
Naomi Oreskes jest profesorem historii nauki na Uniwersytecie Harvarda, a Erik Convay historykiem nauki i technologii w Kalifornijskim Instytucie Technologii (Caltech). Wspólnie napisali książkę “The Collapse of Western Civilization: A View From the Future” (Upadek Cywilizacji Zachodniej. Spojrzenie z przyszłości). Książka przez wiele tygodni była w Amazonie na szczycie listy bestsellerów o tematyce przyrodniczej.
Mamy rok 2393. Świat jest niemal nierozpoznawalny dla ludzi żyjących w XXI wieku. Oczywiste z perspektywy czasu ostrzeżenia przed katastrofą klimatyczną były ignorowane przez dekady, prowadząc do wysokiego wzrostu temperatur, wzrostu poziomu morza, powszechnych susz i – w rezultacie – katastrofy określanej teraz jako Wielki Upadek z 2093 roku, gdy rozpad lądolodu Antarktydy Zachodniej doprowadził do masowych migracji i dokumentnego przetasowania porządku światowego. Żyjąca w Drugiej Chińskiej Republice Ludowej ekspert przedstawia porywające i głęboko niepokojące podsumowanie, jak dzieci Oświecenia – polityczne i gospodarcze elity tak zwanych „zaawansowanych społeczeństw przemysłowych” – nie podjęły koniecznych działań, doprowadzając tym samym do upadku Cywilizacji Zachodu.
Wydawnictwo PWN właśnie wydało polskie tłumaczenie książki. Publikujemy dwa fragmenty.
Przedmowa do wydania polskiego
W czerwcu 2017 roku udało mi się zdobyć Kilimandżaro. W XIX wieku góra ta zachwycała europejskich zdobywców, którzy widząc ją po raz pierwszy, nie mogli uwierzyć, że na równiku istnieje szczyt pokryty śniegiem i lodem. W rzeczy samej, ich koledzy w kraju nie dawali wiary tym opowieściom i zastanawiali się, czy to, co rzekomo widzieli podróżnicy, nie było przypadkiem złudzeniem optycznym.
Jednak śniegi Kilimandżaro nie były iluzją, a w XX wieku zyskały jeszcze na sławie, kiedy amerykański pisarz Ernest Hemingway zatytułował w ten sposób najlepsze ze swoich opowiadań. Fascynująca historia Hemingwaya nie mówi właściwie o szczycie ani nawet o pokrywającym ten szczyt śniegu. Jest to opowieść o człowieku – pisarzu, który umiera na skutek zakażenia rany. Jego duch podupada stopniowo, w miarę jak podupada on na zdrowiu, rozmyślając o tym wszystkim, czego żałował w swoim życiu: o kobiecie, której nie kochał wystarczająco, o opowieściach, których nie zdołał napisać, o niespełnionych ambicjach. W ostatnich chwilach swojego życia pisarz śni o samolocie i pilocie, który przybywa, by go uratować.
Jednak gdy samolot wznosi się coraz wyżej i wyżej, bohater zdaje sobie sprawę, że nie lecą do szpitala. Zmierzają na szczyt Kilimandżaro. Wyobrażenie spełnienia spowija pisarza w ostatnich minutach istnienia – jest to obraz szczytu, który stanowi prawdziwe podsumowanie – nie tylko jego prywatnych ambicji, ale ambicji w ogóle.
Dziś śniegi Kilimandżaro szybko topnieją na skutek antropogenicznej zmiany klimatycznej. Istotnie, dla wielu ludzi topniejące śniegi Kilimandżaro stały się symbolem zmiany klimatycznej. Rzecz jasna, niektórzy mogą twierdzić, że są one tylko symbolem, i podkreślać: „I co z tego?” – w końcu większość z nas nigdy nie ujrzy śniegów Kilimandżaro, nie mówiąc o zdobyciu tego szczytu. Tylko garstka ludzi jest uzależniona od wody, która pochodzi z topniejącego śniegu na Kilimandżaro. Cóż z tego, że góra ta się zmienia? Życie to ciągła zmiana. Nic nie jest wciąż takie samo.
Istnieje wiele możliwych odpowiedzi na sceptycyzm wobec zmiany klimatycznej i lekceważenie tego problemu. Najbardziej oczywista w tym wypadku odpowiedź mówi, że choć śniegi Kilimandżaro stanowią warunek przetrwania niewielkiej liczby ludzi, to jednak ponad 200 milionów kobiet i mężczyzn na całej planecie, a szczególnie w Azji, w decydujący sposób zależy od wody pitnej z szybko topniejących lodowców. Mówiąc ogólniej, zmiana klimatyczna zagraża dobrobytowi i stabilności życia wielu ludzi na świecie, nie wspominając o istnieniu wielu największych miast świata. Może ona zamienić dziesiątki, a nawet setki milionów ludzi w uchodźców klimatycznych.
Jednak chociaż fakt zmiany klimatu – jej fizycznych oraz ekonomicznych konsekwencji – został obszernie udokumentowany, w wielu kręgach wciąż istnieje potrzeba uświadamiania, że naprawdę mamy do czynienia z sytuacją krytyczną.
Dlaczego tak jest? Być może z tego powodu, że ludzie nie potrafią zrozumieć, jak dokładnie będzie wyglądała zmiana klimatu. Prawdopodobnie dlatego, że tak naprawdę problem jest zbyt wielki, obezwładniający do tego stopnia, że nie umiemy go sobie wyobrazić. Być może drobniejsze oznaki zmiany klimatu skuteczniej pomagają ludziom stawić czoła realiom tego zagrożenia.
Dla mnie Kilimandżaro to jedna z tych małych, lecz istotnych oznak – choć jest ona znacząca, nie jest bowiem zbyt obezwładniająca, by zrozumieć. A co być może nawet ważniejsze, Kilimandżaro przypomina nam, że określone miejsce może mieć emocjonalne znaczenie nawet dla tych ludzi, którzy nigdy go nie odwiedzili. Hemingway nigdy nie zdobył tego szczytu, a jednak stał się on dla niego symbolem wszystkiego, co dla niego najważniejsze. Większość ludzi nigdy nie będzie podróżować przez Amazonię, jednak potrafimy sobie wyobrazić, czym dla świata byłaby utrata tego obszaru. Nikt z nas nie dożyje tego, by dowiedzieć się, w jaki sposób nasi potomkowie będą postrzegać współczesną bierność w obliczu nieodpartych świadectw naukowych mówiących o zmianie klimatycznej. Ale możemy to sobie wyobrazić. To właśnie próbowaliśmy z Erikiem Conwayem zrobić w naszej książce. Albowiem gdy raz dokonamy takiego skoku w wyobraźni – i uświadomimy sobie, jak zostaniemy osądzeni – potrzeba działania staje się zupełnie oczywista. Stawka jest tak niewielka jak śnieg w jakimś miejscu na Ziemi i zarazem tak ogromna jak trwałość i przyszłość demokracji.
* * *
Z polskiego wydania naszej książki cieszymy się szczególnie. Od kiedy na prezydenta wybrano Donalda Trumpa, Amerykanie nie są już chyba tak pewni siebie, jeżeli chodzi o świadomość zagrożeń dla demokracji, jak było to w przeszłości. Wciąż jednak niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że zmiana klimatu jest niebezpieczna nie tylko dla środowiska naturalnego, lecz także dla otoczenia politycznego. Jak pokazaliśmy w naszej poprzedniej książce Merchants of Doubt, ci, którzy wątpią w realność zmiany klimatycznej i bagatelizują jej znaczenie, podkreślają, że bronią demokracji – sprzeciwiając się wykorzystaniu destabilizacji klimatu jako rzekomej wymówki do tego, by wzmacniać wpływy rządu i ograniczać wolność osobistą. Choć sceptycyzm wobec zmiany klimatycznej najbardziej powszechny jest w Stanach Zjednoczonych, stanowisko to znajduje też posłuch w niektórych częściach wschodniej Europy, szczególnie pośród tych, którzy mogą obawiać się odrodzenia tyranii w stylu sowieckim. Jednak ludzie ci nie zdają sobie sprawy, że ich sceptycyzm zagraża wolności, każdy dzień bierności wzmacnia bowiem prawdopodobieństwo, że ostatecznie, w celu poradzenia sobie ze skutkami sytuacji, w której nastąpi destabilizacja klimatu, będziemy musieli podjąć drastyczne środki.
Gdy George Orwell opublikował Folwark zwierzęcy, z oczywistych powodów jego najbardziej oddani czytelnicy pochodzili z Europy Wschodniej. Co więcej, jedno z amerykańskich wydawnictw odrzuciło maszynopis tej książki, powołując się na to, że czytelnicy w Ameryce nie są zainteresowani „opowieściami o zwierzętach”4. Powierzchowna lektura Upadku cywilizacji zachodniej może przywieść niektórych czytelników do wniosku, że jest to książka o Chinach albo, co jeszcze bardziej absurdalne, że zawiera ona obronę komunizmu. Jesteśmy pewni, że nasi czytelnicy w Polsce zrozumieją, że zupełnie nie o to nam chodzi.
Przez dekady osoby sceptyczne wobec zmiany klimatycznej oraz zaprzeczające istnieniu tego problemu dyskutowały o tym, że naukowcy wyolbrzymiają zagrożenie. Łatwo jest być sceptycznym wobec wizji apokaliptycznych: fanatycy od zawsze przewidywali koniec świata. Wiele poprzednich kryzysów zostało zażegnanych. Podczas wykładów publicznych obywatele i obywatelki Ameryki często mówią do mnie: „Pamiętam dziurę ozonową, więc nie wierzę w ten nonsens globalnego ocieplenia” albo „Pamiętam kwaśne deszcze”. I tak dalej. Jednak oczywiste jest, że ludzie ci zapominają, że uniknęliśmy wtedy poważnych strat – a nawet katastrofy – ponieważ działaliśmy na podstawie ostrzeżeń i informacji naukowych.
Kluczowe pytanie brzmi dzisiaj zatem następująco: czy uda się nam uniknąć poważnych szkód związanych ze zmianą klimatu? W prezentowanej tu książce próbowaliśmy wyraźnie pokazać, o co toczy się ta gra – nie tylko, jeśli chodzi o środowisko – ale też o przyszłość demokracji. Od kiedy Donald Trump zdobył władzę w Stanach Zjednoczonych, a reakcyjne partie prawicowe zagrażają wielu innym miejscom świata, zmiana klimatyczna nie jest już kwestią akademicką.
Mamy nadzieję, że czytelnicy naszej książki wezmą to sobie do serca i zrozumieją, że nie mamy więcej czasu do stracenia.
Naomi Oreskes, 11 lipca 2017 roku
Rozdział 1. Nadejście Wieku Półcienia
Pradzieje „cywilizacji” znały wiele społeczeństw, które rozkwitały i upadały, jednak tylko nieliczne z tych społeczeństw pozostawiły po sobie tak przejrzyste i szczegółowe wyjaśnienia dotyczące tego, co i dlaczego im się przydarzyło, jak państwa narodowe XXI wieku określające się mianem Cywilizacji Zachodniej.
Nawet współcześnie, dwa tysiące lat po rozpadzie imperium rzymskiego i cywilizacji Majów oraz tysiąc lat po upadku Bizancjum i cywilizacji Inków, historycy, archeologowie i paleoanalitycy niepowodzeń nie potrafią dojść do porozumienia na temat podstawowych przyczyn utraty przez wspomniane społeczeństwa zdolności reprodukcyjnych, władzy, stabilności oraz tożsamości.
Przypadek Cywilizacji Zachodniej jest inny, ponieważ skutki jej funkcjonowania nie tylko były możliwe do przewidzenia, lecz także faktycznie zostały przewidziane. Co więcej, to społeczeństwo okresu przejściowego pozostawiło po sobie mnóstwo danych, zarówno pod postacią typowych dla dwudziestowiecznego stylu zapisów papierowych, jak i elektronicznych formatów XXI stulecia. Pozwala nam to zrekonstruować niezwykle bogate szczegóły przeszłych wydarzeń.
Choć analitycy mają różne opinie na temat dokładnych okoliczności omawianych wypadków, praktycznie wszyscy zgadzają się co do tego, że ludzie Cywilizacji Zachodniej wiedzieli, co się dzieje. Nie byli jednak w stanie tego powstrzymać. W rzeczy samej, najbardziej zadziwiające w omawianej historii jest właśnie to, jak wiele wiedzieli ci ludzie i do jakiego stopnia nie potrafili wykorzystać tej wiedzy w działaniu. Wiedza nie przeobraziła się tu we władzę.
Przez ponad sto lat poprzedzających upadek świat Zachodu zdawał sobie sprawę z tego, że znajdujące się w atmosferze ziemskiej dwutlenek węgla (CO2) i para wodna pochłaniają ciepło. Trzy następujące po sobie etapy rewolucji przemysłowej doprowadziły
do masowego uwolnienia do atmosfery dodatkowych ilości CO2 – początkowo w Zjednoczonym Królestwie (1750–1850), następnie w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, w innych krajach europejskich i w Japonii (1850–1980), a na koniec w Chinach, Indiach i Brazylii (1980–2050). (W eseju używam terminów odnoszących się do państw narodowych omawianej epoki. Dla czytelnika nieobeznanego z geografią polityczną Ziemi sprzed Wielkiego Upadku dodajmy, że Zjednoczone Królestwo leżało na terenach dzisiejszej Kambrii [Cambria], Niemcy w Unii Nordycko-Skandynawskiej, Stany Zjednoczone i Kanada zaś na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej).
Na początku ostatecznej fazy upadku, w połowie XX wieku, niektórzy przyrodoznawcy – określani w ten sposób dlatego, że zgodnie z archaiczną konwencją Zachodu badali świat fizyczny w izolacji od systemów społecznych – rozpoznali, że spowodowany działalnością człowieka wzrost poziomu CO2 w atmosferze teoretycznie może ogrzać planetę. Faktem tym przejęli się jednak tylko nieliczni. Suma emisji była bowiem wciąż dość niska, a większość naukowców uznawała atmosferę za w zasadzie nieograniczony śmietnik.
W latach sześćdziesiątych XX wieku mówiono często, że „rozcieńczanie to likwidowanie zanieczyszczeń” („the solution to pollution is dilution”). Sytuacja uległa zmianie, gdy ścieki i śmietniki planetarne zaczęły się zbliżać do stanu przepełnienia, a „rozcieńczanie” zanieczyszczeń okazało się działaniem niewystarczającym. Niektóre zanieczyszczenia chemiczne, takie jak chloroorganiczne środki owadobójcze (szczególnie pestycyd dichlorodifenylotrichloroetan, czyli DDT) i freony (CFC) wywołały bardzo silne efekty nawet przy bardzo niskich stężeniach. W latach sześćdziesiątych XX wieku okazało się, że DDT zaburza funkcje rozrodcze ryb, ptaków i ssaków. W latach siedemdziesiątych XX wieku naukowcy poprawnie przewidzieli, że CFC uszkodzi warstwę ozonową w stratosferze. Z powodu ogromnej ilości substancji usuwanych do środowiska wystąpiły kolejne efekty przesycenia. Do substancji tych należały siarczany wytwarzane podczas spalania węgla, a także CO2 i metan (CH4), które pochodziły z bardzo wielu źródeł, włączając w to spalanie paliw kopalnych, produkcję betonu, wylesianie, a także dominujące w omawianych czasach techniki uprawy ryżu oraz produkcji wołowiny (stanowiącej podstawowe źródło białka).
W latach siedemdziesiątych XX wieku naukowcy zaczęli dostrzegać, że działalność człowieka w istotny sposób zmienia fizyczne i biologiczne funkcje planety – co powoduje przejście do nowego okresu w geologicznej historii Ziemi – antropocenu. Naukowcy, którzy dokonali tych wczesnych odkryć, wcale nie byli szczególnie wizjonerscy – wiele istotnych badań było efektem ubocznym testów na broni nuklearnej oraz prac nad nią. Badacze – w tamtych czasach dyskryminacja z uwagi na płeć wciąż była powszechna – z rzadka rozumieli, że tak naprawdę studiują granice śmietników planetarnych. Godnym uwagi wyjątkiem był futurysta Paul Ehrlich, którego książka ‘Bomba populacyjna’ zdobyła popularność w późnych latach sześćdziesiątych XX wieku, lecz do lat dziewięćdziesiątych XX wieku została już zdyskredytowana…
Barbara Chmielarska. Książkę „Upadek Cywilizacji Zachodniej. Spojrzenie z przyszłości” można kupić na stronie PWN.









