia naszego gatunku informowałaby nas dalej, że nieprzerwany łańcuch powodowanych przez ludzi masowych wymierań był kontynuowany także po eksterminacji megafauny Australii, Europy, Azji północnej i obu Ameryk oraz że ten łańcuch eksterminacji w ciągu 2 ostatnich stuleci rozrósł się do rozmiarów masowego wymierania gatunków, któremu poddajemy biosferę.

Jednym z przedstawicieli prehistorycznej megafauny jest mamut. Źródło: Wikipedia
Historia ta powiedziałaby wreszcie, że przyczyną masowej eliminacji gatunków przez człowieka nie było po prostu okrucieństwo, chciwość czy bezmyślność części przedstawicieli naszego gatunku. Pierwsi ludzie, którzy przybyli do Australii, wcale nie chcieli wyniszczyć wszystkich „nosorożców” workowatych czy „lwów” workowatych, które spotkali na swojej drodze. Nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, że właśnie to robią. Dzisiejszym ludziom w dużym stopniu także brakuje świadomości potrzebnej, by kontrolować swój wpływ na środowisko naturalne i nie można wykluczyć, że ta destrukcyjna presja naszego gatunku okaże się procesem niepowstrzymanym i nieuniknionym. Oto cena, jaką płaci biosfera, gdy rozwija się w niej poziom inteligencji równy naszemu.
Homo sapiens, bądź rozumny!
Jeśli ludzie kiedykolwiek rozwiną zdolność do kontrolowania swojego wpływu na biosferę (dopóki jest jeszcze coś wartego uratowania), to stanie się to poprzez nabycie wiedzy i świadomości. Dlatego wygląda na to, że ekologiczne ocalenie zależy od tego samego zjawiska, które rozpoczęło obecne masowe wymieranie: potęgi ludzkiego intelektu. Zanim jednak ten intelekt zacznie pracować na rzecz zatrzymania agonii gatunków, które teraz powoduje, będzie musiał uwolnić się od mitów, które zaciemniają zrozumienie obecnego kryzysu bioróżnorodności i zapoznać się z prawdziwą historią ekologiczną swoich właścicieli.
Tłumaczenie Tomasz Asztemborski na podstawie Megafauna








